psychologia · 13 min czytania
Pęknięcie - prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG
Siedziała w samochodzie, skulona na fotelu kierowcy. Otaczające ją powietrze było zbyt ciężkie, zbyt bliskie i gęste. Kark jej sztywniał od napięcia, a zaciśnięte na kierownicy dłonie pobielały i zaczęły nerwowo pulsować. Próbowała oddychać głęboko i powoli, ale klatka piersiowa nie chciała się poruszać. Płuca wypełniały się tylko do połowy. Wdech. Da radę. Nie patrz, nie patrz... Ludzie przechodzili obok zapatrzeni gdzieś w dal, skupieni na własnych problemach i myślach. W rytm kroków wypuszczali z ust obłoczki pary, które przez chwilę zawisały w chłodnym powietrzu, po czym znikały przegnane powiewem wiatru. Przepływali kolejnymi falami obok samochodu i niej samej, zamkniętej w środku – matka z gestykulującym żywo pięcio-, sześcioletnim synem, para uśmiechniętych dobrotliwie staruszków trzymająca się za ręce, jakby to była jedyna pewna rzecz w ich życiu. W oddali między drzewami migała niebieska koszulka termiczna mężczyzny biegającego w parku. Skupiony na rytmie kroków, omijał spacerujących, zmierzając ku sobie tylko znanemu celowi. Wszyscy byli blisko, ale zupełnie nieświadomi jej walki. A może po prostu obojętni na nią? Nie patrz. NIE patrz. Wdech. Ciężki. Coraz cięższy. Serce szamotało się coraz bardziej, niepomne na próby uspokojenia ruchami klatki piersiowej. Ciało drżało od utrzymywania się w bezruchu i trwania w pozornym spokoju i zamyśleniu. Czuła, jak z wysiłku drga mięsień pod dolną powieką jej prawego oka. Dlaczego zawsze ten tutaj? Chłód tapicerki przebijający przez warstwę ubrań na plecach przyprawiał o dreszcze na spoconej skórze. Gdzieś rozległo się stłumione szczekanie psa, goniącego za patykiem i śmiech dziecka biegnącego za nim. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie i pachniało zwyczajną codziennością, a jednocześnie dla niej to było coś więcej. Coś, z czym musiała walczyć każdego dnia. Oddychaj. Nie patrz! NIE PATRZ! Nagły dźwięk tuż przy uchu wyrwał ją z odrętwienia. Drgnęła lekko, gdy pukanie się powtórzyło, a w bocznej szybie zobaczyła znajome oczy Ellie. Zanim zdążyła mrugnąć drzwi były już otwarte, a ona znalazła się w ramionach przyjaciółki. Poczuła kojące, okrężne ruchy na swoich plecach. — Znowu? — Ellie zapytała bez wyrzutu, tylko z tą znajomą troską. Nisa skinęła delikatnie głową, oddychając głęboko po raz pierwszy tego dnia. Serce zaczęło zwalniać swój galopujący rytm, a krew krążyła coraz spokojniej. — Jestem przy tobie, Ni. Ni... Tylko ona tak na nią mówiła. Nie „Nisa”, jak wszyscy pozostali. Nie „ta cicha” gdy ktoś nie znał jej imienia. Ni. Jakby w tym jednym dźwięku była zamknięta jej istota – prawda ukrywana przed wszystkimi innymi. Przez chwilę zapomniała, że przecież umówiły się na spacer w parku, a nie po to, by patrzeć. Ellie była jedyną osobą na świecie, która umiała ją zatrzymać. Jedyną, która nie znikała, gdy wszyscy inni odwracali wzrok. Westchnęły jednocześnie i parsknęły krótkim śmiechem, który rozpuścił napięcie. Ellie uniosła brew i spojrzała tym swoim „damy sobie radę”. Nie trzeba było dodatkowych słów ani wielkich gestów. Nisa odpowiedziała lekkim skinieniem i wszystko wróciło na swoje miejsce. — Wiesz, że Mike w końcu zagadał do mnie w pracy? — rzuciła Ellie beztrosko, biorąc ją pod ramię. — Czaił się od rana, biedactwo. W końcu złapał mnie jak szłam po kawę. Myślałam, że chłopak dostanie udaru, kiedy pytał o moje plany na wieczór — parsknęła. — Ja wiem, że jestem zabójczo piękna i mądra, ale serio jestem aż taka straszna? — No wiesz — Nisa zmrużyła oczy teatralnie. — Jesteś... odrobinę władcza. To może przerażać — dokończyła z uśmiechem. — Pff. Proszę cię. Jak widzę, że ktoś totalnie nie ogarnia życia, to czuję się w obowiązku pomóc. Spójrzmy na przykład na ciebie… — Ej, ej! — przerwała jej Nisa. — Kto tu nie ogarnia? To niby ja smarkałam komuś w rękaw, bo trzeba czekać do przyszłego roku na premierę serialu? Przekomarzały się, mijając pierwsze drzewa. Powietrze chłodziło policzki w ten przyjemny, rześki sposób. Większość osób spacerowała wokół jeziorka, pogrążona w rozmowach lub rozmyślaniach, a puchowe kurtki szeleściły w rytm kroków. One natomiast zmierzały do swojej ulubionej ławki nad wodą. Tej, która znała ich historię, słyszała wiele wyznań i widziała wiele łez. Stała tam, częściowo osłonięta nagimi gałązkami płaczącej wierzby – smętnej o tej porze roku, ale wciąż uwielbianej przez Ellie. Siedziały przez chwilę w ciszy, zapatrzone na wodę marszczoną lekkimi podmuchami wiatru i błyszczącą słońcem. Wokół było spokojnie. Bezpiecznie. Nisa poczuła na sobie wzrok przyjaciółki. — Dzisiaj jest gorzej? — Tak — mruknęła i opuściła głowę. Palcami bawiła się sznurkiem swojej kurtki. — Ciężko mi patrzeć. Za bardzo dziś boli. Ellie objęła ją ramieniem. To, że mogła wypowiedzieć te kilka słów na głos i być rozumianą, było jak oddech. Na całym świecie zależało jej tylko na Ellie: jej obecności, zdaniu i kąśliwych czułościach. Na jej zdrowiu i życiu. To pomagało zachować stabilność i pozory. Przy niej mogła patrzeć na innych jak na postacie na ekranie – bez przywiązania, bez emocji. — Wyjedźmy gdzieś razem Ni. Chociaż na weekend. — Ell... — nie dokończyła, bo ogromne, niebieskie oczy wpatrywały się w nią z nadzieją i napięciem. Westchnęła z rezygnacją. — Gdzie? Ellie zerwała się na nogi z uśmiechem szerszym niż u kota z Cheshire. Zaczęła chodzić wzdłuż ławki, a jej roziskrzone spojrzenie zapowiadało lawinę pomysłów, która zaraz ruszy. Kątem oka Nisa zauważyła cień przemykający między gałązkami wierzby. Coś subtelnie poruszyło jej uśpionym strachem. Cisza zrobiła się nagle ciężka, a chłód wpełzał do gardła, odbierając dech. Ellie otworzyła usta, żeby coś powiedzieć... ...i wtedy ciszę rozdarł czyjś przeraźliwy krzyk. Czas się zatrzymał, a świat wstrzymał oddech jak przed nagłym ciosem. Nisa drgnęła, ale zanim zdążyła wykonać ruch, krzyk ponownie przeciął powietrze. Tym razem impuls poderwał ją na równe nogi. Razem z Ellie patrzyły w tym samym kierunku. Po prawej wśród drzew trwało jakieś poruszenie: ktoś klęczał na ziemi, ktoś inny rozmawiał nerwowo przez telefon. Dziewczyny spojrzały na siebie z wahaniem. Nisa jednak czuła, że musi tam iść. Nogi poruszyły się same, a przyjaciółka wyciągnęła rękę, jakby miała zamiar ją powstrzymać. Ostatecznie…