Fantasy · 12 min czytania
Parentel tir Achara cz. 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W milczeniu wyszliśmy z komnaty, gdzie od razu otoczyli mnie strażnicy, a Var skuł mi ręce ciężkimi żelaznymi kajdanami. Z fascynacją przyglądałem się portalowi. Trzech magów właśnie nuciło zaklęcia by otworzyć przejście. Irina już tam była jak również żołnierze, którzy nas pojmali. Mieli wyczyszczone mundury i wypolerowaną broń. Ten lękliwy, co chwila przecierał twarz dłonią, pewnie pocił się ze strachu. Nagle poczułem dziwne zawirowanie i po drugiej stronie portalu ujrzałem schodki podobne do tych, na których staliśmy, jakąś drogę i wysokie mury w spiekocie ostrego słońca. Var wziął Irinę pod rękę i przeszli jako pierwsi, potem otoczyli mnie żołnierze i niewiele już widziałem. Marszowym krokiem ruszyliśmy do przodu. Jedyne, co poczułem przy przechodzeniu to nagłe uderzenie gorąca z drugiej strony. Nie widziałem Vara ani Iriny. Żołnierze zaczęli się rozstępować przepuszczając spalonego słońcem niewysokiego człowieka. Połowę włosów miał zgoloną, a drugą połowę, długą i przetłuszczoną, rozpuszczoną. Głowę zdobił mu czepek pełen barwnych piór. Miał na sobie tylko przepaskę biodrową i wielkie złote bransolety owinięte jak węże na nadgarstkach i kostkach. Idące za nim trzy kobiety były nie mniej egzotyczne. Wszystkie niewysokie, smagłe, o pełnych piersiach i krągłych biodrach. Włos miały zebrane na czubku głowy i związane. Odziane były podobnie jak mężczyzna – jedynie w przepaski biodrowe i złote łańcuszki zwieszające się pomiędzy przebitymi sutkami i pępkiem. Wzbudziły moje zainteresowanie. Mężczyzna przyglądał mi się bacznie ze wszystkich stron szczekliwymi dźwiękami porozumiewając się z kobietami, które dotykały mnie roześmiane. Wszystkie trzy miały równe białe zęby i przyjemny dla ucha śmiech. Chwyciły mnie za ręce i delikatnie poprowadziły za sobą do niewielkiego namiotu usytuowanego z boku. Rozebrały mnie i namaściły jakimiś olejkami. Miały delikatne dłonie, a ich skóra pachniała daktylami. Zrobiły mi przepaskę z działu białego lnu i ubierały w moje ubrania. Były teraz pocięte i poszarpane. Nogawki spodni, rękawy koszuli, kaftan porozcinany na szwach. Potem do namiotu wszedł tamten mężczyzna, klasnął w dłonie i kobiety wyszły rzucając mi ostatnie spojrzenia.
- Pochód gotowy – oznajmił mężczyzna twardo akcentując słowa we wspólnym – Będą straże, ale niektórzy będą chcieli zabrać ci ubrania. Po to je raniliśmy żeby było im łatwiej. Do Cesarza pewnie dojdziesz tylko w pasie.
Kiwnąłem głową, że rozumiem.
- Najlepiej nie reaguj. Będziesz miał kajdany a Muko weźmie cię na hlakla – kontynuował, choć nie bardzo wiedziałem o czym mówi – Przed panem świata padnij i ukorz się albo sam cię padnie.
Gestem kazał mi iść za sobą. Na zewnątrz czekał mężczyzna ogromnej postury z długim pozłacanym drągiem rozwidlonym na końcu. Wsadzili mi szyję w to rozwidlenie i spięli jakimś kolejnym sztywnym elementem. Gdy Muko pociągnął drąg wbijał mi się w szyję wstrzymując oddech. Gdy Muko szedł, drąg parł na mnie i musiałem iść. Jednym ruchem mógł mnie przewrócić i wychwiać z kroku. Na drodze przy brami ujrzałem ogromny pochód. Najpierw stały kobiety z koszami pełnymi kwiatów na głowach. Dalej sztukmistrze igrający z ogniem, żonglujący owocami, nożami oraz akrobaci na koniach. Potem był trębacz, a przed nim dwóch muskularnych ludzi dźwigający ogromną trąbę. Później kolejni akrobaci, tym razem piesi i kilku ludzi z lutniami. Może jacyś śpiewacy lub bardowie? Dalej stał duży zielony rydwan zaprzężony w dwa piękne, białe wierzchowce. Pozłacane koła i dyszle odbijały się w słońcu. Spojrzałem wewnętrznym wzrokiem i wśród dwóch stojących na nim osób dostrzegłem Irinę. Zatem obok musiał być Var. Dotrzymał obietnicy, że ją ochroni. Byle z ojcem bezpiecznie odjechali, a będę mógł znaleźć okazje by się zabić i dołączyć do duchów. Jednak wciąż czekał mnie tryumf przed wyzwoleniem. Otworzyła się brama i pochód ruszył. Muko pchnął mnie i pokierował by zająć miejsce w sporej odległości od rydwanu. Za nami chyba ustawili się żołnierze, ale sądziłem tak tylko z odgłosów marszowych kroków. Gdy rydwan przekraczał bramę ryknęły trąby zagłuszając nawet wiwatujących ludzi. Trębacz ogłaszał powrót zwycięskiego rycerza i chwałę mądrości Cesarza Świata, przed którym dziś ukorzy się tchórzliwy wróg. Wiwaty przerodziły się w okrzyki nienawiści, gdy Muko pchnął mnie przez bramę. Z dachów okolicznych budynków posypały się jajka i kamienie. Pomyślałem, że to dlatego idziemy kilkadziesiąt kroków za rydwanem – by czasem rydwanu nie narażać na cel. Po obu stronach drogi stali zbrojni pilnujący by ludzie nie zbliżali się nadto do pochodu. Z okrzykami tłumu mieszały się pieśni bardów opiewające chwałę zwycięstwo nad znienawidzonym wojownikiem. Byłem dla nich tchórzliwym psem niegodnym chodzenia po ich stolicy. Byłem tylko młodym diabłem zrodzonym z wiedźmy na zgubę ich mężnych żołnierzy. Śpiewali a tłum im przyklaskiwał radośnie. W powietrzu latały różne rzeczy : kwiaty pod kopyta koni, drobne złote pieniążki dla artystów, resztki przegniłego jedzenia dla Drzewnego Ducha. Tak jak mówił dziwaczny mężczyzna niektórzy przeciskali się przez żołnierzy i podbiegali do mnie bijąc po twarzy i torsie, kopiąc w brzuch. Muko się wtedy zatrzymywał i spokojnie czekał aż oderwą mi kawałek ubrania i niczym zwycięscy powrócą do tłumu. Gdy giąłem się w bólu, Muko podnosił drąg zmuszając mnie do wyprostowania się, a gdy próbowałem się bronić pociągał do tyłu przewracając mnie i pozbawiając oddechu. W połowie drogi już niewiele zostało z moich ubrań i ledwo mogłem iść. Głowa mi pulsowała od uderzeń i gorąca. Piasek wgryzał się w ciało i nie mogłem nawet głęboko odetchnąć. Kobiety były delikatniejsze, szarpały za włosy, policzkowały i zabierały jakieś strzępki. Z…