Komedia · 16 min czytania
Państwo Florek-Rozdział VII-Wariat?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Przepraszam najmocniej, całkowicie przypadkiem zauważyłem, że pozwolili panowie temu hochsztaplerowi i oszustowi zoperować waszego psa i widzę, iż zmienił się w pingwina. To jest naprawdę oburzające ! - nieznajomy wydarł się na cały parking. Wiesiek i Krzysiek spojrzeli po sobie i za bardzo nie wiedzieli co powiedzieć. Facet wyglądał może troszkę nieszablonowo, ale zdecydowanie nie jak wariat. Miał na sobie fajne czerwone sztruksowe spodnie, do tego wściekle kolorowe buty i takąż koszulę. Na pierwszy rzut oka, wyglądał bardziej na artystę niż na psychola, jednak jego słowa dobitnie świadczyły o jego problemach z głową. - Przepraszam, nie przedstawiłem się, Alojzy Miętus jestem. – Wyciągnął rękę w kierunku chłopaków. - Wiesiek Łasy, a to Krzysztof Florek. Miło nam pana poznać. Niestety pana uwaga jest dla nas całkowicie niezrozumiała, rzekłbym nawet, że szalona. Alojzy zaczął niepewnie rozglądać się na boki, w końcu odezwał się. - Panowie odstawcie waszego psa na ławkę. Nie chcę, by ktokolwiek słyszał, o czym będziemy rozmawiać. Krzysiek i Wiesiek ostrożnie położyli pingwina i odeszli od niego kilkanaście kroków, podążając za nowym znajomym. - Sprawa wygląda tak…, nie wiem, czy mogę panom zaufać? – popatrzył na nich nieufnie. - Jesteśmy ludźmi godnymi zaufania – zapewnił Krzysiek. - No dobra..., niech będzie. Panowie ufam, że to co mówię, zostanie pomiędzy nami. - Alojzy jeszcze raz rozejrzał się wokół i kontynuował. - Jakieś dwa miesiące temu przyjechałem do pracy z kozą i tak jakoś nieszczęśliwie się stało, że urwał się jej ogon. - Jak to urwał się ogon? – nie wytrzymał Wiesiek. - Chciałem kolegom pokazać moją wyjątkową kozę. Wiecie jak to jest, chwaliłem się, że co rano mam świeże mleko, które ma właściwości lecznicze. Opowiadałem o niewielkich potrzebach żywnościowych kozy, o tym, że zje cokolwiek, byle zapchać żołądek. Chwaliłem się, że trzymam ją na balkonie, a jej to w zupełności odpowiada. Rzekłbym, że koza jest przykładem zwierzęcia minimalistycznego, jednocześnie oferując właścicielowi znaczne korzyści. Panowie, ta koza sobie mieszka na moim balkonie i nawet nie przejmuje się pszczołami, które latają wokół niej. - Jakie pszczoły, o czym w ogóle pan mówi. To jakieś brednie są. - Monolog Alojzego przerwał Wiesiek. - No właśnie. Myślicie panowie, że podobało mi się, że sąsiad z dołu postawił ule na balkonie. Cholernie mi się nie podobało. Niestety jestem przekupny, a sąsiad wyczuwając moją słabość, przynosi mi przy każdym miodobraniu słoiczek miodu. To co miałem robić? Walczyć z tak hojnym i uprzejmym człowiekiem? Czułbym się jak szuja jakaś. Wrócę może do kozy którą miałem. Tak jak wspominałem zachwalałem ją każdego dnia i nieopatrznie obiecałem, że ją przywiozę do pracy. Biuro mamy na piątym piętrze, schodami nie chciałem iść, to wziąłem ją do windy. W tamtym momencie nawet przez myśl mi nie przeszło, że może z tego wszystkiego wyniknąć nieszczęście. A jednak panowie - Alojzy przerwał na chwilę, wyciągnął chusteczkę, którą otarł czoło zroszone potem i kontynuował. - Stało się! Nieszczęśliwie w momencie, gdy drzwi się zamykały, moja kózka wystawiła ogon, winda zaś ruszyła, no i było po ogonie. Koza z bólu meczała jak oszalała, zaczęła skakać jak opętana. Spanikowany nie wiedziałem co robić. Szczęśliwie winda się otworzyła, wyskoczyłem z kozą i w te pędy pobiegłem do biura. Koledzy popatrzyli na mnie znacząco, ja zaś tylko wepchnąłem nieboraczkę do pokoju i pobiegłem z powrotem. - No i? – spytał Wiesiek. - Tam na dole stał facet ubrany w biały kitel, w ręce zaś trzymał ogon. No to ja do niego mówię: „Facet oddaj ogon, on jest od mojej kozy”. A on mi na to, że jest weterynarzem i może go przyszyć. Panowie ucieszyłem się jak dziecko, wskoczyliśmy czym prędzej do windy i po chwili byliśmy na górze. Weszliśmy do biura, a przede mną stała biedaczka, mecząca ostatkiem sił. Weterynarz dał jej zastrzyk, a ona przewróciła tylko oczami i padła na podłogę. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Chwyciliśmy ją i położyliśmy na biurku, co jak się okazało, nie było prostym zadaniem. Biureczko małe, a moja malutka okazała się troszkę zbyt wielka. W końcu weterynarz zarządził mycie podłogi i tam na czystej powierzchni wylądowała moja żywicielka. Nigdy nie widziałem, jak pracuje weterynarz i pewnie tak by zostało, gdyby nie ten głupi wypadek. Mimowolnie przyglądałem się operacji, mając nadzieję, że mam przed sobą profesjonalistę. Jego działania nie wyprowadzały mnie z błędu. Jak przystało na fachowca, ubrał maseczkę, umył ręce, nałożył rękawiczki, ukląkł i zaczął przyszywać ten nieszczęsny ogon. Panowie wyglądał jak światowej sławy chirurg. Jego sprawność i opanowanie jest niemal nie do opisania. W końcu skończyło się to niecodzienne widowisko, za usługę zainkasował 400 zł i zaproponował fakturę. Jakoś głupio mi ją było brać, więc nie wziąłem, zapłaciłem i wydawało mi się, iż na tym skończy się ta niefortunna przygoda. Okazało się jednak, że to oszust był, a my niczego nie świadomi jego fuszerkę nagrodziliśmy oklaskami. Ani Wiesiek, ani Krzysiek nie rozumieli, w czym problem. Weterynarz zrobił swoje, a ten go od oszustów wyzywa. Ponadto ten jego durny pomysł, by kozę do pracy przywozić. - Czy koza umarła? – spytał się Krzysiek. - Nie, żyje i się ma całkiem dobrze. - No to o co chodzi? – dopytał Wiesiek. - Sęk w tym, że po operacji koza stała się ruda, a później zamieniła się w wiewiórkę. - Aha… – wyjąkał Krzysiek i dodał – ja na chwilę muszę iść do firmy. Chcąc nie chcąc Wiesiek pozostał sam na sam z Alojzym, natomiast Krzysiek pobiegł poszukać psychiatry. - Wie pan, jak ja to przeżyłem! - Ponownie podniósł głos, dodatkowo zaczął wymachiwać rękami. - Codziennie miałem świeże mleko, robiłem sobie sery, a nawet masło. A teraz co? Wiewiórkę mam, która skacze po drzewie. Alojzy chwycił Wieśka za rękę i pociągnął w kierunku drzewa. - Widzi pan, niech na nią spojrzy, niby wiewiórka a pysk ma kozi. Czy można darować takie draństwo? - No chyba nie można. – odbąknął Wiesiek. - Dobrze pan mówi. A co ja zrobię? Faktury nie wziąłem, a udowodnić tego, o czym mówię, nie mogę. A pan wziął fakturę? - No jakoś o tym nie pomyślałem. – odpowiedział skołowany Wiesiek. - I to był błąd! Teraz zamiast psa ma pan pingwina. Z psem to można na spacer wyjść, pobawić się, a z tym zwierzem to niby co można zrobić? Całkiem nic! W ten oto sposób biedny Wiesiek wysłuchiwał rewelacji Alojzego, powoli tracąc kontakt ze światem realnym. Czy można było wymarzyć sobie lepszy czas na spłatanie kolejnego psikusa? Janina Florek uważnie obserwując tą niecodzienną sytuację, w której uczestniczył także jej mąż, wyszła z założenia, że oczywiście nie można było sobie wymarzyć lepszej okazji. Znalazła dużego pięknego psa z karteczką na łapie „nie ruszać” i czym prędzej pobiegła z nim do ławki, gdzie przebywał pingwin. Psa przywiązała do ławki, natomiast ranne zwierzę delikatnie wzięła na ręce i zaniosła do taksówki, którą odjechała w nieznanym kierunku. Wiesiek, słuchając Alojzego, zastanawiał się, czy przedłużająca się rozmowa z wariatem może mieć dla jego zdrowia psychicznego negatywny wpływ. Wiele osób mających znajomych wśród psychiatrów, potwierdziłoby, iż na ich kolegów wykonywany zawód miał zdecydowanie zły wpływ. Tymczasem Wiesiek dzielnie się trzymał, próbując zachować chociaż okruchy zdrowego rozsądku, co niestety stawało się coraz trudniejsze, mając na uwadze towarzystwo w jakim się znalazł. - No i widzi pan, takie małe coś zostano z mojej kozy. - Alojzy bezradnie rozłożył ręce i postanowił zakończyć swoją rozmowę. - Ja tutaj pana zagaduję, a pies został sam. Chodźmy do niego, moja koza i tak już się przyzwyczaiła do bycia wiewiórką. - Panie, to był pingwin, a nie pies! - Kochany, pingwina to możesz sobie pooglądać w ogrodzie zoologicznym, a…