Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 28 min czytania

Parentel tir Achara cz. 8

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Var zmarszczył brwi patrząc jak Pramon odchodzi z córką. Czyżby aż tak okrutne mieli zwyczaje? Zostawić syna i następcę na pastwę wroga? Na poniżenie i niewolę? Cóż za okrutny lud!

- Wygraliśmy pokój! - zawołał radośnie Cesarz a sala podchwyciła jego entuzjazm – Prawem słabego jest ofiarowywać dary, ale tylko silny godzien jest je przyjmować.

- Blonie – zawołał ciszej a nadzorca zniewolenia natychmiast do niego podbiegł – gdy wyjdą wszyscy zajmij się chłopakiem i przekaż Knosenowi by przybył wieczorem do mnie. Mam dla niego rozkazy.

- Tak, panie, jak sobie życzysz – odparł sługa kłaniając się nisko

- Świętujmy! Kolejny lud już niedługo dołączy do nas – zakrzyknął rozradowany Cesarz po czym wstał i wśród wiwatów bocznymi drzwiami opuścił salę audiencyjną

Możni niemal wyparowali, gdy tylko Cesarz zniknął z oczu. Gwardziści pilnowali porządku przy wychodzeniu, a garstka, która stała za tronem cesarskim umykała w pewnym odstępie czasu bocznymi drzwiami. Blon podszedł do Vara.

- Cesarz, Pan Świata, ma dla ciebie rozkazy – powiedział z wyższością – masz się do niego zgłosić dziś wieczorem.

Rycerz tylko pokiwał głową.

- Co z nim? - spytał szorstko wskazując na leżącego młodzieńca

- Umrze, albo będzie służył – odparł grubas – tylko Cesarz o tym decyduje.

Blon przywołał niewolników stojących pod ścianą niczym duchy, a ci podnieśli Parentela. Var był przekonany, że chłopak tylko stracił przytomność, ale gdy go podnosili dostrzegł półotwarte świadome oczy. Widział je tylko przez moment a miał wrażenie jakby spojrzał w czeluść Otchłani.

Jestem bezimiennym duchem. Świadomość ciała i wspomnienia są irytujące, jak złośliwe robactwo próbujące zwrócić na siebie uwagę. Obejmuję swoją jaźń i chowam ją w ramionach. Oto ja, bezimienny duch. Ograbiony nawet z własnego ciała. Zjawa zbyt silna by podążyć do Siedmiu, a zbyt słaba by żyć. Nie jestem człowiekiem. Jestem kamieniem. A istotą kamienia jest trwać nim ból i czas go nie skruszą. Nie widziałem, nie słyszałem, nie czułem. Nie istniałem. Trwałem w ukojeniu, które dał mi ojciec. W chłodnym powiewie rodzinnej ziemi. Ciemność była wszystkim a czas był tylko ledwo pamiętanym słowem. Starałem się nie myśleć o ludziach i miejscach. Starałem się nie myśleć słowami tylko wczuwać się w ciemność i trwać w niej, kołysząc się do snu na je mrocznych falach.

Blon był roztrzęsiony. Ten chłopak znów sprowadzał na niego kłopoty! Przeklęty gnojek. Znów zerknął przez wizjer w drzwiach. Chłopak leżał tak jak go rzucili. Nie poruszał się prawie w ogóle. Powieki miał przymknięte, a oddech lekki i urywany. Blon trząsł się ze strachu i nienawiści. Jeszcze nie zdarzyło się by któryś niewolnik sprawiał tyle kłopotów. Nawet ci pierwsi, po nie zawsze udanych próbach, utrzymywali kontakt ze światem. Może to tylko zmęczenie? Może jest po prostu wyczerpany? Albo Pramon go jakoś zmienił? Blon po raz ostatni zerknął przez wizjer. Parentel leżał w nie zmienionej pozycji. Odpoczynek i jedzenie. Jeśli to nie pomoże pośle mu magów, może to ogień za to odpowiada? No, i nie ma jeszcze konieczności informowania Cesarza, prawda?

Var siedział w swojej prywatnej jadalni, tyłem do drzwi, popijając wino ze złotego kielicha. Nocny mrok rozpraszały tylko dwie zapalone świece. Cesarz rozkazał mu wyruszyć na zachód z kilkoma kompaniami – jakieś plemię chciało podnieść bunt. Po schwytaniu Trimana Cesarz obdarzył Vara większą swobodą i zaufaniem, a on nie omieszkał tego nie wykorzystać. Drzwi skrzypnęły rozdzierająco w nocnej ciszy.

- Blon ma z nim kłopoty – szept przy uchu sprawił, że rycerz się wzdrygnął – Chłopak po audiencji odciął się od świata. Próbowali go już bić, podtapiać, podstawiać pachnące jedzenie, a on dalej nic. Nie wykonuje rozkazów, ale fizycznie żyje.

- Myślisz, że Pramon go jakoś uwolnił? - spytał Var

- Nie wiem, możliwe. Blon kazał służącym go umyć, nakarmić wodnistą papką i umieścić w lepszych salach. Chce jutro wezwać magów, myśli, że to ich ogień wypalił mu umysł. Ten Karigan jest dziwny.

- Czego się spodziewałeś po księciu tak okrutnego ludu? - zaśmiał się Var – Cesarz wie?

- Nie. Od trzech dni Blon nie pokazuje się na wyższych poziomach by nie przykuć jego uwagi. Boi się o swoje życie, ale jeśli chłopak się nie obudzi będzie musiał mu powiedzieć – głos w ciemności przesycony był jadem

- Za dwa dni wyruszam na zachód tłumić bunt. Może jak zwyciężę Cesarz dopuści mnie bliżej siebie i będę mógł coś dla ciebie zrobić.

- Możesz już teraz.

- Co masz na myśli?

- Nalejesz mi wina?

Var uśmiechnął się pod nosem. Napełnił swój kielich i podał go do tyłu. Po chwili dostał opróżnione naczynie.

- Dziękuję, nie piłem tak dobrego wina od... - głos załamał się na chwilę – od dawna.

Var troskliwie przytrzymał na ramieniu ciepłą dłoń.

- Informuj mnie co się dzieje póki będę w okolicy.

- Dobrze. Dobranoc Varze – powiedział głos i dłoń z ramienia rycerza zniknęła w ciemności

Skrzypnęły cicho zamykane drzwi Var obracał kielichem obserwując jak światło odbija się od złotych krawędzi.

- Dobranoc – rzucił szeptem w pustkę – braciszku.

Blon niespokojnie krążył wokół dwóch magów przysłanych przez gildię. Młodszy z nich odpowiadał za ogień w kominku oraz oświetlenie sali audiencyjnej, drugi, wyraźnie starszy, był jego mistrzem. Obaj zaciekawieni pochylali się nad niemal pozbawionym życia Parentelem w opustoszałych kwaterach niewolników. Blon kazał położyć młodzieńca na jedynym w pomieszczeniu łóżku, a magowie badali jego ciało z zainteresowaniem szepcząc między sobą.

- I co sądzisz mistrzu? - spytał po raz kolejny Blon

Starszy z magów odwrócił do niego swą pomarszczoną twarz,

- Jego umysł jest poraniony, płomienie i ból sprawiły, że uciekł od swego ciała.

- Cesarz pragnął by było to widowiskowe – mruknął tonem usprawiedliwienia młodszy z mężczyzn.

- Uważam, że to co go odcięło, przywróci go z powrotem – kontynuował senior nie zwracając uwagi na swego ucznia

- Ból i ogień, hę? - upewnił się Blon – To się da załatwić. A nie moglibyście wy spróbować? Magiczny płomień? - zasugerował

- Nie, nie, nie, nie – kategorycznie odmówił mag – Jego ciało jest wyczerpane a przepłynęło przez nie ostatnio tyle magii i mocy, że jego umysł mógłby się całkowicie uwolnić. Trzeba to zrobić tradycyjnymi metodami.

- Znam kilku specjalistów – zamyślił się Blon

- Najlepiej stopniować bodźce, żeby nie stracił zmysłów. A przecież Cesarz nie będzie się dopytywał o jakieś blizny u niewolnika – zarechotał radośnie mag mrugając do grubasa

Wziął Blona pod rękę i nachylił się nad nim poza zasięgiem słuchu ucznia.

- I radzę pospiesz się – szepnął – Cesarz ma podły humor, coś się dzieje na zachodzie i chodzą słuchy, że chce się zabawić swoim nowym nabytkiem.

- Dziękuję – wyszeptał strwożony nadzorca

Ostatnie czego chciał w swoim życiu to po raz kolejny zawieźć swojego Cesarza. Drżał z przerażenia na ciele, ale umysł już odnajdywał w zakamarkach pamięci tortury i imiona ludzi, którzy mogli ogniem i bólem przywrócić mu Parentela – póki, co najcenniejszą zabawkę Cesarza.

Przeszłość mieszała mi się w głowie. Pozbawione znaczenia dawne barwy i odgłosy. Otaczały mnie tylko bańki mydlane ze wspomnieniami. Przez mrok płynęła rzewna, tęskna melodia bez słów. Widziałem swoje życie w pięciu poziomach, pozostałe dwa poza mną. Siedem jest bowiem istot w człowieku jak siedmiu bogów w niebiosach. Pierwsza jest istota kamienia – trwanie. Pękła bańka na dnie. Znów byłem przestraszonym dzieckiem próbującym umknąć przed gniewem matki. Była zawiedziona i wściekła. Wrzeszczała, że nie jestem dość dobry by być Trimonem, że stać mnie na więcej, że ja zawiodłam. Kazała mi zejść sobie z oczu, a ja uciekłem. To było po przegranej próbie słupów. Zszedłem bo byłem głodny, a ona mnie zbiła krzycząc, że głód to nie powód by przegrywać. Po tym jak mnie odesłała pobiegłem do pałacowego ogrodu i wspiąłem się na jeszcze wyższy słup. Znaleźli mnie w południe następnego dnia, ale zdjęli siłą dopiero kolejnego. Złapałem zapalenie płuc, ale matka pielęgnowała mnie z uśmiechem. Głaskała po głowie podając napary i opowiadając bajki do snu. Siła kamienia pozwoliła mi ją zadowolić. Druga jest istota rośliny. Zielona bańka pękła przed moimi oczami. Ojciec po raz kolejny wyciągnął mnie na brzeg i pomagał odzyskać oddech, gdy ja odkrztuszałem wodę z gardła. Nie walcz z prądem, zrozum go i podążaj z nim. Jest silniejszy od ciebie. Tylko podporządkowując się mu możesz nad nim zapanować. Weszliśmy po kolana w wodę i pokazał mi jakiegoś podwodnego glona.

- Kto jest silniejszy, roślinka czy prąd? - spytał

- Prąd – odparłem natychmiastowo, kurczowo trzymając go za rękę.

Bałem się, że jak puszczę to woda mnie porwie ze sobą.

- To czemu prąd mija a roślinka trwa?

Nie znałem odpowiedzi.

- Widzisz, ona ma tam głęboko silne korzenie, mocną postawę tam, gdzie prąd nie sięga. I choć jest słabsza to silniejszy dostarcza jej powietrza, światła i jedzenia. Faluje tak jak on chce, ale dostaje to czego potrzebuje.

- Nie rozumiem tato.

- Czasem nie trzeba walczyć z prądem, ale tak go zmienić by jego siła działała dla Ciebie.

Trzecia istota zwierzęcia. Bańka pękła ze złowieszczym rykiem. Krew wrzała mi w żyłach. Potoczyłem się po ziemi i wstałem. Byłem otoczony. Nie sądziłem, że moje wycieczki poza pałac okażą się takie niebezpieczne. Wyszczerzyłem zęby i biłem się póki nie zabrakło mi sił. Zabrali mi sakiewkę bo nic więcej nie miałem. But jednego z nich zostawił mi długo gojącą się ranę na policzku. Byłem wściekły. Ani Lewanan ani ojciec nie poruszyli tej sprawy. Ale dorwałem swoich oprawców po kolei, wszystkich pięciu. Każdemu na pamiątkę zostawiłem szramę na policzku. Dopiero po tym jak skończyłem znalazłem spokój. Krzywdziciele zostali ukarani nawet jeśli nie wiedzieli za co, to moja żądza zemsty została nasycona. Czwarta jest istota człowieka. Uśmiechnąłem się trzymając ją przez chwilę w dłoniach nim pękła. Jeszcze przed wojną Lewanan miał jakiś problem. Siedział do późna z ojcem, na zajęciach był nieobecny, wybaczał błędy. Wysłałem Irinę na przeszpiegi, była w tym dużo lepsza niż ja. Po kilku dniach wiedziałem już o co chodzi. Jego matka maltretowała go wręcz listami, w których zarzekała się, że umrze jeśli on nie wróci by ustatkować się przy niej. Wymieniała nawet pokaźną listę kandydatek, które czekają na jego powrót. Problem polegał na tym, że Lewanan nie chciał wracać, a kobieta, którą wybrał była niskiego stanu, należała do dwórek mojej matki. Nie chciał zawieść swojej matki a jednocześnie nie mógł zdradzić własnego serca. Umiał walczyć z wrogami, lecz co zrobić gdy wiążą cię miłością? Martwiłem się o niego, a listów przybywało coraz więcej. I nagle mnie olśniło – ujrzałem całą sytuację niczym grę na planszy. Poprzez Irinę sprawiłem, że matka udała się do starszej pani. Jego matka, olśniona splendorem Praminy, przyjęła ją z zachwytem. Nawet urządziła małe, damskie przyjęcie, lecz Agira nie była zachwycona kandydatkami na synowe, które jej przedstawiono. Ta nie miała gustu, inna była brzydka. Tamta zbyt głupia, a ta bez wdzięku. Matka na każdego umiała znaleźć haka. Starsza pani smutniała z każdym dniem. A potem matka zaprosiła ją do pałacu i oddelegowała jej młodą dwórkę, Meri. Po tygodniu matka Lewanana była oczarowana dziewczyną, a fakt, że Pramina uważała ją za przyjaciółkę tylko dodawał jej blasku. Nie wiedziała, że Lewanan i Meri od dawna skłaniają się ku sobie. Umierając kobieta złączyła im dłonie, słowem nie wspominając o różnicy stanów. Lewanan była za to wdzięczny matce. Starsza pani Praminie, że znalazła tak uroczą dziewczynę dla jej syna. Agira chwaliła Irinę, że wpadła na pomysł by pojechać z wizytą do matki Lewanana. Tylko siostra wiedziała kto je tam skierował. I choć mój udział pozostał tajemnicą to byłem z siebie dumny. Lewanan był szczęśliwy i odzyskał spokój ducha. I nigdy się nie dowie jak dobrze opanowałem lekcje taktycznego działania. Piąta jest istota ludu. A lud to my. Najmroczniejsza z ran. Po migotliwej powierzchni przepływała krew. Z wybranymi dziesięcioma jechaliśmy nad granicę. Ogłaszaliśmy wojnę, kazaliśmy uciekać ludziom, opuszczać niezdatne do obrony wioski. Żaden z nas nie podlegał już ochronie ludu, ani nie miał czasu odbyć rytuału. Jechaliśmy rozmawiając szeptem. Mieliśmy przenocować w ostatniej już wiosce na naszej trasie i następnego dnia wracać wraz z uciekinierami. Nic nas nie ostrzegło. Ani nienaturalna cisza, ani mdły zapach. Nawet narowienie koni zrzucaliśmy na karb zmęczenia i zbliżającej się nocy. Osada nie miała nawet własnej nazwy. Ot, trzy większe domostwa, kilka mniejszych, około trzydziestu dusz. Gdy wjechaliśmy do wioski zamarliśmy w przerażeniu. Domostwa były spalone, bydlęta zabite i pozostawione by gniły w oborach i stajniach, nawet psy na łańcuchach. Niewiele z tego pamiętam. Mieszkańców ułożono w piramidę. Na dole byli mężczyźni. Ciała były okaleczone, ale było widać pęta na rękach. Na nich ułożono zwłoki kobiet. Najbardziej sponiewierane były dzieci. Miały wyłupione oczy i poobcinane uszy. Nie wszystko zrobiono im po śmierci. Na samym szczycie, przebite dzidą było dzieciątko niewiele większe od dłoni, z niewykształconymi do końca palcami. Musieli je wyciąć z którejś z kobiet. I choć byliśmy głusi na moc to miejsce to krzyczało do nas przemocą i cierpieniem. Niektórzy wymiotowali, inni płakali. Ja tylko patrzyłem. Przez całą noc kopaliśmy groby. Trzy potężne doły bo nie mogliśmy skompletować poszczególnych ciał. Sam wykopałem czwarty – dla nienarodzonego i kobiety, z której go wyrwano. Cuchnęliśmy śmiercią i zgnilizną. Nie mieliśmy już sił rozpaczać. Odmówiliśmy modlitwę i odeszliśmy w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%