Inne · 22 min czytania
Patrz, pamiętaj
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
I
Od przychodzenia, przytupywania, przypełzania się zaczyna. Woli dręczyć mnie dynamicznie, niż statycznie. Przychodzi do mnie, bo przyjść do mnie jest najwygodniej : kimkolwiek by nie był, może mieć pewność, że go nie wyrzucę. Zbieram swetry ze skrzypiącej, wyfroterowanej sufitopodłogi pokoju, gdy się pojawia. Zabieram mu ten puszysty dywan, w który się ubieram, gdy chłodno, sprzed stóp. Układam książki na półkach, żeby wyglądały tak, jakbym nigdy nie miała ich w rękach. Prostuję kartki. Gdybym miała żelazko w rozmiarze mini, posłużyłabym się nim w tym celu. Tymczasem prostuję ręcznie, z wysiłkiem, marudząc, cierpliwie mimo wszystko. Kartki przecierają się, tracą na grubości i wyrazistości, ale są nieskazitelne. Wiotkie, lecz doskonałe. Wypieszczone. Jeszcze ciepłe. Czasami czuję, jak rozcieram w dłoniach resztki zaschniętej farby drukarskiej. I rozczesuję splątane nader włosy, wcierając mimochodem ten zapach (smak?) w kosmyki słaniające się na ramiona. W mdlejące włosy, błyszczące resztkami sił. W najspokojniejsze wężowisko jakie kiedykolwiek miałam na głowie. Układam swetry w szafie, na wierzchu kładę jego ulubiony. Wtula się w niego i zasypia w nim, gdy znuży go wszystko, czym żyje. I przestaje żyć, zapadając się coraz głębiej i szczęśliwiej w moher. Wychodzimy na zewnątrz wymieszani w sobie, jakbyśmy popołudnia całe spędzali w swoim towarzystwie, leżąc to tu, to tam, półśniąc. Jakbyśmy razem tracili świadomość. Jakbyśmy nosili ubrania z tej samej wełny, spod tych samych rąk i tych samych koślawych, ulubionych drutów w kształcie spokoju naszych matek. Jakbyśmy byli związani nicią. Takie krawieckie pokrewieństwo. Amatorskie bractwo krwi. Przyciąganie, dążenie do siebie. Przyleganie, pasowanie, immanentyzm, szczęśliwe zespolenie. Węzeł gordyjski. Zużywamy siebie jak mydło. Sięgamy po siebie, obmywamy ręce z egoizmu, z potrzeby samotności, z konturów osobowości, ze smutku, który nas kocha, z wiecznego zatracenia, w które uwielbiamy zapadać, z letargu w przedpołudniowym słońcu. Jesteśmy niczym przedmioty codzienne, do życia przydatne. Mamy nogi i ręce, uszy i usta, ale żadna z tych części nie jest wykorzystywana zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Od przychodzenia, przytupywania, przypełzania się zaczyna. Wolę kochać go introwertycznie niż ekscentrycznie i raczej po cichu niż krzykliwie. Kimkolwiek bym nie była, mogę mieć pewność, że mnie znajdzie (po nitce do kłębka).
II
Że niepewność jest mi pisana, wiedziałam od zawsze. Ubrana w czarny, głęboki golf i z szyją przepasaną soczystym wisiorem, ukrywałam się przed nią w zadaszeniach wysokich kamienic w najwęższej z wąskich uliczek czarodziejskiego miasta. Uciekałam spacerkiem, z ustami pogodnymi. Ganiałam za przeprowadzającym się książkowym antykwariatem na ulicę Mokrą. Zwalniałam przy wystawach zielonych butów, by popatrzeć na adidasy, których nikt nie kupuje, przez szybę zbadać miękkość zamszu, pozwolić mu wtulić się w jakąś istotną część mnie i delektować się obuwniczym ciepłem. Codziennie, oprócz niedziel i poniedziałków, bo poniedziałki są dla mnie jak niedziele. Rozsmakować się oczami, i tęczówką, i źrenicą, i otchłanią wewnątrz. Chciałabym kiedyś poczuć deszcz pod stopami, móc na chwilę choćby oderwać się od swej nałogowej przyziemności. Przylegając do gładkiego, przyjemnego podłoża, unieść się niespodziewanie, wystarczyłoby zaledwie pod niebo. Pod podniebie. Czuć łechtające po piętach chaotyczne krople. Tak wyglądały częstokroć moje zakupy. Dochodziłam więc pusto i nieśpiesznie do Mokrej, przywołując deszcz, obejrzawszy się przez lewe ramię. Schodziłam w dół schodami, z których właściciel dzbankiem pełnym średnio ciepłej kawy zdarł pajęczyny. Głaszcząc niepostrzeżenie chłodną ścianę, odnajdywałam te pajęcze pustostany. Wszystko w tej piwnicy witało mnie najpierw dramatem, potem flegmą. Światło wpadające do wnętrza stało się nagle zbyt arystokratyczne w porównaniu z wystrojem, zbyt złotawe, optymistyczne, zbyt rozedrgane swoim bogactwem. Podkreślało ubóstwo wszystkiego, na co padało. Do brudnej, wyłożonej bladozielonymi kafelkami podłogi nigdy nie dotarło. Przez podłogę... bo jest za nisko. I choć miałam pieniądze, światła nigdy kupować nie chciałam. Wychodziłam znużona. Są jeszcze rzeczy piękne i niczyje – myślałam, mocząc sandały w kałużach, które należało ominąć.
III
W sobotę, pochylona ofiarnie nad wanną, płukałam swetry w delikatnym płynie, kiedy usłyszałam z pracowni głos znajomego abstrakcjonisty:
Część 22 / 3
Czy ty wiesz, moja droga, że jak się wyjątkowo umiejętnie okroi drzwi z tej ich niepotrzebnej megalomanii, to może z tego powstać nadzwyczaj ładne okno? Zastanów się nad tym porządnie. Poza wszystkim... masz gdzieś w kąt rzucone białe farby? Chyba nie robisz dzisiaj prania?! Dobry wiatr na rzeźbienie, szopie.
Zaszemrała woda, wiatr się wzmógł, telefon zamilkł na długo, sznury na bieliznę dygnęły wdzięcznie pod naporem wilgotnego materiału – pluszu. Wiatr jest perfekcyjny... na rozwieszanie siebie w kawałkach na balkonie czwartego piętra squatu przeznaczonego do wyburzenia, na jednej z ruchliwych ulic centrum miasta. Jedynym warunkiem mieszkania tutaj jest wymyślanie, pielęgnacja wyobraźni, pedantyczna dbałość o „ja” wyimaginowane. Lista oczekujących na pokój jest na oścież otwarta i nie ma końca. W dniu moich narodzin wpisała mnie na nią moja matka, za co jej do dzisiaj dziękuję, choć już nie mam ku temu sposobności. Moja pracownia jest najmniejszym z pomieszczeń, ale za to posiada balkon, miejsce nieregularnego zaczerpywania oddechu, lądowisko dla księżyca podczas nadrannej zmiany, wolność dla świeżo upranych przykryć, kolorowych otulaczy. Schronienie w najbardziej widocznym miejscu ulicy, w samym sercu pośpiechu, w trakcie pościgu, o krok od zdobycia Grand Prix w kategorii niekomponowania się z zabieganą, dobrze zarabiającą szarością niewielkiego, przemysłowego miasta. O turkusowych ścianach. O nieokreślonych preferencjach, leniwe, niechętne do zwierzeń zewnętrze. Cienka skorupa, pod którą gdyby coś się działo, można by usłyszeć z dowolnego, niskiego punktu F. Zawróciłam z balustrady. Skierowałam się ku drzwiom lub to one skierowały się ku mnie, oboje mamy skłonności do przesadzonego relatywizmu, ponieważ jesteśmy słabi. Zaschły farby na mojej podłodze i on wtedy przyszedł. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że lubi ten zapach. Że go zwabił, ulatując przez nieszczelne okna, skacząc z zasłon bez wzoru, odbijając się z powierzchni intensywnie wybarwionych od zeszłego lata ścian. Pomyślałabym, że chce sprawić mi przyjemność, krążąc między olejami a pastelami, między gotową formą a prawie gotowym aktem egzystencjalisty w wyciągniętym swetrze z owczej wełny na złamanym wpół holenderskim rowerze.
- Powietrze zmieszało się z farbą – przywitałam go, rozrabiając w porcelanowym moździerzu resztki karmazynu znalezionego za łóżkiem. - Nad czym pracujesz dzisiaj? - Doprowadzam tę intensywność do stanu używalności.
Zmrużył oczy. Zmrużył oczy, by powiedzieć mi, że tym razem mi się nie uda, jednocześnie wiedząc, że nie ma racji. Uwielbiałam ten jego niewyraźny grymas, kiedy jest gotów zaprzeczyć wszystkiemu, co powiem. Nie, niebo nie jest niebieskie. Nie, holenderskie rowery nie są na sprzedaż. Nie, nie uda ci się zmusić mnie, bym wyszedł stąd, nie ucałowawszy cię. Ten karmazyn jest moim pocieszeniem, a mógłby stać się jeszcze moją wiarą, gdyby kierownictwo squatu pozwoliło mi wymalować w nim korytarz. Wymyślić w nim korytarz. Zapewnić sobie egzystencję do samiutkiej śmierci, a może nawet trochę po. Wraz z nim rozcierałam moją szczęśliwość z domieszką tej niewytłumaczalnej euforii. Gdy rozprowadziłam go na płótnie, szczęśliwość moja została na nim, nałożona energicznie grubymi warstwami. A euforia, jako lekka i pierzchliwa, ulotniła się zmysłowo. Może jeszcze kiedyś wróci, ponętna. I w tym wielkim Być Może wytarzała się noc, jakby w czymś lepkim i słodkim. Ziarnista noc, uczepiona końcówek szarych włosów, żeby można ją było łatwo strzepnąć.
IV
- Bądź frywolna, gdy masz czas po temu. Bo ja jestem frywolny, ale frywolny w pośpiechu i zobacz, jak wyglądam. Desipere in loco, kochanie.
Część 33 / 3
Tak mówił dziadek, zanim umarł na zamiłowanie do życia.
- Uśmiechnij się szeroko, jak przystało na tę porę roku i nie martw się swoim niedoborem buntu.
Zatańczyłam salsę, której uczyłam się pokątnie i wstydliwie. Zatańczyłam niepublicznie, niepewnie i nieskromnie. Łakomie zatańczyłam. I nic się nie stało, nikt nie przyszedł, żeby podejrzeć, nikt nie chciał się przyłączyć, nikt się nie śmiał i tak miało być. Namiętnie, po cichu, bez zazdrości.
„Szkło, szkło, szkiełko, Piwo w marcepanie, Pani Zima w oknie Gra na fortepianie.”
Tyle tylko, że fortepian jest Latynosem, a pani Zima skrywa pod lodem ognisty temperament, który roztapia ją od środka. Mówi, że przyjemnie.
Łatwość, z jaką zrywałam wrzosy tego wieczora była nie do przyjęcia. Garściami mogłabym, godzinami po tym udanym, południowoamerykańskim kołysaniu bioder. Uśmiechając się, nie blaknąc, nie usypiając na stojąco. Nawet pląsać z przywiędłymi makami, z rozwianymi makówkami. Rozłożyć koc dla Najważniejszego i patrzeć, jak on patrzy. Przybiec po cytrusa. Wymieszać farby z sokiem ściekającym wraz z pestkami po rękach. I napić się na końcu wywaru sporządzonego naprędce z karmazynu, który zawsze miałam ochotę ukraść kwiatom. Ale już następnego dnia pomyliłam kroki i wszystko było tak, jak nie powinno być, czyli tak, jak zazwyczaj. Rankiem najczęściej rozmyślam nad słonecznikami. Gdyby ktoś poprosił mnie o nazwanie koloru płatków, powiedziałabym, że są pszczeliste. Że od czasu do czasu bzyczą niechętnie, żeby raz na zawsze udowodnić swój przymiotnik. Za każdym razem raz na zawsze. Ranki to pory najlepsze do znikania, patrzenia i tych wszystkich czynności, które nie wymagają zdrowego rozsądku. Czasami, gdy dzień dochodzi już do południa, mam ochotę rozebrać się z dziewczyny, malarki, kochanki, koleżanki. Gdzieś rzucić rozpięte spodnie z nogami, rozsupłane, zgrzebne sandały pachnące drewnem, gwałtownie zerwane z szyi niesymetryczne korale, delikatnie ściągniętą bluzkę razem z opalonymi dłońmi, gdzie zawieram się ja cała. W dłoniach pachnących cytrynowym sokiem, którym podlewam czasem jagody na balkonie. Jesienią grzyby, które nigdy nie czuły lasu. I patrzę, patrzę, aż znikam w patrzeniu. I znikam, znikam, dopóki mogę, dopóki grzybów nie trzeba będzie podlać lub zjeść wyglądających jak małe, ciemne słońca jagód. I tak rozpustnie i często wychodzę czym popadnie. Nawet wtedy dbam o niego, zostawiając mu każdorazowo wszystko, sponiewierane, jeszcze ciepłe, statyczne, łatwe do pochwycenia w zmęczone przychodzeniem garście,