psychologia · 11 min czytania
Pęknięcie - Rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ 2
Nie wydawało im się. Ktoś był za drzwiami. Ellie podeszła na palcach i przyłożyła oko do wizjera. Jej palce zacisnęły się na framudze. Nisa miała ochotę roześmiać się z irracjonalności ich zachowania. Też podeszła cicho do drzwi i wyjrzała na korytarz. Niewiele udało się jej zobaczyć, bo panował tam dziwny półmrok. Widziała tylko męską sylwetkę z kapturem na głowie. Obrócił głowę, gdy usłyszał otwierające się drzwi windy, ale nadal jego twarz pozostawała w cieniu. Odsunęła się i spojrzały na siebie bez słowa. Nie znały tego mężczyzny. Nisa ponownie wyjrzała na zewnątrz, ale nikogo już tam nie było. Poczuła, jak jej ramiona opadają delikatnie, choć nie zdawała sobie sprawy, że były tak bardzo napięte. W sercu nadal czuła niepokój. — Może to jakiś nowy sąsiad? — zapytała z powątpiewaniem Ellie. — Wątpię — mruknęła, marszcząc brwi. — Zauważyłaś coś, czy tylko stał? — Patrzył na ekran telefonu, ale poza tym nic takiego. Czemu pytasz? — Nie wiem. Cały dzień jestem jakaś niespokojna. A teraz to — zamknęła oczy i potarła czoło. — Przecież nikt do nas nie przychodzi. No dobra, czasem dozorca, ale to zdecydowanie nie był on. Mam wrażenie, że coś nie pasuje, Ell. Nie umiem tego opisać, ale świat stał się… odrobinę inny, jakby rzeczywistość była o milimetr nie na miejscu. Ellie przełknęła ślinę, ale spojrzała na nią z troską i bez odrobiny zwątpienia. — Będę miała oczy szeroko otwarte, Ni.
Tej nocy trudno było znaleźć pozycję, w której dało się zasnąć. Ellie długo nie mogła się wyciszyć, myśląc o słowach przyjaciółki: „...milimetr nie na miejscu”. Przyszła dziś do biura o zwyczajowej porze, wzięła z biurka kubek i poszła najpierw po kawę. To był jej rytuał, zanim zanurzała się w mailach od klientów, projektach nowych grafik i przeglądaniu statystyk w social mediach. Teraz, gdy o tym myślała, zdała sobie sprawę, że jej kubek był obrócony. Zawsze chwytała go prawą ręką, bo z tej strony było jego ucho. Dziś było odwrotnie. Może po prostu w piątek odstawiła go inaczej? Albo sprzątaczka go przestawiła? To dało się wytłumaczyć racjonalnie. Choć z drugiej strony jej notes z uśmiechniętym jednorożcem leżał dokładnie na środku biurka, a tęczowy ołówek równolegle do niego. Teraz, gdy o tym pomyślała, poczuła zimno przemykające przez płuca. „Milimetr nie na miejscu”. Zanim w końcu zasnęła, wsłuchując się w biały szum z głośnika, pomyślała o chłopcu.
Nisa też jeszcze kręciła się w pościeli. Lawina ciągle nowych pytań nie chciała się skończyć. Miała ochotę pójść do Ellie i położyć się razem z nią. Tak samo jak pewnej nocy, gdy rozpętała się koszmarna burza, a one dopiero wprowadziły się do tego mieszkania. Szeptały wtedy o niczym, a błyskawice rozcinały ciemność raz po raz. A może do niej iść? Odsunęła kołdrę, ale nie wykonała żadnego ruchu. Zamiast spokoju, który zawsze czuła na myśl o przyjaciółce, teraz była niepewność. Nie ta o Ellie, ale o siebie. Usiadła na łóżku, obejmując nogi rękami i zaczęła się kołysać. Kim był ten facet? Ta myśl nie dawała jej spokoju, a dochodziła już pierwsza. Zmęczenie zamykało jej oczy, ale mózg nadal działał na pełnych obrotach. Westchnęła ciężko i sięgnęła na szafkę nocną po telefon i słuchawki. Zagłuszenie to jedyna skuteczna metoda w tej sytuacji. Gdy oczy stały się suche i piekące od wpatrywania w ekran, a muzyka skutecznie przepędzała słowa krążące w głowie, Nisa w końcu zasnęła.
Ellie leżała w swoim łóżku, oddychając nierówno. Nisa stała na progu. Nie wiedziała, jak się tu znalazła. Patrzyła na przyjaciółkę z przerażeniem. Nie było tam już dziewczyny bez skazy. Widziała to bardzo wyraźnie – niewielkie pęknięcie nad lewym uchem, z którego sączyła się ciemność. Czerń ciemniejsza niż półmrok panujący w pokoju. Nie. Nie, nie, nie. Ellie poruszyła się niespokojnie, a pęknięcie się powiększyło. Jeszcze chwila i sięgnie czubka głowy. Nisa nie mogła zmusić się do ruchu. Nogi były zbyt ciężkie, ręce zwisały bezużytecznie po bokach nieruchomego ciała. Ciemność rozlewała się na różowej poduszce, rosnąc jak kałuża krwi. Nie, błagam nie! Zerwała się z łóżka, łapiąc powietrze szybko i urywanie. Serce biło jak oszalałe. Pot ściekł zimną stróżką po kręgosłupie. Zeskoczyła z łóżka i pobiegła do pokoju Ellie. Była tam. Nie działo się nic złego. Ulga, którą poczuła, ugięła pod nią kolana. W zaciśniętej pięści zmięła koszulkę na wysokości serca. To był tylko sen… Jezu… Gdy wróciła do pokoju, była tak wykończona, że nie potrzebowała niczego więcej do zaśnięcia.
Otworzyła oczy, gdy na granicy snu usłyszała jakiś dźwięk. Zerknęła na ekran telefonu – dziewiąta dwadzieścia. To oznacza, że Ellie jest już w pracy. Mieszkanie jest puste. Puk, puk. Zamarła. Adrenalina momentalnie ją rozbudziła. Poruszyła się, nie wiedząc, co chce zrobić. Wstaje czy ma zamiar się ukryć. Pukanie znowu się powtórzyło, tym razem głośniejsze i bardziej natarczywe. Zacisnęła palce na kołdrze, po czym odrzuciła ją i wyszła na palcach z pokoju. Podłoga na korytarzu była nieprzyjemnie zimna, a pod drzwiami wejściowymi słyszała jakieś szuranie i brzęk kluczy. Dopadła do wizjera i zobaczyła starszego pana, szukającego czegoś w kieszeniach. — Pan Tate? — zapytała, otwierając drzwi. — Coś się stało? Edgar Tate, dozorca budynku, poskoczył jak kot złapany na gorącym uczynku, co było nie lada wyczynem…