Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 10 min czytania

Patrycja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie pamiętam dokładnie, jak przyszła do nas po raz pierwszy. Byłam wtedy tak zajęta mamą, że zapamiętałam tylko jej długie włosy i miły uśmiech. Była młoda, chyba w moim wieku. Mówiła spokojnie i tak rzeczowo. Od razu nabrałam do niej zaufania. Mama chyba też, chociaż tego nie okazywała. Później przychodziła regularnie. Miałam też jej telefon, na wypadek, jakby coś się stało. Kiedyś zadzwoniłam do niej, bo mama nagle zasłabła. Spokojnie wytłumaczyła mi co robić i obiecała, że jak tylko będzie mogła, to przyjedzie. Zjawiła się po godzinie, ze swoim nieodłącznym, spokojnym wyrazem twarzy. Mama już wtedy czuła się lepiej, ale pani Patrycja usiadła obok niej na łóżku i zapytała: - Co się stało? - Nic takiego. Anka jak zwykle przesadza. Mi i tak już nic nie pomoże. - A może jednak da się pani namówić na tę nową terapię. - Już mam dość tych terapii. Spędziłam ostatnie pół roku w szpitalach. Tylko bolało i mdliło! Wolę już umrzeć w domu. - Niech pani tak nie mówi. - Co nie mówi! Dobrze pani doktor wie, jak kończą tacy jak ja! Ale co ja mam z życia?! Nawet nikt mnie nie kocha! Ostatnie słowa strasznie mnie zabolały. Jeszcze lekarka uwierzy i wyjdę na wyrodną córkę. Zebrało mi się na płacz. Usiadłam na taborecie w kuchni. Nawet nie wiem kiedy łzy zaczęły płynąć mi po twarzy. Docierały do mnie tylko szczątki zdań. - Ciągle sama... jak pies... tyle człowiek ma z dzieci... umarł... sama... ani jej... dziecko... Wiedziałam, że muszę przerwać ten potok słów. - Może coś pomóc?- zapytałam wycierając twarz. Pani doktor spojrzała na mnie. Przez moment myślałam, że chce mnie skarcić, ale nie. Wstała z łóżka i powiedziała. - Może nakłuję ten brzuch?- zwróciła się do mamy. - O nie! Niech mnie pani zbada, da mi coś na ból i jakąś kroplówkę. Bo ja już nic nie jem. Nawet nie ma mi kto podać. - Co ty mówisz! Przecież ugotowałam ci zupę, którą najbardziej lubisz! - nie wytrzymałam. - A ja niby mam siły, żeby sobie ją podgrzać, przynieść i zjeść! Nie widzisz, że twoja matka nawet do kibla nie może wstać! Dla ciebie mogłabym zgnić tu, w tym łóżku. Ty i tak pojedziesz sobie do tego swojego chłopa. - Przecież wiesz, że Pawełek jest chory a Tomek pracuje i nie może z nim siedzieć. - Co to za problem, żebyście tu przyjechali. Na tej twojej wsi nawet apteki nie ma. Widzi pani – zwróciła się do młodej pani doktor – z miasta uciekła. Do krów i świń. Woli chlew od matki. - Dobrze. Proszę się rozebrać. Zbadam panią.- powiedziała rzeczowo lekarka i zaczęła swoją pracę. Trwało to parę minut. Widziałam jej sprawne ruchy i skupienie. Mimo młodego wieku wyglądało, że wie co robi. Mama parę razy jęknęła i widać było, że męczy ją już ta wizyta. - Naprawdę, nakłuję ten brzuch, zobaczy pani – od razu ulży... - Nie, niech mi pani da leki i już – była już wyraźnie poirytowana. - A jak pani to bierze? - Jak boli. - A mówiłam, żeby brać co 4 godziny. Nie będzie wtedy boleć. To też trzeba brać. – wskazała na kolejne pudełko – A to widzę wcale nie zaczęte. Proszę mi powiedzieć, jak ma panią nie boleć? Proszę chociaż spróbować dać sobie pomóc. - Przecież ja biorę co potrzeba, ale jak mi nie ma kto przypomnieć, to co ja zrobię? - Tu jest wszystko napisane. Widzę, że córka wszystko poukładała jak trzeba, pani tylko musi to połknąć. - Jak mam połknąć, jak nie mam ciepłej wody. Gardło mnie boli. A herbaty nie ma kto ugotować. - Mamo! Tutaj stoi cały termos. Przecież wiesz, że wszystko przygotowałam. - Człowiek na stare lata nikomu już nie jest potrzebny. Wychować dziecko i co? Sama umierać. Nawet nie ma do kogo buzi otworzyć. Idźcie już sobie. Chce mi się spać. Myślałam, że lekarka się obrazi. Ona jednak tylko spakowała swoje rzeczy i powiedziała: - Proszę brać te leki regularnie, a jak się zacznie coś dziać to wiecie, gdzie dzwonić. Zapisała parę słów w zeszycie i podeszła do wyjścia. Stałam za nią. Tak chciałam ją na chwilę zatrzymać, zapytać o tyle rzeczy, ale język stanął mi w gardle i nie mogłam nic powiedzieć. - Czy ma pani jakieś pytania? – zwróciła się nagle do mnie. - Tak. Możemy pójść do kuchni? Kiedy weszłyśmy, usiadła na taborecie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wysunęłam drugi taboret i siedząc tak naprzeciwko, zaczęłam nagle płakać. - Czy ona...- chlipałam - Nie chcę pani oszukiwać. Stan jest beznadziejny. - A jak długo to potrwa? - Tego nie wiem. Tego nikt nie wie. Ale proszę pilnować, żeby brała leki. Nie będzie wtedy cierpieć. - Ale ja się staram. Mój synek jest chory. Nie mam go z kim zostawić. Tomek, mój mąż, powiedział, że jak zabiorę małego do chorej matki, to odejdzie. Nie chce, żeby mały widział umierającą babcię. On chce dobrze. Ja się przecież nie mogę przenieść.- Popatrzyłam na twarz lekarki. Nie było w niej widać ani cienia złości. - Oczywiście, pani musi mieć też swoje życie. Myślę, że pani mama ma wszystko co trzeba. Tylko za bardzo nie potrafi tego docenić... Są ludzie, którzy zawsze narzekają. Spojrzałam na tę mądra twarz i pomyślałam, że mnie zrozumie.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%