Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Western · 21 min czytania

Pechowiec

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I

Mój koń nie wyglądał najlepiej. Nic dziwnego zresztą, w końcu dałem za niego raptem 5 dolarów, a sprzedający, Manilla Joe, dorzucił jeszcze siodło i zapasowe podkowy. Nie sądziłem wprawdzie, żebym miał z nich kiedykolwiek skorzytsać, zwierzę wyglądało bowiem na takie, które pociągnie jeszcze góra dzień lub dwa, ale darowanemu koniowi nie patrzy się przecież w zęby. Joe radził, bym co kilka metrów robił kilkugodzinne postoje, lecz ja nie miałem czasu do stracenia. Byłem poszukiwany żywy lub martwy i to za przestępstwo, którego nie popełniłem. To znaczy może trochę popełniłem, ale na pewno niechcący i przez przypadek. Zresztą nieważne - tak czy siak, musiałem czym prędzej opuścić Kolorado, a im wcześniej, tym prędzej.

Koń prychnął i stanął. Poprosiłem go, żeby ruszył w dalszą drogę, ale nie usłuchał. Zeskoczyłem więc z siodła i napiłem się wody. Koniowi też dałem, ale nie sprawiał wrażenia specjalnie wdzięcznego. Do Pueblo zostało mi raptem kilka kilometrów, ale byłem zbyt zmęczony, by pokonać je piechotą. Usiadłem na kamieniu i westchnąłem, licząc na to, że wzbudzę w swoim koniu wyrzuty sumienia. Nic z tych rzeczy. Zwierzę najwyraźniej postanowiło odpocząć nieco dłużej, bo mimo moich protestów położyło się na boku i zasnęło, manifestując to głośnym chrapaniem. Cóż miałem czynić? Położyłem się obok niego i również zapadłem w sen.

Obudziły mnie głosy.

- To on? - Bez dwóch zdań. - A jak nie? - To się go potem przeprosi. - Przeprosi? Ale za co? - Za zęby.

Na moją szczękę spadł cios zanim zdążyłem się całkiem rozbudzić. Potem drugi i trzeci, więc znowu się zdrzemnąłem. Ponownie wróciłem do rzeczywistości dzięki temu, że koń, na którym jechałem, kulał i przy każdym kroku uderzałem twarzą w jego bok. Zorientowałem się bez trudu, iż byłem skrępowany i przerzucony przez koński grzbiet niczym worek kartofli. Rozejrzałem się na tyle, na ile pozwalała mi niewygodna dość pozycja i stwierdziłem, że eskortuje mnie dwóch panów. Nienajgorzej uzbrojonych, ale też nienajlepiej ubranych. Nie wiem dlaczego, ale wyglądali mi na łowców głów.

- A gdzie mój koń? - zapytałem. - Koń? - zdziwił się jeden z konwojentów, ten grubszy - Nie wiedziałem, że to był koń. Co uważasz, Jimi?

Jimi zastanowił się chwilę.

- Nie mam pojęcia co to było - rzekł w końcu - Ale na pewno nie koń.

Jechaliśmy dalej. Głowa stukała mi o końskie żebra i zauważyłem, że brakuje mi kilku zębów. Na domiar złego nie podobało mi się w ogóle, że wcale nie zmierzaliśmy w kierunku Pueblo, a wręcz przeciwnie - prawdopodobnie do Denver, w którym to niewątpliwie miałem niebawem zawisnąć na stryczku.

- Nie jest mi wygodnie - powiedziałem w pewnej chwili. - Tak, wiemy - powiedział Jimi.

II

Zatrzymaliśmy się pod skałą, która wyglądała na taką, pod którą można miło spędzić noc. Ściemniało się. Grubszy z mężczyzn, z tego co się zorientowałem miał na imię Hank, ściągnął mnie z konia i rzucił na ziemię.

- Ostrożnie - upomniał towarzysza Jimi. - Żywy lub martwy - odparł tenże obojętnym tonem. - Też prawda.

Panowie rozpalili ogień i zaczęli przygotowywać sobie kolację. Zapach fasoli z wołowiną rozszedł się po całej okolicy, nie zamierzali mnie jednak częstować. Leżałem w dość niewygodnej pozycji, więc przekręciłem się na drugi bok, plecami do obu mężczyzn.

- Obraził się - stwierdził Hank, a Jimi roześmiał się. Przynajmniej mieli poczucie humoru, doceniałem to.

Po skończonym posiłku mężczyźni zaczęli ustalać który z nich pierwszy będzie trzymał nocną straż. Padło na Hanka. Jimi ułożył się do snu, opatulając się grubą derką. Hank taką samą narzucił sobie na plecy, chwycił w dłonie swą wielką strzelbę i zapaliwszy papierosa zasiadł na kamieniu, niedaleko ogniska i równie blisko mojej skromnej osoby.

- Zimno mi - powiedziałem, bo chłód ogarnął moje zmaltretowane ciało. - Przykro mi - odparł Hank, ale głowy bym nie dał za to, czy naprawdę zrobiło mu się przykro. - Jesteście panowie łowcami głów? - zapytałem po chwili, zmieniając temat. - Można tak powiedzieć - zgodził się mężczyzna. - Ile wyznaczono za moją? - zainteresowałem się. - 200 dolarów. - 200 dolarów? - zdziwiłem się - To niedużo. - Ale zawsze.

Hank nie wyglądał na zbyt rozmownego, ale ja potrzebowałem chwili konwersacji. Być może jednej z ostatnich w moim życiu.

- Jestem niewinny - powiedziałem. - Rozumiem - odparł Hank. - Opowiem panu jak to było - zaproponowałem. - Nie chcę. - Ale dzięki temu nie zaśnie pan na warcie. - W porządku - rzekł mężczyzna, choć bez wielkiego entuzjazmu. Mimo tego zacząłem mówić.

- Urodziłem się 12 marca 1897 roku w Short Cut koło Milwaukee. Moja matka... - Czy to aby istone dla sprawy? - przerwał mi Hank, dłubiąc w nosie. - Nie bardzo - przyznałem i nie chcąc zanudzić swojego niecierpliwego słuchacza przeszedłem do czasów znacznie mniej odległych. Cofnąłem się mianowicie zaledwie o kilka tygodni, kiedy to zawitałem do Denver w celu spotkania z Johnem Portraitem, starym przyjacielem, który miał mi do zaproponowania intratny interes. John jednak nie pojawił się w mieście, chodziły słuchy, że Indianie ściągnęli mu z głowy skalp po tym, jak sprzedał im dwie zepsute strzelby i kilka butelek słabej herbaty, która miała udawać whisky w zamian za czternaście bizonich skór i dwie wcale niebrzydkie squaw. Na swoje nieszczęście, mimo wszystko postanowiłem zostać w mieście jakiś czas - pograć w karty, zabawić się trochę. Któregoś wieczoru w saloonie Grubego Jacka wygrałem z Grubym Jackiem w pokera saloon Grubego Jacka. Karta szła mi jak nidy dotąd. Gruby Jack najwyraźniej nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo wyciągnął rewolwer i wystrzelił sześciokrotnie w moją stronę. Jedna z kul przedziurawiła mi kapelusz, inne minęły cel o kilka dobrych metrów, to rozbijając butelki za szynkwasem, to raniąc bądź zabijając przypadkowych gości lokalu. Postanowiłem nie ubiegać się specjalnie o swoją należność, poza tym nie miałem zielonego pojęcia o prowadzeniu saloonu, więc w obawie o swoje zdrowie czym prędzej opuściłem przybytek. Udałem się do hotelu, w którym mieszkałem, jednak zanim doń dotarłem, natknąłem się na piękną kobietę, która stała pod latarnią. Pomyślałem, że to dziwka, więc zaproponowałem jej kilka dolarów. Oburzyła się i wymierzyła mi policzek, a potem wyjaśniła, że czeka na niejakiego Johna Portraita, z którym umówiła się, żeby przeprowadzić jakiś intratny interes. Przeprosiłem ją, a potem oświeciłem co do prawdopodobnej przyczyny absencji mojego przyjaciela, a ona bardzo się zasmuciła. Zaprosiłem ją do swego pokoju, tym razem pomijając dyskretnie temat pieniędzy i proponując łyk gorącej kawy bądź czegoś mocniejszego, jeżeli wyraziłaby na to ochotę. Przyjęła zaproszenie.

III

Hank zasnął. Najwyraźniej moja historia niezbyt go zainteresowała. Sprawdziłem swoje więzy. Skrępowano mnie fachowo - jednak to zawsze miło, kiedy ma się do czynienia z fachowcami. Rozejrzałem się za czymś, co mogłoby pomóc mi w uwolnieniu się. Najbardziej odpowiednie wydawały się żarzące węgielki z ogniska, jednak, żeby do nich dotrzeć musiałbym przeturlać się tuż obok drzemiącego Hanka, co wydawało się raczej ryzykownym posunięciem. Nie miałem jednakże nic do stracenia. Po chwili parzyłem sobie ręce, a Hank jak gdyby nigdy nic świstał przez nos. Uwolniwszy dłonie, rozwiązałem sobie nogi. Wstałem, rozprostowałem obolałe kości i najciszej jak potrafiłem zbliżyłem się do Hanka. Szybkim ruchem wyszarpnąłem mu z dłoni strzelbę. Nawet się nie obudził, taki twardy sen miał chłopina. Albo był po prostu zmęczony, biedaczek. Właśnie jego zastrzeliłem pierwszego. Jimi na odgłos strzału zerwał się na równe nogi, ale zanim zdołał sięgnąć po swoją broń, już witał się ze Św. Piotrem. Szybko oszacowałem swoją sytuację. Miałem teraz trzy konie, prowiant na drogę i dwa kolejne zabójstwa na koncie. Zapakowałem derki i broń na konia, wsiadłem na drugiego i ruszyłem w stronę Pueblo. W kierunkach świata orientowałem się doskonale, mój ojciec pochodził ze wsi.

IV

Pueblo przywitało mnie zabłąkaną kulką. Jeden z moich koni padł bez życia na ziemię. Natychmiast podbiegł do mnie jakiś mężczyzna i zaczął mnie przepraszać. Wyjaśnił, że właśnie pojedynkował się z jakimś innym facetem i strzelił tak mocno, że kula przeszyła tamtego na wylot, zrykoszetowała o pobliską stajnię i jeszcze trafiła mojego rumaka. Jako, że pojedynki były w tym mieście zakazane, wepchnął mi w rękę kilka dolarów w ramach rekompensaty i zniknął. Ochłonąłem z wrażenia, przepakowałem niezbędne fanty z martwego konia na tego, który mi pozostał i ruszyłem w stronę biura szeryfa.

Szeryf miał pięćdziesiąt lat i bielmo na lewym oku. Wyglądał sympatycznie, tyle tylko, że nie żył. Z jego ust sączyła się strużka krwi. Już miałem wyjść, gdy pojawił się młody chłopak w koszuli w kratkę i srebrną gwiazdą na piersi, najwyraźniej zastępca szeryfa.

- Utrapienie z tymi bandytami - powiedział przepraszająco na mój widok - To już czwarty szeryf w tym miesiącu. Dlatego wolę pozostać zastępcą - dodał z uśmiechem.

Posprzątał starego szeryfa, umył ręce i zasiadł za wielkim drewnianym biurkiem, prawdopodobnie przywiezionym swego czasu z carskiej Rosji.

- Co pana do mnie sprowadza? - zapytał, przejmując obowiązki szeryfa do czasu wybrania nowego. - Nazywam się Billy Ray Cyrus - skłamałem, bo w rzeczywistości nazywałem się zupełnie inaczej, ale nie zamierzałem dzielić się tym faktem z zastępcą szeryfa, choćby nie wiem jak wydawał się sympatyczny. Tym bardziej, że na tablicy z listami gończymi zauważyłem własne nazwisko tuż nad swoją podobizną, niezbyt na szczęście udaną.

- Miło mi - odparł chłopak wyciągając ku mnie prawicę - Richard Gere. - Przyszedłem po nagrodę - powiedziałem.

Mój plan był prosty i niezwykle chytry, tak mi się przynajmniej wydawało.

- Nagrodę? - zainteresował się Richard Gere - Za co? - Raczej za kogo - poprawiłem go - Zabiłem Dicka Hooka, leży na dnie South Platte. - Dick Hook? - zapytał zastępca szeryfa - A któż to taki?

Wskazałem swoją własną podobiznę na liście gończym.

- To on. Poszukiwany morderca - wyjaśniłem - Wiozłem jego zwłoki jako dowód, ale przemierzając rzekę prąd mi je porwał. - Zdarza się - przyznał Richard Gere - Niestety, bez…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%