akcja · 20 min czytania
Paradise
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poranek. 23 lipca 2012. Budzę się, otwieram oczy, podchodzę do okna i spoglądam na oświetlony słońcem trawnik, mieniące się delikatnie kropelki rosy, i ludzi goniących za taksówkami w oddali. Tak się śpieszą, że nie widzą jak piękny jest świat. Szkoda, że go nie podziwiają. Szkoda, ponieważ już niedługo miał on zniknąć… Poszedłem do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. W tym czasie rozległ się dzwonek mojego telefonu. Wiedziałem, kto dzwoni. -Cześć kotek. Co tam? – zapytałem moją dziewczynę Kasie. - Hejka Maciek. Wiesz, tak sobie myślę. Co robisz po południu? – Ciekawe jaką ma propozycje. - Po pracy pewnie będę się nudził. Kończę o 15, a co? - Może poszlibyśmy do parku. Zapowiada się ładny dzień. Wezmę koc, kosz piknikowy i moglibyśmy spędzić razem romantyczne popołudnie. Jak na filmach. Tak jak zawsze marzyłam. - Wiesz… czemu nie? Zgadzam się. Jak wyjdę z pracy zadzwonię i spotkamy się na miejscu. Fajny pomysł. - Dziękuje. Kochany jesteś. Kończę, też musze już wychodzić. Szef chce żeby podrzucić mu jakieś papiery. Także, do popołudnia. - Kocham cie. Cześć. – Odłożyłem słuchawkę i mimowolnie spojrzałem na zegarek, który uświadomił mi, że czas pośpieszyć tępo, jeśli chce zachować moją prace. Musze być w warsztacie za 15 min. Idę. Ubrałem się i popędziłem do pracy. Tam jak zwykle powitał mnie mój przyjaciel Jacek. - Cześć. Co tam? – zapytał na wejściu. -Po staremu. Jakieś zlecenia na dzisiaj? -Ma tu przyjechać gość po tego Forda Fiestę. Lepiej, żebyś go dokończył. Ten facet dobrze płaci. - Dobra, a ty przejmij tego Opla Corse na kanale. Coś z tłumikiem nie tak. A, i rysy niezłe na tyle! + krzyknąłem do Jacka i zabrałem się za Forda. Lubię swoją prace. Poznaje tu ciekawych ludzi. I dzisiaj nareszcie dane mi było poznać Darię, nową dziewczynę Jacka. Przyniosła nam trochę frytków. - A to jest Maciek, mój najlepszy kumpel. – Jacek oprowadzał Darię po warsztacie. Dziwne, bo zazwyczaj kobiet nie interesują taki rzeczy. Spojrzałem na nią. Miała czarne włosy, zupełnie jak ja. Tyle że ja mam króciutkie, a ona do pasa. Miała na sobie naszyjnik, koszulkę na ramiączkach i miniówkę. Jacek nieźle trafił. - Cześć Maciek. Daria jestem. Fajnie cie poznać. Wiesz, ile Jacek o tobie mówi? – z uśmiechem powiedziała Daria. - Wiem. Ciekawe, czy mówi prawdę. Haha – powiedziałem żartobliwie. -Jasne, że tak – powiedział Jacek. A po chwili zasłaniając usta ręką dodał: -Choć kilka rzeczy, które robiliśmy musiałem pominąć -Jakich rzeczy? – dopytywałem. -Miałem jej powiedzieć, jak rozbiliśmy Dodge’a twojego wujka? O zawartości alkoholu w naszych organizmach nie wspominając? -Jacek. To było z 5 lat temu. -Tak, ale…- W tej chwili przerwała nam Daria -Jacek, jest 15. Idziemy do tej kawiarni? -A, tak. Otworzyli nową kawiarnie. Idziemy przekonać się, co mają do zaoferowania. - Fajnie. Ja idę z Kasią do parku. Marzy jej się romantyczny piknik. Dobra. Idę do domu. Musze się przebrać. Miłego spaceru. -Rozeszliśmy się. Oni poszli na kawę, ja do domu i kwiaciarni. Co to za romantyczna atmosfera bez bukietu róż? Wróciłem do domu, wziąłem prysznic, nowe ubranie, kwiatki i pojechałem do parku. Dojechałem na miejsce. Znalazłem spokojny kawałek trawnika. W parku było dużo ludzi, jednak udało mi się. Miejsce, które znalazłem było dala od tych tłumów i krzyków. Mogłem zatem w spokoju zaczekać na Kasię. I nagle stało się coś strasznego. Zrobiło się ciemno. Na słońce naszły chmury. Ciemne chmury. Pojawiły się znikąd. Tak, po prostu. Niebo przesiały błyskawice. Zrobił się huk, szum, mrok. Jakby Zeus miał kaprys i strzelał piorunami. Po chwili poczułem wstrząs. Nie trząsłem się ja tylko… ziemia drżała jakby stąpał po niej olbrzym. Otyły olbrzym. Wstrząsy były ogromne. Na niebie zobaczyłem jakiś kształt. Myślałem, że słońce chce wydostać się spod grubej warstwy chmur. Ale to nie słońce. To coś gorszego. Był to meteoryt. Ogromny. Spadał szybko. Ludzie zaczęli uciekać nie patrząc pod nogi. Wybiegali z parku na ulice, Ne których zaczęły szaleć samochody, biegający przychodnie. Każdy szukał schronienia. Nie miał ochoty patrzeć na ten Armagedon. Meteoryt spadł na ziemie. Ja zdążyłem podbiec pod jakiś budynek. Z dala od miejsca upadku skały. Spadając, wyrzeźbiła ogromny krater niszcząc park. Miejsce, gdzie się wychowałem, gdzie chodziłem z Kasią i gdzie już się dzisiaj nie spotkamy. Stałem oparty o budynek i starałem się myśleć co robić. Właśnie, starałem się, bo podczas takiego szumu, huku, krzyków, pisków, i w obliczu takiej katastrofy nie da się myśleć. Pierwszy odruch. Wyjąłem telefon i usiłowałem zadzwonić do Kasi. Nie dość, że trząsłem się ze strachu to ziemia się trzęsła, a na dodatek nie było zasięgu, o czym się właśnie przekonałem. -To koniec. Dlaczego to się dzieje? – myślałem opierając głowę o czerwoną cegle, z jakiej zbudowany był budynek za mną. Z zadumy wyrwał mnie kawałek betonu, który spadł tuż obok mnie. Budynek się walił. Pod wpływem wstrząsu ściany pękały, okna się psuły, a budynek tonął w pyle, który go otaczał. Zdążyłem odskoczyć, przy okazji łykając trochę tego pyłu, i wylądowałem na ulicy. Dość szybko pobiegłem ulicą przed siebie. Musiałem coś zrobić. Musiałem znaleźć Kasie. Pewnie teraz zachowuje się jak ja. Jest zdenerwowana, boi się i nie wie co robić. Biegłem przed siebie. Powoli zaczynało mi brakować sił. Z nieba zaczęły lecie kolejne, już trochę mniejsze skały. Było jak w Lotto. Trafiały blisko, czasem daleko, ale i tak mogły trafić w ciebie. Biegnąc zobaczyłem nadjeżdżający z oddali samochód ciężarowy. Nie myśląc wskoczyłem na przyczepę, by choć na chwile odpocząć i nie musieć biec. Leżałem tam. Leżąc na plecach patrzyłem w niebo. Ciemne, zachmurzone. Myślałem, kto lub co jest sprawcą tego co dzieje się od jakiś 20 minut. I modliłem się, aby żaden z lecących meteorytów nie trafił mnie lub Kasi. I jeszcze Jacka lub Diany. Oby znaleźli jakieś bezpieczne schronienie. Nagle samochód stanął. Kierowca wybiegł, nawet nie patrząc na przyczepę. Nie wiedział, że ma pasażera na gapę. Ja postanowiłem wybadać, dlaczego stanęliśmy. Wyjrzałem na ulice. Nie trudno było przegapić odpowiedź na to pytanie. Ogromna przepaść, na ulicy. W oddali szalejące piekło. Usłyszałem ogromny huk. Jakby przelatywał samolot. Nie przelatywał, co było oczywiste. Tylko prawdziwy głupiec lub chory psychicznie człowiek wsiadałby teraz do samolotu. Spojrzałem w stronę, z której dobiegał dźwięk. Moim oczom ukazał się największy budynek w mieście. Walił się. Były w nim biurowce i mieszkania. Ile ludzi tam zginęło? Trzeba liczyć w tysiącach. Nie do opisania. Ale dobra. Czas skupić się na przepaści. Zszedłem z samochodu i podszedłem bliżej dziury. Była długa, z 10 metrów. Spojrzałem w głąb tej przepaści. Ciemność, i spadające kawałki ulicy, domów, i ten okropny pył. To co zostanie z człowieka, i to co w tej chwili zostaje z miasta. Ruiny i pył. Podniosłem wzrok i zamierzałem odwrócić się i pójść w przeciwną stronę. Wybiec z miasta i znaleźć jakieś bezpieczne miejsce. Może na polach, za miastem na wsi? Nie ważne. Byłe jak najdalej od tego szalejącego, pochłaniającego ofiary piekła. Ale po chwili zmieniłem zdanie. Pop drugiej stronie tej przepaści zobaczyłem Kasie. Miała ranną nogę, podarte ubranie. Nie chciałem pytać, jakie cholerstwo ją trafiło czy jaki samochód potrącił. Chciałem po prostu z nią być. Przytulić, powiedzieć że będzie dobrze. Co ja gadam? Nie będzie dobrze, ten kataklizm opanował miasto. Być może i świat? Patrzyłem na Kasie, ona patrzyła na mnie, cała zapłakana. Chcieliśmy po prostu być obok siebie. Przyszedł mi do głowy pomysł wart jakiegoś debila. Wsiadłem do pozostawionej na ulicy, ciężarówki. Zamierzałem przeskoczyć przepaść. Oszukać śmierć i prawa natury oraz fizyki. Chce tylko uratować Kasie i siebie, zanim pochłonie nas ten Armagedon. Odjechałem do tyłu. Miałem nadzieje, że to wystarczająca odległość, by udało mi się znaleźć na drugiej stronie. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie wszystkie momenty z Kasią. Wiedziałem, że teraz mogę patrzeć na nią po raz ostatni. Że pochłonie mnie ta ciemność, jeśli nie dam rady. Wcisnąłem gaz i marzyłem że ten samochód ma skrzydła, albo chociaż nitro. Marzenie ściętej głowy. Miałem tylko pedał gazu. Wciskałem go w podłogę, jak tylko mocno się dało. Pędziłem. Dojeżdżając do krawędzi, odbiłem się od czegoś. Z ulicy wystawał jakiś przedmiot, który wybił mnie w górę. Nie miałem kontroli nad autem. Leciałem, robiąc kilka salt. Znalazłem się po drugiej stronie. Samochód sunął po asfalcie, a raczej tym co niego zostało. Dachowałem, Farba odpryskiwała. Aż w końcu zatrzymałem się na wraku innego samochodu. Poobijany tymi wszystkim kaskaderskimi akrobacjami wyszedłem i uściskałem Kasie, która podbiegła, by pomóc mi się wydostać. Staliśmy przytuleni na środku ulicy. Niebezpieczeństwo ze strony deszczu meteorytów było ogromne. Były też pędzące samochody. Niektóre nie zdążyły się zatrzymać i wpadały w przepaść. Osłaniała ją warstwa unoszącego się w powietrzu pyłu. Była więc słabo widoczna. Dlatego w jej odmętach zginęło kilku nieostrożnych kierowców. Ale tak na marginesie, kto jest ostrożnym kierowcą, gdy wokół szaleją walące się budynki, latające w powietrzu meteoryty i ziemia się trzęsie powodując poślizgi? Nie mogliśmy wiecznie stać i wymieniać czułe słówka. Pobiegliśmy przed siebie przedzierając się przez tą całą ruinę miasta. Idąc przez niektóre ulice mogłoby się zdawać, że są to ruiny jakiejś prastarej cywilizacji. Niekiedy przez całą długość ulicy ciągnęły się zburzone trzęsieniem ziemi lub lecącą z nieba skała domy. Nawet nie widać, że to był dom. To po prostu ruiny. Na ulicach gdzieniegdzie leżały też ślady krwi, trupy i jakieś rzeczy. Przerażający widok. A jeszcze godzinę temu było tu miasto. Tętniące życiem, pełne…