Komedia · 8 min czytania
Państwo Florek - Rozdział V - Szef
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pan Adrian wyszedł z windy i skierował się w kierunku toalety. To był jego swoisty rytuał. Przed każdą wizytą u podwładnych musiał iść za płynną potrzebą, co odprężało go i mobilizowało do dalszej, intensywnej pracy. Tak było i tym razem. Stanął przed pisuarem, mimowolnie spojrzał w lustro i zobaczył pingwina. To, co zobaczył, było raczej przewidzeniem, omamem, niż rzeczywistością. Jego myśli pomknęły do szczenięcych lat, w których wymyślił sobie przyjaciela w postaci pingwina, był on substytutem przyjaciela, którego nigdy tak naprawdę nie miał. Czy to był znak, by zmienił swoje nastawienie do świata? Czy samotność trapiąca go od zawsze, podejmowała próby zburzenia jego wewnętrznej twierdzy, niedopuszczającej nikogo zbyt blisko siebie? Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu zachować równowagę wewnętrzną. Policzył w myślach do dziesięciu, w spokoju odcedził kartofelki, a jako że nie ufał nikomu i niczemu, sprawdził, czy przypadkiem jego wymyślony przyjaciel nie znajduje się w pobliżu. Metodycznie, utrzymując nerwy na wodzy, wchodził po kolei do każdej kabiny, by z ulgą stwierdzić, iż pingwina nie ma. Uspokojony skierował swoje kroki do podwładnych. Był to bardzo solidny i pracowity zespół, który doskonale wykonywał każdy zlecony projekt. Jedyne czego im brakowało, to kreatywność. Jego wizyta miała nie tylko na celu sprawdzenie postępu prac, ale także podpowiedzenie im, co zrobić, by projekt miał to „coś". Otwierając drzwi gabinetu, spodziewał się zastać zespół pracujący w pocie czoła, spodziewał się ujrzeć tytanów pracy, którzy nigdy nie odpuszczają, a praca jest dla nich całym życiem. Niestety przed oczami ukazał mu się obraz zupełnie niespodziewany. Co prawda zgodnie z jego przewidywaniami pan Janek siedział przy biurku i intensywnie nad czymś pracował, niestety pozostała część zespołu, mówiąc delikatnie, zachowywała się w sposób niestandardowy. Pani Ania siedziała na parapecie i wydawała odgłosy przypominające odgłosy orangutana, pan Krzysztof w lewej ręce trzymał broń, a jego koszula cała była we krwi. Wiesław natomiast siedział na podłodze i śmiał się w jakiś straszny, obłąkańczy sposób. Jako że jedynie Pan Janek wyglądał na osobę panującą nad swoimi emocjami, to właśnie do niego skierował pytanie. - Panie Janku, co tu się właściwie dzieje? Janek już miał odpowiedzieć, gdy zupełnie dla niego niespodziewanie, Anna zeskoczyła z parapetu, podbiegła do niego, zakryła mu usta i stwierdziła. - W tym zespole zabija się psy! Śmiech wydobywający się z jej krtani, spowodował, iż po plecach Adriana przeszły ciarki. Krzysztof, odzyskawszy jasność umysłu, a przynajmniej tak mu się wydawało, podszedł do szefa, poklepał go przyjacielsko po plecach i stwierdził. - Naćpała się, niech się szef nie przejmuje. Może przejdziemy do rzeczy i omówimy projekt tego szpitala. Adrian wciąż nie mógł dojść do siebie. Niestety pozostali podwładni nie ułatwiali mu zadania. Do tej pory milczący Wiesiek, wstał, podszedł i szepnął mu do ucha. - Niech Pan na nich nie zwraca uwagi. Czy widział Pan pingwina? Wiesiek poczuł ostre szarpnięcie i wylądował na podłodze. Na nim usiadła Anna, która nie mogąc się powstrzymać, wrzasnęła. - Co mu powiedziałeś, no co? Cholerny kapuś i szowinista! Przerażony Adrian zaczął powoli wycofywać się z pokoju, co jednak nie umknęło uwadze Krzysztofa. Ponownie zbliżył się do niego, chwycił go za rękę i w stanowczy sposób powiedział. - Szefie, proszę nie uciekać, jeszcze nie zdążyliśmy pokazać naszego wstępnego projektu. To jest naprawdę jedno z naszych największych osiągnięć. Projektując szpital, połączyliśmy konserwatyzm z nowoczesnością, dbając przy tym o jak najniższe koszty eksploatacji budynku. Krzysztof z prawdziwą pasją opowiadał o projekcie szpitala, machinalnie wymachując bronią. Adrian w dalszym ciągu nie był w stanie pojąć co się wokół niego dzieje. Spojrzał na panią Anię, której