przygoda · 12 min czytania
Papieros
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Chciałbym wam opowiedzieć o pewnej osobie, która po części zmieniła moje życie. O osobie, która pokazała mi pewien sens.
Zacznę może od początku. Nazywam się Joshua Brendon i chodzę do liceum. Poznałem go dwudziestego dziewiątego czerwca w dzień zakończenia roku szkolnego. Było upalne lato, a my jak zawsze siedzieliśmy w sali gimnastycznej i słuchaliśmy przemówień. Dyrektor wreszcie skończył. Potem przyszedł czas na jakąś „śmieszną” inscenizację, która okazała się oczywiście kompletą szmirą. Nuda ogarniała wszystkich, a mnie chyba jakoś szczególnie. Jako że siedziałem koło okna, namiętnie wpatrywałem się w okoliczny krajobraz. I wtedy go zobaczyłem, siedział na ławce przed wejściem do szkoły. Ładnie ubrany, ciemne włosy, jasna skóra, średniego wzrostu, trochę chudy. Był… zwykły. W ustach trzymał papierosa, ale go nie palił, po prostu go trzymał. Zastanawiało mnie, czemu nigdy wcześniej go nie widziałem. Jak to możliwe? Przecież ja, JA znałem każdego. Siedział i bezczelnie oglądał okolicę, nawet na chwilę nie zerknął w stronę szkoły. Było w nim coś interesującego, coś co nie dawało mi spokoju. Kim on do cholery jest? Za kogo się uważa? Apel dobiegał końca. Pamiętam, że chwilę potem wszedł do szkoły. Rozejrzałem się po sali, był, stał pod ścianą, zaraz przy drzwiach. Już nie miał papierosa. W tym momencie zgodnie z coroczną tradycją zabrzmiał ostatni dzwonek i wszyscy momentalnie zerwali się z miejsc. Ja razem z moją grupką nie zastanawiając się ani chwili ruszyliśmy ku wyjściu. Liczyłem, że przyjrzę mu się z bliska, ale spóźniłem się. Miałem przecież inne plany. Ustaliliśmy z częścią klasy, że pójdziemy do pobliskiej knajpy, aby oblać to i owo. Szliśmy na piechotę. Bar znajdował się kilka minut drogi od szkoły. Wszyscy rozmawiali o stopniach na świadectwie, a ja wciąż myślałem kim był ten chłopak. Czemu do cholery tam siedział i kim był? Weszliśmy do baru. Wszyscy zgodnie zamówili piwo. Siedzieliśmy przy dużym stole, dużo rozmawialiśmy i nie mniej piliśmy. Było całkiem fajnie do momentu kiedy do dziewczyny z mojej klasy podszedł jej kilka lat starszy chłopak. Był pijany. Szarpnął ją za rękę wydzierając się straszliwie, że ma z nim teraz pójść. Wszyscy oniemieliśmy, patrzyliśmy na siebie, ale na nic więcej nie było nas stać. Kathrina, bo tak miała na imię ładna blondi szarpana przez swojego fagasa, wyraźnie nie chciała iść, ale im bardziej się opierała, tym większy gniew widziałem w oczach łysego karka. I wtedy stało się coś czego bym nigdy nie przypuszczał. Z końca sali odezwał się cichy głos „zostaw ją”. W jednej chwili wszyscy spojrzeli na ciemny zakątek lokalu, w którym siedział on. Ten sam chłopak, którego widziałem przed szkołą. Łysy tylko się wzdrygnął i dalej szarpał Kat, a my tylko patrzyliśmy. Słychać było powolne kroki i znów ten sam głos „Nie rozumiesz? Puść ją”. „Zamknij się, bo rozwalę ci mordę młody” – uderzył stanowczo łysy. To widocznie nie zraziło ładnie ubranego chudzielca. Sprawiał wrażenie chojraka, a my po cichu, każdy z osobna tylko czekaliśmy, aż dostanie w twarz. Ku zdziwieniu całej grupy, czarnowłosy chudzielec nie zastanawiając się ani chwili podszedł i uderzył łysego tak, że ten runął głową o płytki w niemałej kałuży krwi. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Jak możecie się domyślać rozległo się cichutkie „wow”, ale tak niepozorne, że tylko nieliczni usłyszeli. Zaskoczyła mnie tylko Kat, która od razu wybuchła krzykiem co on najlepszego narobił i jak też się domyślacie, momentalnie zjawiła się ochrona, która nie zastanawiając się długo wzięła stanowczo chudziutkiego chłopaka pod pachę, aby wyrzucić go z baru. Wiem, że krzyknąłem wtedy coś w stylu "jak masz na imię?" Usłyszałem znów cichym głosem „Jack, mam na imię Jack” po czym razem z ochroniarzami zniknął za drzwiami. Ciężko było wrócić do rozmowy, więc uznaliśmy, że czas wrócić do domu. Panował straszny upał, wracając nie mogłem przestać myśleć o Jack’u. Kim on naprawdę jest? Czemu nigdy wcześniej go nie widziałem? A może widziałem tylko nie pamiętam? Gdy wróciłem mama czekała z kolacją. Rzuciłem na stół świadectwo, wziąłem kanapki i ruszyłem na górę do swojego pokoju. Jakoś nigdy nie miałem problemu z ocenami, nie byłem też kujonem, ale z promocją do następnej klasy radziłem sobie bez problemu i to mi wystarczało. Włączyłem komputer, próbowałem odnaleźć Jack’a na facebooku, twitterze, czy myspace. Bezskutecznie. Może on nie istniał? Cholera wie.
Pierwszy tydzień wakacji minął nawet nie wiedzieć kiedy. Zwykle w południe wychodziłem, a wracałem pod wieczór. Pół nocy spędzałem przed komputerem, a kolejne pół smacznie spałem. Nie byłem typem imprezowicza, miałem wielu znajomych, ale wolałem bardziej swoje towarzystwo. Niedziela, 7 lipca. Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Dochodziło południe. Zadzwonił dzwonek, raz, drugi. Mama otworzyła. I wtedy usłyszałem „Dzień dobry. Może mogłaby pani pożyczyć mi kilka jajek?”. Ten cichutki głos rozpoznałbym wszędzie. Jack. Ale co on tu robi? Jajka? Zszedłem na dół, mama właśnie pakowała kilka jajek, a Jack stał przed drzwiami. Krzyknąłem „cześć!”, po czym dostałem identyczną odpowiedź. Po drodze do drzwi wziąłem jajka i podałem je Jack’owi, który nie wiedzieć czemu twarz miał taką jakby dopiero co zszedł z ringu. Spytałem co on tutaj robi. Niewiele pamiętam z tamtej rozmowy, ale opowiadał, że mieszka od niedawna w tej okolicy i bardzo mu się tu podoba. Zapytałem czy ma czas do mnie wpaść w tygodniu chciałem go bliżej poznać. Ten gość cholernie mnie nurtował, przecież znałem wszystkich w…