Psychologia · 13 min czytania
Perfect Harmony
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Końcówka maja. Przez szybę w oknie zagląda ciekawie poranne słońce. Czując na twarzy delikatną pieszczotę układam usta w lekkim uśmiechu. Nareszcie się pojawiło. Powróciło po długim paśmie wyjątkowo chłodnych dni, podczas których ciężkie, szare kłęby chmur szczelnie odgradzały dostęp do najlichszego nawet promyczka, dla urozmaicenia od czasu do czasu spuszczając na ziemię strugi wody, tudzież grad. Uchylam nieco okno. Delikatny powiew wiatru głaszcze przyjemnie moją skórę. Zamykam na chwilę oczy, wsłuchując się w szelest pożółkłych liści jabłoni. Pamiętam, że drzewo to rosło pod moim oknem od zawsze. Podobno tata zasadził je niedługo przed moimi narodzinami. Obecnie jabłoń ta jest ciężko chora. Podobnie jak ja. Moje zdrowie systematycznie się pogarsza. Czuję, jak choroba wysysa moje siły witalne. Być może zabrzmi to śmiesznie, ale proces ten od zawsze kojarzył mi się z jakimś złowieszczym odkurzaczem. Według prognoz lekarzy, nie zostało mi wiele życia. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy usłyszałam diagnozę, zdawało mi się, że ziemia zaczęła osuwać mi się spod nóg. Zamknęłam się wtedy przed całym światem, ubolewając nad swym nieszczęściem. Dziś jestem pogodzona z faktem, iż odejdę szybciej, aniżeli zdecydowana większość moich rówieśników. Przyjaciele? Cóż, nigdy nie zaliczałam się do dusz towarzystwa, a proces naprawy zajmuje zdecydowanie więcej czasu niż destrukcja. Poza tym moja obecna aparycja zdecydowanie nie zalicza się do przyjemnych dla oka. Powoli uchylam powieki, kierując wzrok w stronę dwóch fotografii sprzed paru lat. Niemożliwością zdaje się fakt, iż dziewczyna obecna na zdjęciu po prawej stronie – osoba roześmiana, rumiana, pełna energii – to ja. Na oglądanym kawałku papieru została uwieczniona także moja kotka - Bianka. Nazwałam ją tak z powodu jej ogromnych, białych łat, układających się na czarnym futerku na kształt białych pończoszek. Lubiłam przebywać z Bian-ką w przydomowym ogrodzie, gdzie potrafiłam, nie bacząc na nieodrobione lekcje, bawić się z nią bez końca lub po prostu siedzieć i drapać ją za uszkiem. Po lewej stronie wisi podobizna osoby, która podarowała mi opisanego wcześniej zwierzaka - moja babcia. Z pomarszczonego oblicza bije dostojność, mimowolnie wywołująca u obserwatora estymę. Pamiętam, że jej twarz nigdy nie wyzbyła się ów majestatu. Nawet gdy babcia spoczywała trumnie, pokonana przez tę samą chorobę, którą ja cierpię. Dlaczego nie przebywam w szpitalu? Po rodzinnej naradzie zostałam wypisana na własne życzenie. Po dziś dzień zarówno ja jak i mama z tatą, uważamy, że podjęliśmy dobrą decyzję. Nie lubię szpitali. Ich atmosfera przesączona cierpieniem z powodu najrozmaitszych chorób oraz smutkiem pacjentów i ich rodzin, w dodatku połączona z wszechobecnym zapachem leków, działa na mnie odpychająco. Zdecydowanie wolę przebywać w domu. Do opisanego przez mnie miejsca jeżdżę teraz tylko na zabiegi. Dzisiaj, o dziwo! czuję się całkiem dobrze (w porównaniu z ostatnim okresem). Przy akompaniamencie szeleszczącej pościeli odwracam się na drugi bok. Stojące obok mojego łóżka drewniane krzesło jest puste – wyjątkowo nieczęste zjawisko. Chciałabym wyjść na chwilę do ogródka. Zobaczyć, jakie zmiany zaszły podczas mojej nieobecności w nim. Wstaję z łóżka, bez jakichś większych trudności, jednak czuję, że nie stać mnie na żadna szaleństwa. Żywię jednak nadzieję, że nie zaliczy się do nich mała przechadzka. Rzucam przelotne spojrzenie w stronę leżącego na szafce stosu lekarstw, wyglądającego zza wazonu z białymi liliami. Jeszcze zdążę wziąć moje obrzydliwe remedia, przecież zaraz wracam. Chwilowo nikogo, prócz mnie, nie ma w domu. Zdarza się to niezwykle rzadko i dotyczy bardzo krótkich odcinków czasowych. Nieraz odnoszę wrażenie, że rodzice przesadzają z tą troską o moją osobę. Otwieram drzwi. Momentalnie do moich piersi wdziera się rześkie powietrze, tak inne od bytującego w domu. Przez moją głowę szybko, niemalże niezauważalnie, przemknęło porównanie z osobą, która bierze łyk świeżego tlenu po bardzo długim czasie spędzonym w lochu. W ogrodzie unosi się cisza, nadając miejscu szczególny, uroczysty wyraz. Jedynym odgłosem od czasu do czasu zakłócającym ów bezdźwięk jest ciszy szelest-szept roślin. Srebrzyste kropelki rosy okrywają soczystozieloną trawę, mieniąc się niby najcenniejsze diamenty. Gdzieniegdzie leżą złociste dywany, utkane z promieni słonecznych, drgające przy każdym podmuchu delikatnego wiatru. Przez krótką chwilę siedzę w progu. Odpoczywam po wysiłku (który dziś zdaje się być mniejszym aniżeli zwykle), a po trosze nie mam śmiałości wkroczyć do świata roślin. Chociaż panująca w ogrodzie harmonia została ustalona przez człowieka, odczuwam irracjonalny strach, że moje wkroczenie mogłoby zachwiać obecną w tym miejscu równowagą. Raptem zauważam pośród lilii zagadkowy ruch. Do mojego serca wkrada się niepokój. Co to może być? Z napięciem wpatruję się w coraz bardziej chwiejące się kwiaty. Niespodziewanie spośród roślin wyłania się kot. Lustruję go od czubków uszu aż po ginące wśród zieleni łapy. Bicie serca z każdą chwilą staje się szybsze, mocniejsze. Przybyłe zwierzę nie jest jakimś pierwszym lepszym przedstawicielem swojego gatunku. Gdyby nie było to rzeczą nierealną, powiedziałabym, że to... – Bianka... – cichy szept, ulatujący z moich ust chwilowo góruje nad szmerem roślin –...Bianka...Bianeczka... Kot stoi nieruchomo. Mądre, bursztynowe oczy utkwione są w moich. Przez chwilę zdaje mi się, iż wszystko wokół przestało istnieć. Jest tylko przybyłe zwierzę, wciąż zerkające na mnie spośród kwiatów. Myśl, zalęgnięta w mojej głowie w momencie przybycia kota, coraz bardziej zapuszcza swe korzenie. Chociaż zdaje się to być irracjonalne, upewniam się w tym coraz bardziej. Głos, mówiący, iż przecież odeszła ona parę lat temu, zostaje całkowicie zagłuszony. To musi być Bianka! Nagle zwierzak wydaje z siebie przeciągłe miauknięcie, po czym zaczyna się oddalać. Coś w moim wnętrzu nakazuje mi podążyć za kocicą. Nie mogę sobie pozwolić na stracenie jej z oczu! Nie teraz,…