Komedia · 9 min czytania
Państwo Florek - Rozdział IV - Tajny plan
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Panowie, to jest jakaś pomyłka. - przerażony Krzysztof próbował się bronić. Policjanci zaśmiali się i wepchnęli go do samochodu. - Panie Krzysztofie, teraz zarzucimy na pana drogocenną głowę worek i pojedziemy na przesłuchanie. Oczywiste jest także, iż nie powinniśmy nawiązywać zbyt bliskich stosunków z zatrzymanym, więc zakneblujemy pańskie usta. Policjanci zakneblowali Krzycha, zarzucili na jego głowę niegrzeszący świeżością worek i ruszyli w kierunku starych magazynów. Jazda samochodem trwała raptem 30 minut, jednak poczucie upływu czasu zależy w dużej mierze od okoliczności, w jakich się znajdujemy. Dla więźnia podróż wydawała się wiecznością, dla policjantów była niczym mgnienie oka. W samochodzie pobrzmiewała nowa płyta Faith no More, która na policjantów działała niczym magnes. Właściwie zbytnio im się nie podobała, ale jednak miała coś takiego w sobie, że musieli jej słuchać. Po dojechaniu na miejsce wyciągnęli Krzysztofa z samochodu i poprowadzili do jednej z wielu zdezelowanych hal magazynowych. Tam zdjęli z jego głowy worek, posadzili na starej śmierdzącej kanapie i włączyli mu film Davida Lyncha „Głowa do wycierania”. - Poczuj się jak w kinie! - warknął policjant i razem z kolegą wyszli z magazynu. Początkowo więzień nie zorientował się co to za film, gdyż jego myśli w całości pochłonięte były przez niewesołe rozmyślania, krążące wobec dzisiejszego dnia. W końcu dotarło do niego, co ogląda i zniesmaczony zamknął oczy. Był zdezorientowany i nie rozumiał już dosłownie nic, nie wiedział, co właściwie się dzieje i po co to wszystko. Przecież powinien być na komisariacie, a nie w jakimś starym magazynie. Na domiar złego jeszcze ten porąbany film, który tak naprawdę chyba nikomu nie może się podobać. Zrezygnowany otworzył oczy i zaczął gapić się w ekran i trwałby w takim stanie pewnie jeszcze z kilka minut, gdyby nie ostry bój zrywanego plastra oraz delikatny dotyk lufy pistoletu przyłożonej do jego skroni. Przerażony wypluł knebel, jaki miał jeszcze w ustach i wybełkotał łamiącym się głosem. - Proszę mnie nie zabijać, to ciało psa ukradliśmy od weterynarza. Ten pies został uśpiony, bo był chory. Lufa wymierzona w skroń Krzysztofa cofnęła się. - Dziękuję, cholernie dziękuję. Oddałbym ciało tego psa, ale zniknęło. - z ulgą odnotował cofnięcie lufy z jego skroni. Chichot, jaki usłyszał za sobą, zdziwił go. Znał ten głos. To był głos jego żony! - To ty kochanie? - Oczywiście ty mój głuptasku – Janina rozbawiona, zaśmiała się. - Ale, po co to wszystko? Czy ci policjanci byli prawdziwi? - zszokowany Krzysztof powoli dochodził do siebie. - Oczywiście, że nie głuptasku. To byli aktorzy. Pytasz się po co? Chciałam ci pokazać co to strach! - No, ale dlaczego !? - po uczuciu strachu nie było już nawet śladu, w zamian pojawił się gniew. - Nie pamiętasz rano, co się stało? Miałeś pewnie niezły ubaw. - Janina wysyczała mu odpowiedź. - No ale, te karaluchy nie były moje. - Twoje nie twoje, ale co strachu się najadłam to moje. Powiedz mi teraz, o co chodzi z tym psem? - zapytała ostro. Krzysztof zorientował się, iż powiedział zbyt dużo. Jego żona kochała psy, a on ukradł ciało jednego z nich. - Widzisz kochanie, w wolnych chwilach z Wieśkiem chcieliśmy badać ciała tych kochanych zwierzątek i spróbować wynaleźć nowy lek. -Kłamstewko wypłynęło z jego ust Krzysztofa, niczym prawda objawiona. - No i? - No i nic. To był nasz pierwszy pies i ukradli go nam. Po prostu pech. Do tego jeszcze ta twoja zemsta…, coś okropnego. Janina przymilnie uśmiechnęła się do swojego męża. - Kochanie wiem, że moja akcja nie była dla ciebie zbyt miła, ale jeżeli chcesz się jeszcze trochę pobawić, to służę pomocą. Krzysztof popatrzył na swoją żonę i poczuł bliżej nieokreślony niepokój. - A co masz na myśli? Janina wyraźnie się ucieszyła. - Kochanie zrobimy tak. Ubierasz się w poplamioną krwią koszulę, dostajesz ode mnie ten gnat i jedziesz to biura. Do budynku wejdziesz ubrany w płaszcz, tak by nikt nie widział, w jakim jesteś stanie. Wchodzisz to windy i jedziesz do swojego biura. W windzie drapiesz się w nosie, tak by poszła krew. Płaszcz zostawiasz na korytarzu, wyciągasz