Przyjaźń · 45 min czytania
Pedofil
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Kościół był mały, tak jak małe bywają zwykle wiejskie kościoły. Zawierał w sobie szczyptę tajemnic wpisanych we freski na murach, ukrywanych między ławkami, szeleszczących w pobliżu tabernakulum, niczym trzymana w rękach folia po słodkiej czekoladzie. Kumulował je przez wieki. Wszystkie te sekrety i grzechy, radości i smutki miały tu swoją wieczną przystań. Nieodkryte, schowane w mroku zapadającym po zgaszeniu świec, żyły własnym spokojnym życiem, nie niepokojone przez wiecznie nienasyconych ciekawskich. Światło wpadało leniwie przez stare witraże, z niemieckimi jeszcze napisami, padając na nawę główną. Kolumny zakończone były arkadami zbiegającymi się u sklepienia świątyni niczym ręce pątnika złożone do modlitwy, tak jak chcieli tego budowniczowie. Typowy gotyk, rzekłby sucho znawca sztuki. Główną nawą szedł mężczyzna. Powolne kroki, odbijały się echem wśród pustych ławek, przelatywały obok konfesjonałów, by po minięciu ołtarza wracać do jego uszu. Był księdzem, młodym księdzem. Miał około trzydziestu lat. Był sam ze swoją rozpaczą w tym miejscu przeznaczonym do modlitwy. Jednak jego myśli były dalekie od uwielbienia boga, chaotycznie biegały po jego głowie, niczym młot waląc w ściany czaszki. Potem mieszały się z jego łzami, by wraz z płaczem wypaść przez przekrwione oczodoły na zewnątrz. Płakał, choć mężczyźnie, a zwłaszcza księdzu, płakać nie wolno. Z chaosu rodzi się cierpienie. Cierpienie przeszywające członki jego ciała. Z cierpienia rodzi się ból. Zamknął oczy. -Boże, mój boże czemuś mnie opuścił? Dlaczego odebrałeś mi wszystko, co miało dla mnie wartość? Powoli wstępował po schodkach ołtarza. Zawahał się. Cofnął się jeszcze raz na miejsce, z którego wierni przyjmują komunię. –Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu.- Wyjął pistolet. Włożył go do ust. Pociągnął za spust. Huk wystrzału odbił się od czerwonych ścian, jakby przeraził tak dotychczas niewzruszone postacie świętych. Powoli, niczym wypuszczony z dłoni skrawek jedwabnej szaty, mężczyzna osunął się na podłogę. Jeszcze wciąż pracujące serce wypompowywało litry krwi rozlewającej się teraz jak rzeka na starą kamienną posadzkę przed ołtarzem. Już niczego nie czuł. Jego życie było teraz tylko wspomnieniem dla innych.
- Pisał do mnie w twojej sprawie Jego Eminencja biskup. Przedstawiał cię jako obiecującego wikarego.- Witał go nowy proboszcz. Parafia Najświętszej Rodziny była tym czego by pragnął każdy nowo upieczony ksiądz. Stylowa bazylika budowana w wielkim mieście. Duża parafia. Coś wymarzonego. Zaczął pracę. Rytuały nabożeństw nie nużyły go, ale całą swoją energię poświęcił dzieciom. Lekcje religii z księdzem Markiem stały się dla miejscowej młodzieży swoistą atrakcją. Porywający mówca, człowiek, który czujący ich duszę, po lekcjach grywał z nimi w piłkę nożną, a wieczorami uczył nieco starszych grać na gitarach. W dni świąteczne przed poranną mszą albo zaraz po niej szedł z dużą grupą dzieci łowić ryby. Z reguły jazgarze, ukleje czy małe okonie, ale nie rozmiar miał tu znaczenie.
Minęła połowa października. Przyszedł do szkoły. Siostra Marta była chora i miał oprócz swoich klas poprowadzić i lekcje za nią, w tym V B, postrach nauczycieli. Zmanierowana klasa. Dzieci mętów i prostytutek. Aspołeczna, agresywna, niereformowalna, jak mówili wszyscy. Wszedł, zaległa cisza. -Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - A sam se chwal frajerze.- Klasa wybuchła śmiechem. Uśmiechnął się . - Mówili, że nie nadajecie się do niczego, a już wchodząc stwierdziłem, że macie błazna. -Klasa znów huknęła śmiechem. - Jak trochę jeszcze popracujesz możesz być dobrym satyrykiem. To bardzo ciekawe zajęcie. Lekcja szła jak po grudach. Przypominała zdobywanie twierdzy. Z wolna stopniowo, ci nie grzeczni chłopcy, te pasywne głupie dziewuchy, zaczynali się otwierać. Jakoś zaczęła się nawiązywać nić, chociaż jeszcze bardzo cienką, kontaktu. - Proszę, chłopcze jak masz na imię? - Maciek - Czy możesz przeczytać tę modlitwę ze strony 73. Klasa wybuchła śmiechem. - Proszę księdza to głupek, on nie umie czytać.- Padały z kilku stron krzyki o podobnej treści. – Dobrze. Może innym razem. Polecił to komuś innemu. Po lekcji poprosił, aby Maciek został. – Maciek, czy ty naprawdę nie umiesz pisać i czytać? Patrzył na niego. Nieco mniejszy od rówieśników, z poszarzałą skóra, z nie obciętymi paznokciami. Nieco brudnawa koszula z podartym rękawem włożona była do może nawet brudniejszych spodni. - Nie. - Potem zaczął płakać. Ale tylko przez chwilę. Potem otarł nos rękawem. -Proszę księdza, czy mogę już iść? - Idź
Był zaskoczony na początku lat dziewięćdziesiątych piątoklasista, który nie umie czytać. Zgroza. Powoli, nieco spóźniony, wszedł do pokoju nauczycielskiego. Podszedł do wychowawczyni Maćka Pani Krajewskiej. Była kobietą w średnim wieku, jak na nauczycielkę, nienagannie chociaż nieco już lekko niemodnie ubraną. - Pani Krajewska, miałem lekcję religii w klasie V B, tam jest chłopiec, który nie umie czytać. – Tak wiem, Bednarczyk, mało uzdolnione dziecko. Właściwie powinien być w szkole specjalnej, ale dyrektorka uznała, że jeśli chłopiec skończy normalna szkołę, to będzie tylko z korzyścią dla niego. - Ale on nawet nie umie czytać i pisać. - Ksiądz jest bardzo młody. Mało życia widział. Chłopak pochodzi z patologicznej rodziny. Ojciec pijak znęca się nad matką chłopca, co roku płodzi nowe dziecko i katuje je wszystkie. Próbowałyśmy im pomóc, ale każda próba interwencji kończy się groźbami wobec nas i katowaniem dzieci i żony. - Ale czy nikt nie spróbował nauczyć go pisać i czytać? - Próbowałyśmy, ale chłopak jest na to chyba za głupi, a przecież w klasie są też i inne dzieci. Ksiądz spojrzy choćby na Rafała Ząbkowicza. Niezwykle zdolne dziecko. Matka jest bardzo aktywną działaczką samorządu rodziców, mimo iż mają z mężem dwa stragany, na których cały czas pracują. To właściwie kończyło rozmowę. Chłopcem nikt się nie interesował. Nikt nie chciał nawet zwrócić na niego uwagi. Wyszedł na kolejna katechezę właściwie przed innymi nauczycielami, cały czas myślał o chłopcu. - Zobacz, ledwo tu się z tę religią wepchali, a już starają się oceniać jak my dzieci uczymy- kątem ucha słyszał dialog Krajewskiej do wicedyrektor.
Po południu rozmawiał z proboszczem. - Widzi ksiądz , tam jest 12 dzieci,- mówił proboszcz- staramy się im pomóc, ale Bednarczyk przepija wszystko co Bednarczykowa dostanie od parafialnego caritas. Kiedy jeszcze religia była w kościele w ogóle nie zjawiał się na katechezie, dzięki religii w szkole ksiądz ma możliwość go chociaż modlitw nauczyć. Jego rodziców nie interesuje nic poza tym jak wypić.
Część 22 / 2
Ksiądz Marek przejął opiekę nad klasą V b. Siostra Marta odetchnęła z ulga, gdy to zaproponował. Klasa była okropna, a najgorszym z nich wydawał się tak chwalony przez innych nauczycieli Rafał Ząbkowicz. Lekcje szły opornie, ale z czasem zaczynali słuchać. Co bardziej odważnych zaczynał wciągać do gry w piłkę po lekcjach , czasem nawet na popołudniową mszę, albo drogę krzyżową. Powoli stado rozbestwionych wilczków zaczynało mu ufać. Kiedyś poszli z nim nawet na ryby. Oczywiście połów nie był zbyt okazały, ale pierwsze lody zostały przełamane. Zaczynał powoli z nimi rozmawiać, oczywiście z wyjątkiem, mającego na wszystko odmienne zdanie, małego Ząbkowicza.
Maciek siedział zawsze z boku. Czasami niedomyty, w mocno zużytych ubraniach po starszym rodzeństwie, nieco mniejszy od rówieśników był przez z nich zaledwie tolerowany. Mało mówił i często był pośmiewiskiem kolegów. Po kolejnej lekcji Marek podszedł do Maćka. - Czy chciałbyś ze mną porozmawiać? - Kto ja? - wydał się trochę zakłopotany-Nie. Będą się znowu ze mnie śmiać. - Dlaczego? - Oni się zawsze ze mnie śmieją. Oni wymyślą najgłupszy powód by mnie doprowadzić do płaczu. - A ty? - A ja zagryzam zęby, żeby niczego nie widzieli. Ja im kiedyś pokażę. - Co chcesz zrobić? - Nie wiem. Może ich kiedyś pobiję. - Czy sprawi ci to przyjemność? - Tak, będą płakać. - Lubisz patrzeć jak inni płaczą? – Nie, nie lubię. – Widzisz, jednak nie chcesz, żeby płakali. Musisz się zastanowić nad swoimi pragnieniami? - Nie wiem, proszę księdza. Nigdy tego nie robiłem. - Jeśli masz ochotę, możemy kiedyś porozmawiać o tym po lekcjach, albo jeśli chcesz wolisz, możesz przyjść do mnie na plebanię. Tam nikt nie będzie widział, że ze mną rozmawiasz. - Dobrze. Tego dnia Marek wracał po lekcjach zadowolony. Nie podobała mu się ta szkoła. Fatalna atmosfera wśród grona pedagogicznego. Nauczycielki bardziej zwracały uwagę na najnowsze żurnale mody, czy nowe kosmetyki, niż na uczniów. Dla nich oni byli dodatkiem do tej szkoły. A on chciał zrobić coś więcej. Miał swoją wizję pracy z dziećmi, fascynowała go wizja oswajania wilczków. Sam sierota, wychowanek domu dziecka, chciał dać dzieciom, to czego sam nie doświadczył. Miłości. Szedł wolnym krokiem. Szkoła leżała na skraju osiedla. Ukryta za wielkimi, brudnymi płytami wieżowców, umieszczona pomiędzy wykopami pod planowe, a nigdy nie zrealizowane budowy, była typową szkołą tysiąclecia, jakich było wiele w tym kraju. Za mała jak na tej wielkości osiedle, przyjmowała do siebie setki rozbrykanych dzieci, ściśniętych w ciasnych korytarzach i w zbyt małych salach dla zbyt licznych klas. Mijał kolejne wykopy, powoli zbliżał się do osiedlowego boiska, na którym wzbudzał wściekłość kółka parafialnego grając z chłopcami w piłkę. Szczególnie Ząbkowiczowej. Mimo, że był w parafii zaledwie dwa miesiące, ta kobieta była u proboszcza już cztery razy. - Nie godzi się, aby ksiądz kopał piłkę z dziećmi. - Pani Ząbkowicz, a co ci chłopcy mają robić. - odpowiadał proboszcz- Uczyć się kraść albo pić alkohol. Na tym osiedlu nie mają żadnego zajęcia. Dobrze chociaż, że grają w piłkę z księdzem Markiem. - Straszna kobieta -pomyślał. –Chce by postrzegano ją jako gorliwą katoliczkę. Siedzi zawsze w pierwszym rzędzie i co miesiąc regularnie się spowiada, a zaraz po wyjściu z kościoła regularnie rozsiewa plotki. Jacy ludzie potrafią być fałszywi.- Po minięciu boiska doszedł do parkingu dla samochodów. Oprócz dwóch maluchów nie było na nim żadnych pojazdów. Przeszedł szybkim krokiem. Kilka metrów dalej była plebania, a właściwie skromny barak, który za nią służył. Parafia Najświętszej Rodziny wznosiła kościół. Ani poprzedni proboszcz; podobno pijak i hulaka, ani tym bardziej obecny, nie uważali za stosowne budowanie wielkiego domu parafialnego przed zakończeniem budowy kościoła. Obecnie była zakończona mała kaplica zlokalizowana w rogu kościoła. Została wybudowana raczej jako osobna budowla, niż jego część. Połączona była jedynie wąskimi drzwiami z główną częścią kościoła, gdzie obecnie trwały prace budowlane. Kościół mimo, że nie dokończony napawał go dumą. W tych surowych murach czuł szczególną łaskę. Ich prostota, bez zdobień i obrazów, a nawet tynków, powodowała, że czuł tu mocno obecność Wszechmocnego. Barak plebanii był bardzo wygodny. Mimo iż skromny, posiadał dobrze zagospodarowaną przestrzeń. Mała część przy wejściu służyła do przyjmowania parafian. Potem po przejściu dość długiego korytarza wchodziło się do części dla księży. Tu była jadalnia, pomieszczenia gospodarcze. Jakby trzecią część stanowiły pokoje dla księży i oddzielona od nich część dla sióstr zakonnych.
Wieczorem odprawiał mszę. Kilka starych kobiet. Krótkie kazanie i poszedł do siebie. - Proszę księdza jest tu jakieś dziecko. - powiedziała Kowalska, pomagająca w parafii- Nie dał się przegonić, ani nawet umyć. Proszę księdza tutaj. Tutaj posadziłam tego morusa. - Jakie dziecko? - Mały Bednarczyk, obwieś jeden. Powiedział, że go ksiądz zaprosił i nie pozwolił się wygonić. Zaprowadziłam go do dawnej salki katechetycznej, tam przynajmniej niczego nie ukradnie. - Pani Kowalska, czy Pani nie przesadza. - Znam ja tych mancymonów. Ojciec pije, potem bije matkę. A dzieci chodzą samopas i kradną co popadnie. - A skąd to Pani wie? - A mieszkają koło mnie, w sąsiedniej klatce. Weszli do salki. Chłopiec siedział cicho na krześle w rogu. - Tu go ksiądz ma. - Włączyła światło. Strumień światła, leniwie sączący się z żarówki pokazał Maćka z podbitym okiem, strużką krwi wyciekającej z nosa. - Cześć Maciek. Co się stało?- spytał, a potem z wyrzutem we wzroku powiedział do Kowalskiej - Pani Kowalska, trzeba było go chociaż umyć, jeśli nie na policję dzwonić - E, nie widziałam tego nosa. Taki był brudny, że w ciemnościach nic nie zauważyłam. A co do policji. To niech lepiej ksiądz nie zaczyna. Przyjadą postraszą, czasem do prokuratora powiozą, a potem on wraca i jeszcze bardziej katuje rodzinę. - I nikt nie próbował im pomóc. - A raz to nawet namówili ludzie Bednarczykową by sprawę do sądu wniosła. Ale tam wszystko odwołała. Potem piła z nim przed 2 tygodnie zanim ten sobie przypomniał i dal jej taki wycisk, że w szpitalu się znalazła. Takie to lubią, jak się im daje w kość. - Chodź morusie, umyję ci twarz. Kowalska zrobiła to sprawnie, z premedytacją mocząc go jak najbardziej. - Gdzie się ruszasz jak kot topiony w worku. - Ja nie.. - Nie gadaj bo znów się polejesz.- kończąc spojrzała na Marka i powiedziała: - Ma ksiądz tego ancymona. Wyszła trzaskając drzwiami i biadoląc: - Do czego to doszło... - Maciek co się stało? - A ksiądz to powiedział, że jak chcę pogadać to mogę przyjść. Zgred wrócił na kwadrat po fusze, nawalony w trzy dupy. A stara, ta głupia jędza, zamiast mu dać żryć i położyć się spać, to na niego z mordą. Znowuś się pochlał. Tak jest zawsze odkąd wypuścili go z pierdla. A on wtedy, dał jej tany. Rysiek próbował się stawiać to i mi się dostało bo nawinąłem się pod rękę. Więc uciekłem z domu. Teraz starzy będą chlali, dupcili się, a potem rano on znów jej spuści łomot. Ja tak zawsze. Zwykle spałem na klatce. Czasem szwędałem się po ulicach. A dzisiaj powiedziałem, że jak ksiądz zapraszał to może się tu ukryję. Na ulicy jest tak zimno. - Często uciekasz z domu. - A tak dwa razy w tygodniu. Właściwie nie uciekam, tylko wychodzę jak stary krzyczy: spierdalać. Młodsi chowają się w małym pokoiku, a ja wychodzę na zewnątrz. - Czy podoba ci się to ? - No nie. Ale mam zostać, żeby mu się znów pod rękę nawinąć. - Może masz rację?- Marek siedział na krześle kiedy weszła Kowalska. - Ksiądz zje kolację? – Tak. A czy dla chłopca się coś znajdzie? Maciek jadłeś kolację? - Nie. - No pewnie. Ale ksiądz wikary to na pewno chce karmić tego przybłędę. - wtrąciła Kowalska. - Pani Kowalska, poda nam pani tutaj jedzenie. Powie też księdzu proboszczowi, że to ważna sprawa. Wyszła, jak zwykle przy tym biadoląc. Brzmiało to raczej zabawnie więc obaj z Maćkiem rozchmurzyli się. - Kiedy jadłeś ostatni posiłek? - W szkole, obiad. - Czy poza szkołą coś jesz? - Nie , raczej rzadko. Ojciec przepija wszystkie pieniądze. Potem nie ma na nic. Matka czasem idzie dać dupy sąsiadowi i przynosi coś do jedzenia. To jeszcze całkiem zdrowa dupa. - Maciek nie możesz mówić tak o swojej matce. - A co mam mówić, że jest nauczycielką. One też dają dupy każdemu który chce. Biegam czasem po prezerwatywy dla gachów, którzy przychodzą po nie do szkoły. Zawsze reszta dla mnie, czasem się na bułkę zbierze. Weszła Kowalska. Przyniosła jeszcze dymiące parówki, parę skibek chleba, trochę sera i wędliny oraz masło. - Proszę częstuj się. Maciek rzucił się na jedzenie jakby nie jadł od tygodnia. - Dlaczego tak szybko jesz. - A u nas w kwadracie - mówił Maciek z pełnymi ustami- to kto szybszy temu więcej. - Ale nie możesz tak szybko jeść. Zobacz, to wszystko jest dla ciebie. Jeśli będziesz jeszcze głodny, wystarczy tylko poprosić. Ale Maciek go nie słuchał. Wpychał do ust wszystko co miał w zasięgu ręki. Marek chciał go pouczyć, ale pomyślał, że takiego wilczka chyba tym sobie nie zjedna. Po posiłku siedzieli chwilę w milczeniu. Zaczął Marek. - Maciek czy podoba ci się życie jakie prowadzi twój ojciec? - Nie wiem. Nie znam innego. - A życie twoich kolegów? - Nie znam go. Nigdy mnie nie zapraszali do siebie. Mówili, że jestem złodziej i brudas. - Kiedykolwiek coś ukradłeś? - Nie nigdy, ale im to nie przeszkadza. - Widzisz Maciek, musisz o siebie zadbać. Jak cię widzą tak cię piszą. Czy nie macie wody i mydła w domu. – Nie. Ojciec nie płaci to krany pozakręcali. - A czystych ubrań? - Jak matka przyniesie co ładniejszego z caritasu lub pomocy społecznej, to zgred zaraz sprzeda i kasę przepije. Mówi, że jak będziemy źle wyglądali, to matka więcej dostanie. - Czy podoba ci się takie życie? - Nie. - A czy nie chciałbyś go zmienić? - Chciałbym, ale jak. – Maciek. Dlaczego nie umiesz pisać i czytać? - E, nigdy mi nie szło. Ja chyba nie umiem się nauczyć. – Maciek, patrzyłem na dzieci na lekcji nie jesteś głupszy od nich. Musisz tylko chcieć i spróbować. To chodź spróbujemy co nam wyjdzie. Marek wziął gruby kołonotatnik i na papierze w kartkę narysował jedną z liter. Potem zwrócił się do chłopca. - Spróbuj popatrzeć i powiedzieć co widzisz. Chłopak patrzył dużymi oczyma jakby w próżnię. - Maciek czy ty dobrze widzisz? To nie wstyd przyznać się, że źle widzisz. - Tak, ojciec ma rację. Słabo widzę, to co ksiądz napisał widzę jako plamę. - Czy nie mówiłeś tego nikomu? - Starzy nie chcieli słuchać, a co do innych to i ja nie miałem odwagi, ani oni nie chcieli mnie słuchać. - No to chłopie musimy ci wybrać okulary. Otworzyły się drzwi i wszedł proboszcz, człowiek dość oschły w podejściu, ale jak wszyscy mówili wielkiego serca. - Proszę księdza proboszcza, będziemy mogli zafundować chłopakowi okulary. Proboszcz uśmiechnął się. - Dobrze Marku. Młody ksiądz w kilku słowach wyjaśnił całą sytuację przełożonemu. - Maciek, gdzie będziesz nocował? - spytał proboszcz- - Zwykle nocuje mnie sąsiadka, ale ona późno kończy pracę o 23.00 , zabiera mnie kiedy siedzę na schodach. Pozwala się wypłakać. Rano cicho mnie wypuszcza, a matka przez drzwi podaje mi torbę z książkami, żeby ojciec nie usłyszał. - Dobra jest 21.30, czyli jeszcze masz trochę ponad godzinę, możesz posiedzieć z księdzem Markiem. A od zakupu okularów to się obaj tak łatwo nie wywiniecie. Marek pokazał mu swój pokój. - Ale ksiądz ma dużo książek, prawie tyle co w bibliotece szkolnej. - Nie tyle. Ale dość dużo. Lubię czytać. Część dotyczy religii, inne kupiłem by poczytać dla przyjemności. - Czy czytanie może sprawiać przyjemność? - Tak, mi sprawia wielką. - A czy poza przyjemnością się dla czegoś czyta książki? - Mówi się z jakiegoś innego powodu niż tylko dla przyjemności. Tak, Maćku. Można poznać świat, poprawić swój język. Dowiedzieć się o rzeczach, których nigdy nie zobaczymy. - Ale to samo można zobaczyć w telewizji. - Wiesz telewizja pokazuje dużo ciekawych rzeczy, ale książka jest dużo ciekawsza. - Dlaczego? - Widzisz film pokazuje ci to co chce pokazać, mówi jak masz wyglądać i co robić. A w książce możesz zobaczyć więcej. Możesz dostrzec znacznie więcej, gdyż obraz powstaje w twojej wyobraźni. To ty możesz być bohaterem książki, którą czytasz. Chcesz posłuchać. - Tak. Wziął książkę i zaczął czytać fragment. Była to opowieść o dwójce przyjaciół robiących psoty, kombinujących jak dokuczyć rodzicom. Ot, historyjka o dwóch psotnikach, których, nieszkodliwe wesołe psoty uchodziły zawsze na sucho. Ta godzina zleciała szybko. - Czy ci się podobało?- spojrzał na twarz tego małego smutnego szarego wilczka, zawsze kryjącego się przed spojrzeniem kolegów. Cała się śmiała. - Tak, nawet bardzo. Czy ksiądz mówi prawdę, że ja mogę także czytać? - Tak Maćku. Tylko musimy ci dobrać okulary. - Ja już muszę iść. Jak wróci sąsiadka, może mnie przenocuje. Ubrał się i szybko wyszedł. Wysłanie Maćka do okulisty było nie lada ekwilibrystyką. Chłopak starał za wszelką ceną uniknąć kontaktu z lekarzem. Z trudem, prawie na siłę poszedł z księdzem. Okulistka zmuszona do badania, początkowo dość sceptyczna dla pomysłów klechy, wyszła przerażona. - Chłopak prawdopodobnie wkrótce będzie kwalifikował się do operacji, na razie będą musiały wystarczyć mu okulary. Nie dziwie się, że chłopak nie potrafi nic przeczytać. Okulary zamówili tego samego dnia. - Widzisz Maćku, czasem warto spróbować zrobić coś innego. Okulary były gotowe po tygodniu. Przymierzali je na plebani. - No Maciek to zaczynamy od dzisiaj. Podeszli do stołu. Rozłożył jakąś książkę i zeszyt. - Znasz to, tak. – Zobacz, przypatrz się tej literze, co ci przypomina. - Koło - To litera O, przypomina usta gdy zdziwieni mówimy o. - To proste , o , o ,o- powtarzał zachwycony. - Potrafisz to powtórzyć? Wziął ołówek i nie wprawną ręką napisał o. – Czy widzisz, jakie to jest proste? - Tak. Myślałem, że to trudniejsze. - Dobrze, teraz jeszcze jedna. - Co ci to przypomina. - Jak ręce złożone do modlitwy, tylko nie tak jak robią ludzie, ale tak jak ksiądz każe robić małym dzieciom i składa ręce siostra Marta. Zawsze się z niej z tego powodu śmialiśmy. - Ciekawe porównanie. To jest litera A. Spróbuj ją napisać. Napisał ją poprawnie. Cały wieczór poznawali część liter z alfabetu. Maciek pochłaniał je tak samo szybko, jak przy pierwszej wizycie na plebani pochłaniał jedzenie. Jego głód wiedzy wydawał się nie mieć granic, nienasycony przez tyle lat, w tej chwili znalazł spełnienie. Kiedy Marek spojrzał na zegarek i powiedział, że już musi iść, wydawał się smutny. W przeciwieństwie do pierwszej wizyty, z której wypadł jak kamień z procy, ociągał się z wyjściem. - Czy mogę przyjść jutro po mszy? - Możesz.
Zostawił okulary na plebani. W szkole udawał jakby nic się nie zmieniło. Siedział z tyłu nie rozmawiając z nikim i udając brak zainteresowania lekcją. Rysował coś jak zwykle w zeszycie, w którym nie postawiono żadnej litery. Wieczorem, punktualnie gdy Marek wracał po wieczornej mszy, stał pod drzwiami plebani. Tego wieczoru przerobili resztę alfabetu i dwuznaki, zaczął też składać proste wyrazy, z trudem powoli, ale jednak. Pisał, co prawda nie wyraźnie, ale nie mylił liter, początkowe szlaczki szybko przeszły w rzędy równo stawianych liter, potem sylab i wyrazów.
Pracowali razem kilka tygodni. To było niesamowite chłopak skazany przez wszystkich na przegraną nadrabiał stopniowo stracone lata. Dalej nie odważył się założyć okularów do szkoły, ale Marek nie poganiał go. Wolał poczekać aż do tego dojrzeje. Rozpoczęli naukę liczenia. Z trudem jednak posuwała się do przodu. Właściwie liczył doskonale, problem miał tylko z zapisem. Stopniowo zaczynali robić coraz bardziej złożone zadania. Do świąt zaczęli nawet rosyjski. Był trochę zdziwiony innym pismem. Ksiądz tłumaczył mu skąd się…