Fantasy · 25 min czytania
Parentel tir Achara cz. 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tłuścioch skinął ręką na Muko, który pchnął mnie w kierunku tłumu. Przez chwilę widziałem oczyma wyobraźni jak skaczę na cesarza i łańcuchem od kajdan duszę go. Przy odrobinie szczęścia złamałbym mu kark albo udusił nim by mnie odciągnęli. Muko chyba wyczuł moje myśli i pchnął mnie na bok i Cesarz znalazł się poza moim zasięgiem. Szansa minęła. Gdy przechodziłem przez tłum za plecami Cesarza wydawało mi się, że widzę jakąś litość w ich oczach. Byłem zmęczony. To spotkanie zasmuciło mnie bardziej niż wszystko inne. Naprawdę był szalony! Pamiętałem go jako ulubionego wujka. Czasem przyjeżdżał do Lodowej Przystani na kilka tygodni. On pierwszy uczył mnie strzelać z łuku, mówił, że chciałby mieć syna takiego jak ja. Potem ojciec mi powiedział, że planowali nawet nam małżeństwo z jego córką, ale potem ruszył na północ, w góry, a po powrocie nie był już taki sam. Nigdy więcej nie przyjechał do Lodowej Przystani, a swoim ludziom zabronił przekraczania granicy. Nasi kupcy donosili o niepokojących zdarzeniach, przesiedleniach ludności, powołaniach do armii, zamówieniach na broń i metale. Później zaczęły się ataki na naszych ludzi. Wpierw tylko kupców i tych, którzy wędrowali w głąb jego ziem. Szaleniec nie chciał się z nich tłumaczyć, przestał przyjmować poselstwa. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się działo. Oto przyjaciel szykował się do wojny. Zakazaliśmy kupcom udawania się tam, granicę przekraczali już tylko zwiadowcy i szpiedzy. Ojciec ogłosił zbiórkę na broń i powołanie armii. Początkowo niewiele zbieraliśmy – ludzie nie chcieli wierzyć, że po tych latach pokoju szykuje się wojna, ale po masakrze jednej z przygranicznych wiosek było jasne, żę wypowiedział nam wojnę. Zebrałem oddział ochotników i ruszyłem na granicę ewakuując ludność i zastawiając pułapki. Ale prawdziwy strach padł na nas, gdy zobaczyliśmy pierwsze oddziały. Nie wiem, co zrobił tym żołnierzom, ale ich płomienie były zniekształcone, stłamszone. A walczyli jak fanatycy, nie czując bólu, nie uciekając przed strzałami, ślepo i do końca wykonując rozkazy. Po kilku potyczkach zrozumieliśmy, że wystarczy zabić dowódcę a żołnierzy szeregowych można wystrzelać jak kaczki. Przez kilka miesięcy trwających walk udawało nam się ich powstrzymywać, a moja legenda rosła. Po zimie wszystko się jednak zmieniło – żołnierze nie byli już tak bezmyślni, ale bardziej elastyczni. Zaczęliśmy ponosić straty, zwłaszcza, gdy zaczęli palić lasy. Musieliśmy się wycofać. Potem przyszło zaopatrzenie, dostaliśmy wyszkolone konie i uzupełnienia. Przestali mnie nazywać Drzewnym Duchem, a zaczęli Cieniem Ciemności. Znając teren przemieszczaliśmy się szybko, a trzej przydzieleni nam magowie przenosili nas w trudno dostępne miejsca, na tyły i wysunięte skrzydła armii. Atakowaliśmy z zaskoczenia wprowadzając zamieszanie, grozę i chaos. Podpalaliśmy namioty, zabijaliśmy wszystkich w zasięgu i uciekaliśmy w mrok nocy. Zastawiali na nas pułapki, ale żadna się nie udała. Raz! Tylko raz, ale jednak mieliśmy szansę dostać się do sztabu, zabić Szaleńca i zakończyć tę bezsensowną wojnę. Ale musiałem się wycofać. Żołnierze stali murem w obronie. Może by się nam udało sięgnąć Szaleńca, ale wycięliby nas w pień. Zabrałem chorągiew i wycofaliśmy się. To wiele znaczyło dla morale, ale przede wszystkim chciałem by wiedział jak blisko byliśmy, by bał się tego czego nie przewidział. Ale to wszystko to była tylko gra i zabawa by ich spowolnić. Zadecydowano by poddać pola i ewakuować się na drugi brzeg Lodowej Rzeki. Tam mieliśmy zebrać siły do kontrataku. Cesarz jakby wyczuł to i nie zważając na straty zmusił armię do forsownego marszu. Wiedział, że ani ojciec ani ja nie odejdziemy bez ludzi, a nawet kursujące ciągle statki nie były w stanie zabrać wszystkich. Cesarz chciał nas przyprzeć do muru i zniszczyć jednym uderzeniem. Nie rozumiał jednak potęgi ludu. Na dzień przed spodziewanym atakiem ojciec udał się na drugi brzeg rzeki pozostawiając mnie, matkę i Irinę na miejscu. Ja czuwałem nad bezpieczeństwem, gdy oni dokonywali zespolenia – sięgnęli głęboko w siebie i spletli swe płomienie. Ich więź była nicią, która połączyła oba brzegi. Wokół niej każdy, kto potrafił oplatał swój płomień nadając temu połączeniu fizyczny kształt. Lud przechodził na drugą stronę. Ojciec i matka trwali tak cały dzień, nieruchomo, z dłońmi wyciągniętymi ponad wodą. Czyn godny pieśni i pamięci. Za uchodźcami ruszyli żołnierze. Posadziłem Irinę na swojego konia, była zmęczona, bo starała się wspierać matkę. Chciałem poczekać aż wszyscy przejdą a potem bezpiecznie eskortować matkę na drugi brzeg. Ale nagle wiele rzeczy stało się bardzo szybko. Usłyszałem hałas w lesie i bełt rozpruł matce gardło. Walnąłem płazem po końskim zadzie – wierzchowiec ruszył galopem przez zanikający most. Rzuciłem się ku matce, krew lała się na wszystkie strony. Bez jej płomienia most nie mógł się długo utrzymać. Płakałem. Nawet nie mogła wyrzec ostatnich słów. Poleciały wokół kolejne bełty. Chwyciłem ciało matki i skoczyłem do Lodowej Rzeki. Ostatnie, co ujrzałem przed zanurzeniem w lodowatej toni była rozpaczliwie bezwładna postać Iriny spadającej w te same, co ja odmęty. Woda była zimna jak sama śmierć. Słyszałem krzyki siostry, a bezwładne ciało matki ciążyło mi. Serce mi krwawiło. Próbowałem płynąć do Iriny, ale nie miałem sił. Puściłem ją. Pozwoliłem by prąd odebrał mi matkę. Myślałem już tylko o tym by uratować Irinę, gdybym myślał o reszcie serce by mi pękło. Udało mi się ją złapać. Starałem się tylko trzymać jej głowę nad powierzchnią. Nie wiem ile to trwało, powtarzałem w głowie jakieś pozbawione sensu słowa. Huk wody był jedynym, co słyszałem. W końcu udało mi się chwycić gałąź jakiegoś przewróconego drzewa. Kazałem Irinie się go trzymać, a gdy tylko wypchnąłem ją na plażę padłem, wciąż w połowie zanurzony, jak martwy. Znaleźli nas wkrótce, ale jak się okazało najgorsze miało dopiero nadejść. Usłyszałem krzyk żałobny mego ojca wykrzykującego nasze imiona. Wyrył mi się w sercu i duszy, i to cierpienie i żal i ból. Dlatego nie mogłem pozwolić by stracił Irinę. Była dla niego wszystkim, co trzymało go przy życiu. A ja nie przeżyłbym gdybym usłyszał to żałobne wołanie jeszcze raz. Ta jedna miłość i ta jedna chwila sprowadziły na mnie niewolę i upokorzenie. Tak więc musiało być. Muko i grubas prowadzili jakby po spirali coraz niżej i niżej dziwnego kopca. Coraz więcej spotykaliśmy służby i niewolników, przerażonych cieni próbujących się ukryć, choć na chwilę być niewidzialnymi. Odziani jak ja, jedynie w przepaski biodrowe, patrzyli wylęknionym wzrokiem garbiąc się i przemykając chyłkiem, gdy nasz mały pochód przechodził. Potem skręciliśmy w jakiś korytarz i wąskimi spiralnymi schodami ciągle w dół. Było coraz zimniej i ciemnej, gdy dotarliśmy do ciężkich żelaznych drzwi ledwo widziałem zarys postaci grubasa przede mną. Weszliśmy w totalną ciemność. Nie widziałem nawet ręki machając nią sobie przed oczami. Tylko ciągły napór Muka zmuszał mnie by iść dalej. Ostrożnie stawiałem kroki. Wzdrygnąłem się, gdy zmusił mnie do zatrzymania się a czyjeś zimne dłonie majstrowały przy kajdanach. Nie widziałem, nie słyszałem ani nie czułem tam nikogo. Nawet wewnętrzny wzrok zawiódł. Po zdjęciu kajdan te same dłonie rozpinały zapięcie przy szyi. Chciałem się rzucić w bok, ale Muko pchnął niespodziewanie i poczułem, że spadam w dół, w ciemność. Z krzykiem na ustach zanurzyłem się w lodowatej wodzie. Nadal nic nie widziałem, a czułem tylko obezwładniające zimno. Nikt nie odpowiadał na moje wołania, nie słyszałem żadnego dźwięku. Tylko lodowata toń wokół mnie. Zbadałem swoje więzienie. Miało kształt koła i gładkie ściany pozbawione nierówności, niczym szkło. Przypominało jakąś olbrzymią rurę czy beczkę. Starałem się utrzymać jak najdłużej na powierzchni, walczyłem o każdy oddech, ale było mi coraz zimniej, coraz wolniejsze ruchy i coraz częstsze podtopienia. Zachłystywałem się wodą, dostawała się wszędzie, do nosa,oczu, gardła. Moje siły topniały. Szczękałem zębami w szponach zimna i przerażenia. Modliłem się, płakałem, wołałem o pomoc. Nie chciałem wierzyć, że chcą mnie zabić! W taki sposób? Bez widowni? To było pozbawione sensu. Kto zabija cennego jeńca przed uzyskaniem korzyści? Czy to szaleństwo pchnęło go do tego? Gorączkowo obmacywałem ściany w poszukiwaniu jakiegoś zaczepienia, półki, czegokolwiek! Myśl! Nakazałem sobie choć było mi coraz gorzej. Grubas powiedział, że mam być gotów za dwa dni? Może chodziło o zwłoki? Chcieli pokazać ojcu moje ciało? Ale czemu tak? To nie trzymało się kupy. Nie chciałem umierać. Nie tak. Chciałem żyć!- krzyczałem to przez ciemność w głuchą ciemność, przeklinając swój los. Zawsze odnajdywałem siłę na dnie rozpaczy. Im mocniej upadniesz, tym wyżej się podniesiesz. Przestałem wołać, podjąłem decyzję. Zanurkowałem w zimną toń, ciągle w dół, płuca mi płonęły, ręce drętwiały, ale jeśli miałem umierać to nie na ich warunkach. Wypuściłem powietrze i wpuściłem w siebie wodę. Złapałem rękami za nogi i każdą odchodzącą myśl poświęciłem na to by nie walczyć. Nozdrza, płuca, mózg, wszystko eksplodowało bólem. Gdy instynkt wziął górę i próbowałem płynąć moje ręce były zbyt omdlałe i zdrętwiałe. Rozpaczliwie chciałem żyć, ale w końcu nadeszła błogosławiona ciemność. Ktoś tłoczył mi powietrze do płonących płuc, zmuszał serce do bicia. Nie wiedziałem czy to życie czy śmierć. Ciemność panowała wokół. Zwinąłem się na bok wymiotując wodą. Kręciło mi się w głowie. Powietrze! Już sam instynktownie chwytałem je rozpaczliwie. Nie widziałem nic. Nic nie słyszałem prócz siebie. Drżałem zziębnięty leżąc chyba na podłodze. Nie mogłem się poruszyć, czułem, że nawet wnętrzności drgają niepohamowanie. Miałem wrażenie jakbym miał mózg ciągle nasiąknięty – żadna jasna myśl nie mogła się przebić przez niespokojną toń. Wkrótce ciszę wypełniało tylko szczękanie zębów. Ledwo byłem świadom rąk, które mnie podniosły z ziemi i przeniosły do czegoś ciasnego i twardego. Przybili wieko jeszcze bardziej zmniejszając przestrzeń, ale w napierającym mroku nie odczuwałem tego za bardzo. Czułem po bokach jakieś dziury przez które dostawało się zimne powietrze. Chuchałem w dłonie próbując przywrócić im krążenie, ale nawet oddech był zimny jak śmierć. Poczułem jakieś poruszenie i ktoś postawił pudło pionowo. Nieprzygotowany na to opadłem dół boleśnie raniąc sobie uda i ramiona o chropowate deski. Nagle poczułem ciepło w stopach, przez otwór na dole dostawała się woda! Nie! Waliłem w wieku i boki zmuszając zgrabiałe ręce do ruchu. Dość, proszę, dość już wody. Chciałem płakać, ale nie miałem już sił. Potem dopiero zdałem sobie sprawę, że wlewająca się woda jest letnia a potem coraz cieplejsza. Powoli czułem wracającą kontrolę do nóg. Ogrzana krew krążyła po całym ciele. Mogłem już poruszać palcami. Czułem każdą żyłę, czułem jak mięśnie boleśnie ściśnięte rozluźniają się pod wpływem ciepła. Mogłem już ustać na własnych nogach, ale miałem za mało przestrzeni, żeby rozmasować kończyny czy wyjąć drzazgi. Woda sięgała już bioder. Wydawało mi się, że jest coraz cieplejsza. Może dla odmiany ugotują mnie żywcem? Histerycznie się śmiałem z tego pomysłu. Nie chcieli mnie zabić lub nie chcieli żebym sam się zabił. Woda sięgnęła piersi. Albo utopią mnie w ciepłej wodzie, żeby ciało nie było takie sine. Już nie chciałem walczyć, już nie chciałem żyć. Woda sięgnęła brody. Nie mogą przecież odebrać mi śmierci, prawda? Każdy ma prawo do tego wyzwolenia. Jedyne równe prawo dla wszystkich. Woda sięgnęła połowy ust i zatrzymała się. Żeby swobodnie oddychać musiałem trzymać głowę wysoko w górze, jeśli opuszczałem ją normalnie to tylko nos wystawał mi ponad taflę. To, co początkowo było przyjemnie ciepłe stawało się złowieszczo chłodne. Wysysali ze mnie siły wraz z ciepłem. Zapadałem w krótkie stany utraty świadomości – budziłem się gdy tylko woda wdzierała mi się do ust i nosa. Wydawało mi się, że dniami już tak trwam ograniczony drewnianymi dechami w niezmiennej i niewygodnej pozycji. Rwały mnie mięśnie, mimo że starałem się je rozruszać. Siedem jest istot w człowieku jak siedmiu bogów w niebiosach, a żaden mi nie pomoże. Ciemność napierała zewsząd wdzierając się do głowy i plącząc myśli. Bałem się, że straciłem wzrok, a z nim zmysły. Czas i życie były gdzieś daleko poza mną, poza moim zasięgiem. Nawet nie mogłem przetrzeć zapuchniętych powiek. Jęczałem czasem cichutko, żeby chociaż tak przerwać tę nienaturalną ciszę. Głód szarpał mi wnętrzności. Aż w końcu nawet utrzymanie