Fantastyka · 8 min czytania
Paranoja egzystencji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Paranoja egzystencji
METYS - dziecko elfa i człowieka, mieszaniec
Pewnego dnia, jak co rano, uprawiałam jogging. Biegnę, biegnę i patrzę - anioł. Nie myślcie sobie, że na śniadaniem wsuwam extasy, popijając wszystko zupką z kokainy, rosnącej w doniczce. Nie. Lepiej, więc jeśli opowiem moją historię od początku. No więc, rano wstałam jak zwykle, bez żadnych problemów o naturze psycho-kinetycznej. Założyłam dres w kolorze oczu Russela Crowe. Na śniadanie pochłonęłam kanapkę z paskudną pastą odchudzającą. Wciąż chrupiąc, włączyłam telewizor. Leciały akurat wiadomości. Jakiś elfi gang starł się z policjantami. Jak zwykle było jakieś kilkaset ofiar śmiertelnych. W cywilach. Normalka. Potem cudowna spikerka ostrzegła widzów przed szalonym dziadkiem, który uciekł z domu starców i podaje się za Gandalfa. Odkąd w telewizji otwarto nowy kanał, na którym non-stop, grany jest Władca Pierścieni, całe społeczeństwo trochę powariowało. Wyłączyłam odbiornik i krzyknęłam do mamy, żeby wyprowadziła na spacer Pulpeta. Pulpet to świnia mojego młodszego brata, Nienawidzę jej. Mimo kąpieli ona i tak śmierdzi jak wielka cysterna pełna przeterminowanej pasty odchudzającej. Rodzicielka odmruczała coś spod kołdry. Pracowała popołudniami w Agencji Nigeryjskich Nauczycielek z Nairobi. Tata nas opuścił i na stare lata przystał do lokalnej sekty. Kilka razy w tygodniu strajkował z metysami przeciw aborcji na elfio-ludzkich mieszanych dzieciach. Pełny odlot. Zjechałam windą na parter i opuściłam mieszkanie. Przede mną rozciągał się beton. Już wyjaśniam. Gdy degradacja środowiska doprowadziła do kompletnego zniszczenia atmosfery, zamknięto nas w ogromnych, kilkutysięczno-osobowych blokach. Mieszczą się tu sklepy, kina, teatry, szpitale. Nawet wyjątkowo stary pub i jeszcze starszy burdel. Nic dodać, nic ująć. Jeno tańcować. Stojąc przy zarośniętych rabatkach, poczułam silny wstrząs. Tak silny, iż mało brakowało, by mój tyłek zapoznał się z chodnikiem, na płaszczyźnie niekoniecznie towarzyskiej. Trzęsienia ziemi zdarzały się często. Oznaczają zwykle, że w Iraku znowu się zabawili. Zastanawia mnie tylko co zostało w tym kraju do wysadzenia? Chyba pustynie i dzikie arabskie lotne piaski. Lekkim truchtem skierowałam się do budki z lodami. Teraz gdy społeczeństwo żywi swe organizmy w McDonaldsach, lody gałkowe są trudnodostępne. Sprzedawał tam elf, z którym chodziłam do szkoły. Grał wieczorami w zespole rockowym i ćpał, jak my wszyscy. - Witaj, Miśka - uśmiechnął się do mnie. - Ave, Gareth - zrewanżowałam się takim samym wyszczerzem zębów. - Pistacjowe? - Jasne. Gdy elf przygotowywał lody, zauważyłam, że pobliski szpital cały upaćkany jest jajkami. Sekta mojego ojca nie próżnowała. - Aborcja? - spytałam, wskazując na wybite szyby, połamane kwiatki i ściany umazane żółtkiem i białkiem. - Blisko. Eutanazja. Wczoraj jakaś banda narozrabiała, bo lekarze unieszkodliwili nieuleczalnie chorego elfa. - Obyło się baz ofiar? - Eee tam, co to za demonstracja bez paru trupów. Jasne. Demonstracja-sracja. Nie wiem jak wy, ale ja już się przyzwyczajam. - Idziesz do „Planety”? - spytał, czyszcząc ladę z niewidocznych brudów. - A co? - Spóźniłaś się. Breakdance’owcy zmietli ją wczoraj z powierzchni ziemi. Ponoć zasłaniała im słońce. Zaklęłam i ruszyłam do „Planety” - sklepu, w którym kupowałam tę okropną pastę odchudzającą. Może uda mi się wygrzebać sprzedawcę spod gruzów? Szłam bulwarem, obok oszklonej ściany, za którą ciągnęły się Ziemie Jałowe, miejsce bez powietrza, połacie ziemi, gdzie jeszcze sto lat temu mogli żyć ludzie. Wśród spękanej skorupy dojrzałam coś białego. Przykleiłam twarz do grubej szyby i