Muzyka · 16 min czytania
Paryska opowieść
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Paryska opowieść
Właśnie położyłem się wygodnie na wersalce odkładając na bok partyturę, kiedy usłyszałem przeraźliwy głos dzwonka u drzwi. Lekko zniechęcony podniosłem głowę, z nadzieją, że to jakaś pomyłka, ale dźwięk powtórzył się. Po otwarciu drzwi ujrzałem listonosza trzymającego w rękach dużą paczkę. - Przesyłka dla Pana – wydukał mężczyzna ocierając pot z czoła. – Do rąk własnych. Z Francji. Proszę podpisać. - Przesyłka? Z Francji? – podwójnie zapytałem. – Dziwne. Po dopełnieniu formalności postawiłem delikatnie pakunek na stole i usiadłem na krześle. Przez chwilę wpatrywałem się w szary papier pokryty znaczkami i stemplami. Ciekawość jednak zwyciężyła. Rozpakowałem tajemniczy przedmiot. Moim oczom ukazał się stary, wysłużony akordeon. Bardzo piękny. Dziwne, ale wydawał mi się znajomy. Podniosłem go delikatnie jakby miał się rozsypać ze starości. Pod instrumentem leżała biała koperta. Czym prędzej do niej zajrzałem. W kopercie znalazłem list napisany po francusku pięknie wykaligrafowanymi literami. Zacząłem półgłosem czytać:
Drogi Panie Ten instrument należał do mojego dziadka Jean-Clauda. Dziadek niestety zmarł kilka miesięcy temu. W testamencie polecił mi odnaleźć Pana i wysłać ten akordeon. Napisał, że tylko Pan doceni wartość tego instrumentu. Dziadek musiał Pana bardzo szanować.
Pozdrawiam Pierre Romuald
Ten enigmatyczny, krótki tekst sprawił, że zacząłem w myślach przeglądać ostatnie wydarzenia w moim życiorysie. Byłem muzykiem. Kilka lat spędziłem w Paryżu, gdzie dzięki stypendium rządu francuskiego mogłem uczęszczać do Conservatoire de Paris. To był dla mnie niezapomniany czas nauki, ale i zabawy. Zachłysnąłem się paryską bohemą. Pamiętam nocne dyskusje z lampką wina w ręce nad sensem istnienia sztuki. Obcowanie z artystami z całego świata było dla mnie najdoskonalszą szkołą życia. Poznawałem nie tylko muzykę, ale także malarstwo, rzeźbę a przede wszystkim niezwykły klimat miasta, które przygarniało do siebie ludzi wszelkiej narodowości i rasy. Spojrzałem jeszcze raz na akordeon. Tak. Teraz poznałem ten instrument. W myślach przypominałem sobie barwę jego dźwięku i uśmiechniętego staruszka, który grał na nim. To było na skwerze Montmartre. Zaułek dla spełnionych i niespełnionych artystów. Malarzy, grafików i ludzi o wrażliwej duszy. W drodze do szkoły przebiegałem codziennie przez ten skwer, chłonąc atmosferę tego miejsca. Na rogu placu zawsze spotykałem akordeonistę. Dźwięki akordeonu rozpływały się w powietrzu, stając się nierozerwalnym tłem tego światka. Pamiętam, że zaczarowany tą muzyką zawsze przystawałem na kilka minut przed staruszkiem i rzucałem mu kilka franków do kapelusza. Wtedy wydawało mi się, że gra on tylko dla mnie. Byłem jego wyłącznym słuchaczem. Czułem, że muzyka nie wychodzi spod klawiszy instrumentu ale jej źródło znajduje się głębiej. W sercu staruszka. Mężczyzna miał dumną ale pogodną twarz i wielkie, niebieskie oczy. Odzwierciedlały one miłość do muzyki i ludzi. Z biegiem miesięcy poczułem w starszym człowieku bratnią duszę. Chociaż nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, traktowałem go jako przyjaciela. To musiał być Jean-Claud! Umarł? A ten instrument? Dlaczego podarował go właśnie mnie? Myślałem przez dłuższą chwilę. Musiałem znaleźć odpowiedź na to pytanie! Decyzja wyjazdu do Paryża była już nieodwołalna. Musiałem tylko zarezerwować bilet. Sięgnąłem po telefon.
Część 22 / 2
***
Podróż samolotem minęła bardzo szybko. W trakcie lotu myślałem o swoim życiu, które obecnie przeciekało mi przez palce. Zastanawiałem się, dlaczego nie cieszy mnie już muzyka. To był przecież nie tylko mój zawód, ale pasja, której chciałem poświęcić resztę życia. Traciłem motywację do pracy twórczej, a nie chciałem być tylko rzemieślnikiem rutynowo stawiającym śmieszne znaczki na pięciolinii. To zabawne, ale w moim bagażu znajdował się futerał z akordeonem Jean-Clauda. Musiałem go zabrać ze sobą. Stanowił klucz do rozwiązania zagadki. Czułem się z nim raźniej. Paryż przywitał mnie wietrzną, ale słoneczną pogodą. Popatrzyłem na niebo. Było inne niż w Polsce. Bardziej lazurowe. Po zakwaterowaniu w tanim hotelu, przebrałem się i wyruszyłem na miasto. Chciałem znowu odwiedzić te wszystkie miejsca, które na zawsze pozostały bliskie mojemu sercu: Luwr, park luksemburski, aleja Champs Elysees, Sacre Coeur i oczywiście Montmartre. Wałęsałem się uliczkami wsłuchamy w śpiewne głosy paryżan i starałem się zapamiętać każdą chwilę tego spaceru, aby później móc ją odtworzyć z pamięci. Moje młode lata powracały. To miasto dodawało mi skrzydeł. Małe, kawiarniane stoliczki oblegane przez młodych, radosnych ludzi nadawały niezapomniany koloryt tej stolicy. Wydawało się, że czas biegnie tutaj znacznie wolniej niż gdzie indziej. Powoli wszedłem na Montmartre. Lekko zmęczony usiadłem przy wolnym stoliczku i zamówiłem małą kawę i śniadanie. Popijając czarny płyn z porcelanowego naparstka i zagryzając rogalikiem, obserwowałem plac na przeciwko mnie. Rozłożone sztalugi malarzy królowały na tej niewielkiej przestrzeni. Obrazy pokrywały całe powierzchnie ścian i wystaw. Turyści przeciskając się przez ciasne uliczki zaczepiani byli przez artystów grafików próbujących namówić ich na pozowanie do szybkiego portretu. Powietrze było aż gęste od tytoniowego dymu zmieszanego z wonią farb akrylowych. Skinąłem na kelnera i gdy podszedł zapytałem: - Szukam Pierra Romualda. Gdzie mogę go znaleźć? Mężczyzna popatrzył na mnie podejrzliwie i odrzekł: - A w jakiej sprawie? Pan nie jest francuzem. Uśmiechnąłem się pod nosem, mój akcent jednak lekko zardzewiał. - Nie, jestem z Polski. Znałem kiedyś jego dziadka. Chciałem porozmawiać z Pierrem w ważnej sprawie. - A tak. Staruszek Jean-Claud. Bardzo nam go brakuje. Ale cóż. C`est la vie – francuz zamyślił się przez chwilę – Pierre przychodzi tutaj dopiero około dziewiątej wieczorem. Tamten stolik w rogu to jego ulubione miejsce. - Dziękuję – skinąłem głową. Więc jednak znalazłem go. W tym miejscu. Dobrze wywnioskowałem ze stylu kreślenia liter w adresowanym do mnie liście, że jego autor jest grafikiem. Może malarzem? Podekscytowany powróciłem do hotelu i czekając na wieczorne spotkanie wziąłem bardzo zimny prysznic.
***
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy gnany ciekawością pędziłem na spotkanie. Światło nadawało uliczkom czerwono-pomarańczowe zabarwienie. Kolory mieszały się ze sobą bajkowo zmieniając znajome już w ciągu dnia budynki. Zbliżając się do wzgórza można było wyczuć nienaturalny spokój. Czas nie miał teraz żadnej władzy nad przechodniami. Turyści spacerowali leniwie i raz za razem pstrykali zdjęcia aparatami a właściciele sklepów z pamiątkami szerokim uśmiechem zapraszali na zakupy. W końcu przede mną ukazał się plac, który od setek lat wzięty został we władanie przez artystów. Nieśmiało poruszałem się pośród rozstawionych sztalug, gdzie młodzi ludzie w poplamionych farbą podkoszulkach doskonalili swoje dzieła. Zacząłem chłonąć atmosferę. Usiadłem przy pobliskim stoliku małej restauracji na środku placu i przyglądałem się otoczeniu. Widziałem stare i młode twarze z wymalowaną na nich pasją tworzenia rzeczy dla nich najważniejszej. Przelania na płótno ich wizji świata. Sposobu odczuwania rzeczywistości, myślenia i kochania. W pewnym momencie zobaczyłem wchodzącego do restauracji mężczyznę, który usiadł w rogu lokalu. Na umówione skinienie ręki kelner od razu postawił na stole butelkę absyntu. Nawet nie wiedziałem, że można tutaj dostać taki trunek. Mężczyzna miał około dwudziestu pięciu lat, modny trzydniowy zarost i nieco zmięte ubranie. Nie wyróżniał się pośród obecnych tutaj ludzi, tylko smutne i bardzo podkrążone oczy wskazywały - oprócz nałogu alkoholizmu - na dręczące go problemy. Kelner wzrokiem pokazał mi, że to jego właśnie szukam. Powoli podniosłem się z krzesła i ruszyłem w kierunku wskazanego stolika. - Dzień dobry. Pan Pierre Romuald? – zapytałem, starając się wyraźnie wymawiać zgłoski. Osobnik zastygł…