Filozofia · 28 min czytania
PATETYCZNE PRZEDSTAWIENIE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Misterium rozpoczęte. Blada linia horyzontu drżała z zimna, kiedy pierwsze, mieniące się wszystkimi odcieniami złota i pomarańczy promienie słońca, migotały w oddali, wynurzając się zza niebieskawego konturu białych gór. Atmosfera spokoju i harmonii unosiła się nad równiną, spowitą w mroku układającej się do snu nocy. W oddali słychać było radosny śpiew ptaków, które nawoływały Życie, przecierające zaspane oczy do wspólnej, kolorowej zabawy. Unoszące się nad drzewami mgły przypominały babie lato, tańczące wraz z figlarnym, ciepłym wietrzykiem umierającego lata. Nad stepem przeleciał orzeł, a szybkonoga Tygrysica głaskała swymi stopami płaczącą trawę. Biegła w rytmie wschodzącego słońca, niczym jego gwieździsta siostra wracająca do domu swego brata przez kłębiaste galaktyki i chmurne konstelacje. Jej brązowe oczy nieprzerwanie chłonęły obraz budzącego się świata. Tygrysica czuła się częścią celebracji - uroczystych narodzin drzew, ziemi i zwierząt. Step pulsował biciem jej młodzieńczego serca. Tysiące zapachów uderzały swą intensywną świeżością, tworząc mozaiki wyobrażeń. Była doskonałą mistyczką zbawicielki Natury, apostołem mesjasza teraźniejszości. Oddech młodości pieścił jej rozpalone, śniade policzki. Jej ostre, sokole rysy okolone były przez kruczoczarne włosy jej przodków - czcicieli Wielkiego Ducha. Smukłość umięśnionego ciała, jego helleńskie proporcje i doskonałość stanowiły symbol zasady świata, wyjąc wilczym głosem o jego celowości. Carl obserwował od dłuższego czasu przez lornetkę to pierwotne przedstawienie siły, zmieszanej z ziemią i krwią, połączonej z nadnaturalną pulsacją serca i mięśni. Kiedy tak patrzył jak drobne stopy przemierzają bezcelowo step, nie rozumiał nic, z tego co widziały jego oczy. Jednak teraz wydawało mu się, że w głębi swego kapitalistycznego serca, słyszał niezrozumiałe szepty, które niczego nie wyjaśniając, porażały go mglistą delikatnością. Stał na skraju lasku jodłowego, przez który przepływał wartki, zimny strumyk, mieniący się tysiącami kolorów i błysków. Wszędzie było pełno ogromnych szyszek, którymi bawiły się dziwne, niespotykane wiewiórki, podrzucając je w górę i turlając w przypadkowych kierunkach. Przed nim rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Przestrzeń ogarniała jego ograniczony umysł wyzwalając w nim uczucie szczęścia, radości, może uwielbienia. Zielona soczysta trawa porastająca step wgryzała się swymi ostrymi zębami w niebo, kalecząc nierówny horyzont. Gęsty błękit sufitu ziemi zbełtany z niechlujną bielą, drapieżnych chmur, przypominających mgliste włókienka, kojarzył mu się z malarstwem jednego rudego gościa, który dla Carla zwariował na bezimienność. „Znowu ta cholerna frustracja” - myślał tak sobie, ciesząc oko plastycznością chłodnego obrazu, który zaciągał się mięsistym oddechem. Z dwóch stron widok zamknięty był klamrą pradawnego boru, co sprawiało, że Carl czuł się jakby postrzegał oczyma jednego z pstrągów, których łuski tak cudownie lśniły w promieniach wschodzącego słońca, kiedy wyskakując z wody, pożerały tłuste, włochate muchy. Za Carlem rozpościerały się młode, majestatyczne góry, pokryte wiecznym śniegiem w swych najwyższych i najbardziej niedostępnych człowiekowi piętrach. Był tylko on i Tygrysica, której imienia nie znał. Znajdowali się niczym aktorzy na abstrakcyjnej scenie, przyozdobionej nierealnymi dekoracjami, które reżyser dobrał w przypadkowy sposób, bawiąc się skojarzeniami. Każdy grał swoją rolę w teatrze dla wybranych. Wiatr wzmagał napięcie i poczucie patosu. Skały uśmiechały się nieprzystępnie, przechwalając się swymi szklistymi sukienkami. Ptak figlujący na niebie naśladował panią z barykady, którą podglądał dawno temu. Ziemia to życie. Niebo? Czas płynął powoli. Biegnąca Tygrysica zmieniała się i przeobrażała w wielobarwnej igraszce promieni słońca. Carl nie wiedział z czym ma do czynienia. Stał na skraju lasku - mały, wąsaty ignorant, który na dodatek majaczy. Wydawało mu się, że jego oczy omamione są przez jakąś fatamorganę, że jakiś człowiek pustyni igra z nim, bawiąc się mosiężnym lusterkiem. Kim była ta królowa? Córą indiańskiego manitu - nieprzystępną i dziką? Czy okrutnym i pełnym wdzięku zwierzęciem, które gotowe jest zabić jednym ruchem swych puszystych łap? Kim była ta kobieta? Biegła w jego kierunku. Cisza drżała w skupieniu i napięciu umysłów. Cała przyroda zamarła w oczekiwaniu. Oto myśliwy spotyka się z myśliwym - nie ma łowcy ani ofiary. Życie przeciwko życiu walczy na śmierć. Wszystko zostało już przygotowane, wybór dokonany. Nad stepem przeleciał orzeł. Pakt był potwierdzony i niewymuszony. W arystokratycznej loży siedzą Niebo i Ziemia. Cały Wszechświat wiruje. Najdrobniejsze atomy patrzą w skupieniu na pojedynek stali i mięśni, pazurów i kłów, walki o życie w nieświadomości. Tygrysica mknęła przed siebie. Nie żałowała. Carl przystawił do swego wątłego ramienia broń. Widownia zachłysnęła się powietrzem. Była tylko formująca się poezja. Wszystko ucichło. Oczy patrzyły. Uszy słuchały. Nozdrza wąchały. Łapy walczyły z ziemią. Ciała prężyły się z majestatem. Bez wysiłku. Bez zmęczenia. Doskonała autentyczność. Wraz z wschodzącym słońcem szaman rozpoczął swój rytuał. Wielki ogień ku czci Wielkiego Ducha. To uroczysta chwila - jedna z córek plemienia Promienistych wychodziła za mąż. Miała złączyć się w jedno ciało z oblubieńcem, którego wybrała. Poczciwy szaman wiedział, że podziwiała wybranka od dawna. Śpiewał o tym Ziemi matce, ojcom i przodkom. Był dumny z tej chwili. Śpiewał ptakom o tym jakie szczęście spotyka dziś plemię. Tańczył niebu, by sprzyjało oblubieńcom. Szybciej i szybciej, krążąc wokół ogniska. Jego śpiew to mantra. Jego taniec to trans. Kim jesteś szamanie, zagubionym w króliczej norze? Kapłan wiedział, że jest tylko posłańcem. Drzwi muszą otworzyć się same. On śpiewa i wielbi, nie ma więcej czarów. Oblubieniec i oblubienica będą jednym ciałem. Płomienie sypią złote skry, ku niebo, a każda z nich jest tchnieniem jego plemienia. Gdzie jesteś Wielki Duchu? Nie ma dziś kości i żalu. Nie ma śmierci. Wszytko tańczy. Mądry orzeł wie, że świętość prawdziwa mieszka pod jego skrzydłami, dlatego to totem wyboru. Wszystko wiruje - gwiazdy, planety i cząstki. Życie ucichło. Przodkowie mówili, że miłość to największe uczucie, bo tworzy prawdziwą sztukę. Szaman tańczy. Rzeczywistość to wiersz. Życie to wiersz. Miłość to wiersz. Wszystko to poezja zaklęć, wymieszana z prochami zmarłych. Szaman zatacza błędne koło. Przyroda kręci się razem z nim, mamrocząc pod nosem błogosławieństwa i mowy pogrzebowe. Wszystko płonie - przekleństwo Heraklita! Oblubieniec i oblubienica zbliżają się do ołtarza. Tunel został otwarty. Carl wypalił. Metalowa kula pomknęła, przecinając powietrze w stronę Tygrysicy. A może nie pomknęła? Może nie poruszała się wcale? Tylko świat wokół niej się zmieniał i przemieszczał? Może to nie była ta sama kula, którą Carl wystrzelił? Tygrysica upadła bezwładnie na zimną ziemię. Zrobiła kilka koziołków i przetoczyła się na grzbiet. Trawa pod nią była przyjemnie puszysta i świeża. Czuła się odprężona, jakby wcześniejsze napięcie spływało wraz z jej krwią i poiło ciemną ziemię. Widziała przed sobą gęste niebo umarłego malarza. Wszystko ucichło. Jodły z pobliskiego lasu wydawały się gapić na nią i wdzierać do jej serca. Strumyk przestał kojąco szumieć. Ptaki przerwały sprzeczki o miejsca na gałęziach. Góry ucichły wraz ze swą pieśnią wieczności. Najdrobniejsze żuczki i pszczoły przestały brzęczeć i spokojnie nasłuchiwały, siedząc na kwiatkach o żyłkowanych, wielobarwnych płatkach. Światło nagle zrobiło się zielonkawo-niebieskie po czym, zaczęło przechodzić przez wszystkie odcienie czerwieni i pomarańczy w lunatyczną biel. Tygrysica nie była już Tygrysicą. Nie potrafiła tego określić, ale wiedziała, że wszystko się zmieniło. Nie ma już Czasu. A może w ogóle go nie było? Zgasły już dla niej ziemie, gwiazdy i nieba, ale wciąż było światło. Uśmiechnęła się i złożyła pocałunek na ustach Świata. Niczego nie żałowała. Tak wiele rzeczy wydaje się cennych, ale któż zachwycił się poranną rosą, wschodem słońca, skrzydłami motyla czy śmiercią na wygnaniu? Carl podszedł do Tygrysicy. Jego intensywnym, zielonym oczom ukazała się indiańska kobieta. Leżała w miejscu, na którym powinny spoczywać zwłoki zabitego zwierzęcia. Patrzyła na niego przenikliwym spojrzeniem. Była piękna absolutnie. Długie czarne włosy okalały jej smukłą twarz, a niesforne kosmyki tańczyły na niej bezrytmicznie. Policzki kobiety były delikatnie zaróżowione. Na ich gładkich konturach, granicach i horyzontach cienie zmagały się ze światłem nowego dnia. Miała prosty i proporcjonalny nos i pełne, niespotykane u Indian wydatne usta. Dłonie o smukłych palcach były rozchylone w ofiarnym geście, a jej smukłe ramiona przechodzące w delikatnie obojczyki, spoczywały w zielonym strumieniu traw i landrynkowej koniczyny. Swą pozą i wyrazem przypominała płynącą Ofelię. Carlowi wydała się zimna i surowa, pierwotna i odwieczna - święta. Stał oniemiały. Wokół kobiety trawa zbroczona była krwią, ale ona nie nosiła na sobie śladów żadnej rany. Mężczyznę zaczynało ogarniać przerażenie, wobec beznamiętnego wyrazu jej oczu, które penetrowały go na wylot, przebijając spojrzeniem niczym zimna, srebrzysta kula. Chciał coś powiedzieć, ale słowa były za lepkie i utknęły mu w przełyku. Stał wyprostowany na baczność - człowieczek w poszarpanych spodniach i ubłoconej koszuli. Jodły bacznie obserwowały przedstawienie, a publiczność zaczynała się niecierpliwić. Kobieta podniosła się i stanęła twarzą w twarz z otępiałym i bladym Carlem, który nie mógł się ruszyć. Wysoka Indianka o skórze perłowej konsystencji i kolorze ciemnej kory, zrobiła bezszelestnie kilka kroków w tył. Jej gładkie i lśniące usta otworzyły się, a oczy wypełniły się nowym płomieniem. Z pewną dostojnością zaczęła pieścić płynące przez nią słowa, którym odpowiadało wątłe echo obijając się o skały. Kobieta śpiewała, a jej pieśń unosiła się wraz z wiatrem, lecz uszy Carla były na nią głuche i zamknięte. Patrzył z podziwem, kiedy cofała się w głąb proskenionu, otaczana przez ćwierkające ptaki; oplatana przez żywe kwiaty, układające się w misterne arabeski. Dziewczyna śpiewając wpijała swój wzrok w Carla, który stał zagubiony ze starą strzelbą ojca w prawej dłoni. Przyroda zaczynała się w koło burzyć. Wzmagał się wiatr, a niebo chmurzyło się niezadowolone fioletowo-czarnymi chmurami. Mężczyzna nie śmiał przerwać śpiewu kobiety, czuł się tak, jakby sam stał nagi przed doskonałością. Morze traw falowało pod wpływem huraganu emocji. Nagle głos zabrała Ziemia, a obudzone żywioły zawtórowały jej czystym głosem:
ZIEMIA
Niech z czeluści mych wytryśnie, pradawne źródło uwielbienia, Nic nie ma, a ona jest wszystkim, we wszystkim znajduje chwałę. Wytryska z mych wnętrzności tylko to co małe ciałem, Dziecię wielkie duchem. Na kolana Człowieku! Czcij swą Panią! Dziś zaśniesz snem trupim.
CHÓR ŻYWIOŁÓW
Pnij się, ach pnij roślinko mała, Ku niebu oblicze swe zwróć, Dla mocy, siły i chwały, Ziemię! Matkę swą czcij. Nie ma bardziej przemożnej i kruchej, Wspaniałej i głuchej na wszystkie słabości, Niż ona sama w swej wielkiej godności! My dzisiaj wtórujemy, śpiewamy głosem czystym, Dla potężnej matrony składamy hołd z dziecka naszego, Płodu sił i spojrzeń, splotów, upokorzeń. Najwyższy już czas, Człowieku! Oddaj swe ciało i duszę tylko temu co warte zachodu. Zgiń w jej okrutnej dłoni, Wzgardzony szlachetnym życzeniem. Tylko jedna jest droga cnotliwa i odkrywająca. Drogą prawdy i życia jest Twórczość biegnąca. Więc otwórz swe ucho i wsłuchaj się rytm, Wskocz na świetlistych szlak i twórz. Pamiętaj, twój czas kończy się już, La la la, la la la...
(wchodzą Niebo i Zefir)
NIEBO
Z odmętów mych fal, toczących z pysków pianę, Nadciąga Zefir przejrzysty, silny i młody. Zwracamy swe twarze ku boga synowi, By oddać należną mu chwałę. Śpiew posłyszeliśmy w fasadach domów naszych, Pragnąc ujrzeć dziecię, ofiarę naszą. Widzimy Ziemię... Cała zabawa od nowa. Perpetuum mobile est facti.
Część 22 / 3
ZEFIR
Hulaj dusza piekła nie ma! Oto jestem! Ja nieśmiertelny i wolny, ograniczony tylko swym bytem. Widzę, że towarzystwo zebrane, Sabat pospólstwa się rozpoczyna! Gdzie moje miejsce? Nie ma? Czy nikt nie widzi, że jestem? Ach tak, jam jest Nadwiatr, Nadziemia, Nadniebo, Cudownie! Gdzie me kochanki skały? Słodsze są mi bardziej niż miód ich usteczka zimne, I włosy bieluchne, w których buszuję, i szepcę, Do uszu pradawnych kochankom mym wiecznym. Zauroczone głosem moim, powtarzają za mną niczym papugi. Ha! O to i one! Dobrze, że uczta jeszcze nierozpoczęta!
(zbliżają się Góry)
GÓRY
Witaj Zefirku nasz chytry poeto! Gdzieś bywał, gdzieś zniknął? Przybywamy na gusła, dusze przyzywać, By wyzwolić tych, których Śmierć zniewoliła. Gdzie są? Czy taniec da się zatrzymać? Zefirku odpowiedz nam swym lotnym głosikiem. Głodne jesteśmy martwego stworzenia.
NIEBO
Cisza! Wszystko już gotowe. Widzicie Człowieka?
CHÓR ŻYWIOŁÓW
Część 33 / 3
Nie sposób...
ZEFIR
Przecież mówił, że cisza! Śmieszą mnie wasze ponure oblicza!
NIEBO
Co do nich to i do ciebie, Pojmujesz zuchwalcze? Nie odpowiadaj. Spotkanie jest w ruchu. On nas nie słyszy, choć widzi. A nasze dziecko, czyż nie jest cudowne? Zaraz rozpocznie się uczta. A cóż to za dziwy?
(Szaman skacze w ogień, który występuje przed chór)
OGIEŃ
Precz głupcy! Wszyscy z tego samego łona wyrośliście, Głodni, pazerni i stagnacji pragnący! Ziemio, wieczny cmentarzu! Życie dają ci martwi, Bezbożna, bezwstydna kobieto! Obnażasz swe krągłe wdzięki Życiu, By wiedzione pożądaniem, zgniło w twych zielonych wnętrznościach. Modliszko, muchówko, szkarado! Widzę i Niebo jest tutaj... Kolejny śmierci wielbiciel, Nie mogąc umrzeć, sam innych zabija, Głodny wielkości! Wciąż więcej i…