thriller · 23 min czytania
Pełnia wolności
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PEŁNIA WOLNOŚCI
Filip z benedyktyńską cierpliwością poddawał się skomplikowanym ewolucjom wykonywanym przez jej język. Gdyby tylko miała świeższy oddech... Wpatrywała się w niego głębokim brązem oczu. Nieodmiennie zadziwiało go widoczne w nich, bezgraniczne oddanie. Celinie nie łatwo było przerwać. Musiał w końcu odepchnąć kudłaty, roześmiany pysk. Usiadła w gotowości do kolejnych miłosnych uniesień. Filip pogroził jej palcem. Golden w odpowiedzi wywalił wielki, różowy niczym plasterek świeżej szynki, język, Mężczyzna wstał, odniósł podręczną apteczkę na stos nagromadzonego sprzętu. - Trzymaj ćwoku swoje mutanty na postronku. Jak jeszcze raz ruszą mojego psa to łby im pourywam u samej dupy! - Chciałbym to zobaczyć - Maciej nie przestawał obracać kawałków karkówki na grillu. Czochrając grzbiet psa, Filip jeszcze raz obejrzał obandażowaną łapę. Suka odmiennie zrozumiała jego intencje i skoczyła, próbując kontynuować przerwane karesy. - Dobra, dobra. Ja ciebie też...- opędzał się uśmiechnięty. Spojrzał niechętnie na sforę półdzikich psów, przyprowadzonych przez przewodnika. Celina z wrodzoną sobie ufnością próbowała zawrzeć z nimi bliższą znajomość, a wtedy, ni stąd, ni zowąd, ich przywódca pogryzł jej dotkliwie łapę. Skrzyżowali spojrzenia. Nie można mu było odmówić urody i ponurego majestatu. Dużo wyższy od współplemieńców, dumnie wypinał mocarną, płową pierś. Wytrzymał spojrzenie Filipa, a nawet, w niemej groźbie wyszczerzył potężne zęby. - To ci bestia - cmoknął z uznaniem Gracjan. Filip spojrzał na niego ze złością. - Chcesz zobaczyć bestię? To się da załatwić. Dla ciebie wespnę się na wyżyny. - Wstrzymaj konie przyjacielu. Zachowaj trochę energii na wilkołaki - Gracjan podał mu talerz z kawałkiem pięknie upieczonego mięsa. Filip pokiwał głową z niedowierzaniem. Na werandę wtoczyła się góra tobołów. Obecność za nią Marty, zdradziły tylko fragmenty widocznej u dołu pary zgrabnych nóg. - No, teraz mamy chyba wszystko - stęknęła. - Przecież nie będziemy zdobywać K - 2 od zachodniej strony w środku zimy. Nie znalazłaś gdzieś po drodze średnio styranego wielbłąda? - nawet widok niedawno zaślubionej żony wcale nie poprawił Filipowi humoru. Marta rzuciła wszystko tam gdzie stała. Podeszła do męża i pieszczotliwie zmierzwiła mu włosy. - Idziemy w dziką głuszę miśku. Muszę być przygotowana na wszystko. Dacie mi coś do jedzenia?
- Spraw Panie Boże, by wszystkie te kalorie poszły w cycki...- Marta sapiąc odłożyła talerz. Faktycznie Stwórca wykazał pewną wstrzemięźliwość podczas kształtowania pewnych istotnych części ciała młodej kobiety. - Uwielbiam cię za tą trafność w precyzowaniu pragnień - Filip pokiwał głową z aprobatą. - Jakieś zastrzeżenia? Kłopoty ze wzrokiem, czy z pamięcią? Widziały gały co brały. Towar dotknięty uważa się za sprzedany. Reklamacje uznawane nie będą. Marcie odbiło się z całej duszy. Zrobiła niewinną minę. - Na zdrowie - Filip uśmiechnął się błogo. - A propos dotyku. Tu na górce jest taki malutki, przytulny pokoik.... Marta uśmiechnęła się złośliwie. - Jutro przed nami ciężki dzień. Oszczędzaj siły.. - Tak, wiem, na wilkołaki - przerwał jej rozzłoszczony. Marta minęła go z uśmiechem godnym Mona Lizy. Chciała po drodze pogłaskać Celinę, ale ta z wyraźną niechęcią odsunęła głowę. - Ta cholerna suka nigdy mnie nie polubi - w głosie Marty zabrzmiała niekłamana złość. - Co chcesz? Zazdrosna jest. Już ze mną nie sypia - pociągnął psa za ucho. Celina klapnęła żartobliwie zębami w powietrzu. - No to dzisiaj ma szansę - Marta była urocza strzelając focha. Weszła do środka chaty. Filip przygarnął złotokudłą do piersi. - Nie lubisz mamusi? Niedobra Cecylka...Przecież jest taka piękna i inteligentna. Drapał ją energicznie po brzuchu, co suka przyjmowała z najwyższą satysfakcją. - Widzę, że masz ochotę na mały mezalians. Trzymaj fason! Jesteś arystokratką, a to kmiotek - Cecylia poddawała się ochoczo pieszczotom, ale bez przerwy zezowała w kierunku wielkiego wilczura. - No, przyznaję, kawał chłopa, ale straszny brutal, tak gryźć na pierwszej randce...
Szli raźnym krokiem, korzystając zarówno z dobrej drogi jak i przyjemnej pogody. Drogę wkrótce mieli porzucić, a pogoda, jak to na przełomie września i października w górach, mogła się zmienić w każdej chwili. Las wyglądał bajkowo. Atakował wzrok wszystkimi możliwymi barwami wczesnej jesieni. Mozaikę żółci, brązów i krwistej czerwieni, przetykały miejscami ostatnie, zielone wtrącenia. Dywan leśnego runa przykrywała, grubsza z każdą chwilą, szeleszcząca pierzyna poległych liści. Szkoda tylko, że ptaki nie śpiewały tak radośnie, jak jeszcze kilka tygodni wcześniej. Pochód prowadził Maciej, ponury i zrzędliwy autochton. Chwilowo jego rola była czysto symboliczna, szli zwykłym, oznakowanym szlakiem. Dopiero po zejściu z niego, przewodnik miał się naprawdę przydać. Poprzedzały go cztery potężne, półdzikie wilczury z dumnym Rolfem na czele. Za nimi podążali, Gracjan i Filip z utykającą Celiną u nogi. Pochód zamykali Bernard i Marta. Dwumetrowy, milczący gladiator był pomocnikiem i chłopcem do bicia Macieja. Stary traktował go chwilami gorzej, niż swoje psy. Filip po kilku próbach nawiązania kontaktu z tytanem, uznał go za nieco niedopracowanego i odpuścił sobie dalsze wysiłki. Nie można było tego samego powiedzieć o jego żonie. Początkowo z rozbawieniem obserwował, jak obładowywała biednego troglodytę całym swoim bagażem. Potem zaczął współczuć Bernardowi, zalewanemu nie kończącym się potokiem słów. W końcu nieco zaniepokojony zauważył, jak ujęła swego tragarza poufale pod ramię, starając się bezskutecznie spojrzeć mu w oczy. Ze swego półtorametrowego poziomu mogła obejrzeć najwyżej jego zarośnięty podbródek. Filip postanowił zwrócić na nich baczniejsza uwagę. Bernard może nie był zbyt lotny, ale nie do zlekceważenia była jego olimpijska postura, karnacja Polinezyjczyka i szopa blond włosów, niemal proszących się, by zanurzyć w nich palce. Marta będąca bliska swego szczytu reprodukcyjnego była nadzwyczaj wyczulona na otaczających ją nosicieli doborowych genów. Filip całą swoją złość skierował na Bogu ducha winnego Gracjana. Okrąglutki i rumiany niczym ogrodowy krasnal wyglądał komicznie, obwieszony wyrafinowanym sprzętem turystycznym. Nieustannie sprawdzał ich położenie na GPS-ie, dokładnej mapie, a nawet pliku satelitarnych zdjęć. Nie omieszkiwał też, sprawdzać kierunku marszu na ogromnej busoli. - No i jak? Wiesz już przynajmniej, na której jesteśmy półkuli ? - Filip był zmęczony, spocony i znudzony. Od szwendania się po górach, zdecydowanie wolał klubowy fotel i szklankę zimnego piwa. - Wśród wszystkich szwagrów na świecie, ja musiałem trafić akurat na łowcę wilkołaków. Człowieku, co ty robisz? Nie jesteśmy w Górach Skalistych. W którą stronę byś nie poszedł, po kilku godzinach dojdziesz do dobrze zaopatrzonego baru. Gracjana ciężko było wyprowadzić z równowagi. Zajęty zgrywaniem wskazań wszystkich swoich pomocy nawigacyjnych, co zresztą zupełnie mu nie wychodziło, mruknął od niechcenia. - Stefan nie był żadnym łowcą, tylko naukowcem i badaczem. To było bardzo obiecujące topograficznie stanowisko i dobrze osadzone w miejscowym folklorze – Gracjan potknął się o kamień. - Dorota też w to wierzyła. Filip roześmiał się szyderczo. - Stefan był kretynem. Tak, tak. Wiem, że to twój kuzyn, ale to nie zmienia faktów, a Dorota była dziewczyną kretyna, co też nam wiele o niej mówi. Kuśtykał, chyba otarł sobie piętę. Super. - Wleźli gdzieś i spadli na łeb. Gracjan spokojnie pokręcił głową. - Zaginęli trzy miesiące temu. Dlaczego nikt nie znalazł ciał? - Sam mówiłeś, że Basiorowe Wierchy mało kto odwiedza. Mgły, chaszcze i kiepskie widoki. - I wilkołaki...- Gracjan był niewzruszony. - Idź do cholery psychopato! - Filip podsumował rozmowę bez złości. – Tak a propos pamiętaj, że mech porasta pnie od północy.
Bór świerkowy kończył piętro wysokiego lasu, coraz słabiej broniącego się przed naporem karłowatej roślinności. W końcu głowy wędrowców zaczęły wystawać ponad poziom powyginanych drzewek. Uderzył w nich niezbyt przyjemny, chłodny wiatr. Wkrótce skończyła się i kosówka, jej miejsce na stokach zajęły wrzosy i mchy. Wędrowali stromym zboczem w kierunku znajdującej się na jego szczycie perci. Miała ich zaprowadzić prostą drogą do celu. Tutaj zaczęła się rola Macieja. Prowadził pewnie, nieomylnie znajdując wygodne podejścia. Mimo to Filip był coraz bardziej zniecierpliwiony, potykał się co chwila i zsuwał po pokrytym drobnymi kamykami gruncie. Powoli wyczerpywał mu się zasób przekleństw. - Kochanie, przestań bo kwiatki więdną. Filip spojrzał na żonę bez wielkiej miłości. - Zajmij się lepiej swoim Adonisem z nadczynnością przysadki. Marta obdarzyła go spojrzeniem entomologa, nabijającego na szpileczkę wyjątkowo obrzydliwy okaz. Celina jakby rozumiejąc wymianę zdań, natychmiast wcisnęła się pomiędzy właścicieli. Wyszczerzyła zęby w kierunku kobiety. - Pieprzone bydlę - Marta przestraszona odskoczyła w bok. Próbowała odepchnąć sukę nogą. - Daj spokój, to tylko pies - Filip żachnął się oburzony. - Jesteś pewny? Powiedz swojej lubej, żeby się wydepilowała, albo co...- z obrzydzeniem strąciła ze spodni wielkie kłęby złocistej sierści. Filip wzruszył ramionami, ale zaraz spojrzał z niepokojem na sukę. Celina dopiero co liniała, a włosy rzeczywiście wychodziły jej garściami. Może była chora... Nie wyglądała na cierpiącą. Nawet rana na łapie zdawała się już jej nie przeszkadzać. Zagoiło się jak na psie. Gdy tylko stwierdziła, że nic nie zagraża jej panu, pogoniła pędem w kierunku reszty psów. O dziwo, nie przejawiały już w stosunku do niej poprzedniej agresji, wręcz przeciwnie, witały ją całkiem pogodnie, a przynajmniej obojętnie. Rwały raźnie do przodu. Przystawały co chwila na moment, oglądając się kpiąco na gramolących się mozolnie pod górę ludzi. - Pieski nieźle znają drogę, co? - Filip zagadnął Macieja, sapiąc jak parowóz. - Znają - dla kontrastu stary wyglądał świeżo, jakby przed chwilą rozpoczął wędrówkę.- Tylko one wróciły. Były z waszymi przyjaciółmi w Wilczym Kotle. - Jak miło, że to mówisz. Teraz... - Filip aż przystanął. - I co, nic im się nie stało? - Jeden tam został, reszta była zdrowo poturbowana. Waszych ludzi prowadził mój wspólnik Albert. Znał góry równie dobrze jak ja i nie ma mowy, żeby wyprowadził ich na jakieś manowce. - Dlaczego więc idziesz z nami? Nie boisz się? Maciej zatrzymał się na chwilę. Popatrzył na zasnuty chmurami widnokrąg na wschodzie. - Jestem już stary. Albert był dla mnie jak syn, którego nigdy nie miałem. Chcę wiedzieć jak zginął i chcę wyrwać serca bestiom, które go zabiły. Filip popatrzył na niego z nietłumiona irytacją. - Prawdziwy poeta z ciebie. A jaki twardziel. O ile jednak wierzyć rozlicznym, zresztą wyjątkowo wybitnym dziełom filmowym, wilkołaka nie da się tak po prostu zarżnąć. Maciej poklepał kolbę dwururki, którą miał przewieszoną przez plecy. - Może będziesz zaskoczony, ale nawet tutaj dociera telewizja. Srebrne kule, nie? W tym kraju trzeba mieć specjalne kontakty, żeby przerobić amunicję, ale zrobić srebrny śrut to żaden problem. - Sprytne, tylko nie wiem czy to to samo. Taki wilkołak niespecjalnie przypomina królika. Maciej znów ruszył naprzód. - Jestem prostym człowiekiem i nie znam się na tym. Powiem tylko, że to pomysł pańskiego uczonego przyjaciela. Filip…