Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 8 min czytania

Para Noja II: "Kres wiary w człowieka"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Uśmiech niepoprawnego optymisty zamarł nagle na mej twarzy, gdy zobaczyłem kobietę stojącą u szczytu schodów. Chwiała się, nie mogła złapać równowagi. Jej lewa ręka bezradnie błądziła w przestrzeni, usiłując zapewne odnaleźć barierkę. Prawa trzymała wypchaną torbę. Kobieta ubrana była niezbyt schludnie, jej długie, czarne włosy zlepiły się w grube strąki. Ledwo trzymała się na nogach. Nie namyślając się długo, podbiegłem, pełen szczytnych zamiarów. - Proszę, pomogę pani – rzekłem, chwytając ją za ramię. – Wezmę zakupy. - O. Dziękuję – odparła, a ja po raz pierwszy ujrzałem jej twarz. Była poorana bruzdami i przypalona słońcem. Nieznajomą otaczały ponadto opary trudnego do zidentyfikowania alkoholu. Powoli schodziliśmy po schodach. Krok po kroku, noga za nogą, stopień za stopniem. Było ciepłe, letnie popołudnie, a ja spieszyłem się do koleżanki. Byłem już porządnie spóźniony, jednak te kilka minut nie robiło chyba większej różnicy. Wszak ludzie powinni sobie pomagać. Jedna z niewielu metod na realne zbawienie tego świata. - Ludzie powinni sobie pomagać – mruknęła kobieta. - O, tak. - To już nie te czasy. Wszędzie ten brud i zgnilizna... – Parsknęła, a ja zauważyłem, że nie miała lewego buta. – Tak. Te cholery zabrały nawet mojego ulubionego trzewika – dodała, jakby czytając w moich myślach. - Jakie... Cholery? – Zapytałem. - Ludzie. Ludzie to cholery. Przystanęliśmy. Musiała złapać oddech. Wciągała powietrze krótkimi, łapczywymi haustami. Nagle zaniosła się głębokim, wilgotnym kaszlem. Parskała i prychała. Zgięła się w pół. Chrapliwe dźwięki odbijały się głuchym echem od okolicznych zabudowań. - Klepnij... – Wydusiła z siebie. - Gdzie? - Tutaj, pacanie – wysyczała, błądząc ręką po plecach. Miała brudne dłonie. Do kciuka przylepiło się jej coś wilgotnego. Nie wiedziałem, co. Nie chciałem wiedzieć. Lekko zniechęcony brakiem chociażby śladowej wdzięczności, spełniłem jej prośbę. Klepnąłem wpierw lekko, a gdy nie przyniosło to większego efektu, uderzyłem raz jeszcze. Mocniej. Kobieta wydała z siebie długi, bulgoczący dźwięk. Oczy wyszły jej z orbit, sięgnęła ręką do krtani. Jej twarz przybrała barwę papieru. Zaniepokoiłem się nie na żarty. Co robić? Dzwonić po pogotowie? Jaki oni, do cholery, mieli numer? 998? 999? Miałem komórkę. 112? Na szczęście po kilku sekundach kobieta wyprostowała się, odchrząknęła, poklepała się po piersi i odrzekła raźno: - Możemy iść dalej – po czym beknęła donośnie, jakby dodając sobie odwagi. - Jak sobie pani życzy... – Odparłem, nieco zdegustowany – w zasadzie to spieszę się do koleżanki... - Ładna chociaż? Milczałem. Była bardzo ładna. Zeszliśmy ze schodów, ale starsza kobieta najwyraźniej nie miała zamiaru radzić sobie sama. Uwiesiła się na mym ramieniu, a ja dostałem się nagle w zasięg oparów. Tego na pewno się nie spodziewałem. Świat wokół mnie zawirował, coś zatkało mi drogi oddechowe. Kryzys trwał zaledwie chwilę, ale nauczył mnie jednego: Trzymać głowę wysoko. Bardzo wysoko. Wyglądało to zapewne groteskowo: Osiemnastoletni, rosły chłopak, idący sztywno jak kij od szczotki, z uwieszoną na sobie starą pijaczką. Na szczęście wąska uliczka osiedlowa była chwilowo wyludniona. - Ludzie to świnie. - Tak? - Wyrwą ci ostatni grosz, a potem jeszcze kopną w dupę i naplują – to rzekłszy, splunęła zamaszyście na chodnik. Wytarła twarz rękawem. - To straszne – starałem się zachowywać w miarę kulturalnie, ale z każdą chwilą stawało się to coraz trudniejsze. Miałem dosyć starej baby. Uświadomiłem sobie, że istnieją tysiące innych sposobów na zbawienie świata. - Chyba mnie nie opuścisz? - Właściwie to, jak mówiłem, spieszę się... - Nie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%