Fantastyka · 32 min czytania
Pętla
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Darek jechał już dobre pół godziny nie mijając żadnego samochodu z naprzeciwka. Okolica wyjątkowo przypadła mu do gustu. Gęsty iglasty las po obu stronach drogi dawał cień, przez co upał nie był tak dokuczliwy. Miła odmiana po całodziennym smażeniu się w słońcu. To było ostatnie zlecenie jakie miał do wykonania tego dnia. Nadgonił trochę przy poprzednich, ponieważ do ostatniego klienta miał sporo kilometrów. Chociaż humor trochę mu się poprawił, nie był zadowolony z tego, jak spędził ten dzień. - Jebany złamas - zaklął pod nosem. Zawsze na myśl o szefie robiło mu się niedobrze. Przez niego jeździł po zadupiach w piątkowe popołudnie, zamiast szykować się do wyjścia na miasto ze znajomymi. Już na pierwszy rzut oka właściciel Najszybszej Paczki był mało sympatyczny. Nie chodziło nawet o jego tuszę, chociaż określenie Waszkiewicza mianem otyłego było zbyt delikatne. To jednak można było przeboleć. Najgorszy był brak higieny. Facet chyba nie słyszał nigdy o dezodorancie. Wokół niego unosiła się nieodłączna kwaśna woń potu, do tego tłuste strąki włosów zwisające smętnie w nieładzie. Jak przystało na wrednego kapitalistę był skąpy aż do przesady, dzięki czemu samochód Darka pozbawiony był sprawnej klimatyzacji, co właśnie dawało mu się we znaki. Gdy minął kolejny zakręt samochodem targnął wstrząs. Darek wcisnął hamulec prawie do oporu. Kiedy auto się zatrzymało, wyskoczył na zewnątrz. Nieźle się wystraszył. Modlił się w duchu, żeby zawieszenie nie było uszkodzone. Obszedł pojazd oglądając każde koło uważnie, po czym cofnął się drogą szukając dziury, w którą musiał wpaść. Jakieś pięćdziesiąt metrów od auta zobaczył nieregularną wyrwę w jezdni, głęboką na około dwadzieścia centymetrów. Spokojnie mógł urwać na tym koło. Zajrzał jeszcze na pakę - transport kibli wyglądał na nienaruszony. Wsiadł do auta i zatrzasnął drzwi. Spojrzał na drogę i wytrzeszczył oczy ze zdumienia. - No to mam przesrane. Przed sobą miał niewiarygodnie długi odcinek idealnie prostej drogi, a cała jezdnia przed nim usiana była podobnymi dziurami. Spojrzał na gps - zostało jeszcze czterdzieści kilometrów do przejechania. Jazda po takiej drodze oznaczała spore opóźnienie. Zrezygnowany wrzucił jedynkę i ruszył przed siebie. Po półgodzinnym nieustannym omijaniu dziur był już na granicy wytrzymałości nerwowej. Czuł się jak na placu manewrowym. Kiedy minął kolejny zakręt, jego oczom ukazał się strumień przecinający drogę. Zatrzymał auto. Sam strumień to nic złego, gorzej że nie było mostu. Dostrzegł pozostałości konstrukcji na obu brzegach. Wysiadł, żeby przyjrzeć się temu z bliska. Gdyby nie okoliczności, mógłby tu odpocząć. Może warto było nawet wybrać się w tą okolicę w przyszłości. Zauważył nadtopione resztki metalowych elementów, wystające z betonowych cokołów. Ktoś najwyraźniej ukradł most na złom. Darek przymknął oczy i przez chwilę wsłuchiwał się w szmer płynącej wody. To go trochę uspokoiło. Wsiadł do auta i zaczął szukać nowej trasy w nawigacji. Po kilku sekundach zapadł wyrok. Według urządzenia musiał wrócić po tych zasranych dziurach z powrotem, a potem jeszcze czterdzieści dwa kilometry, żeby dotrzeć na miejsce inną przeprawą. Zapalił silnik po czym zawahał się. Wyjął telefon i zrobił zdjęcie zniszczonej przeprawy. - Będzie na fejsa - powiedział do siebie. Zawrócił pojazd i ruszył z powrotem. Kiedy wrzucił dwójkę, usłyszał cichy grzmot zbliżającej się burzy. Skrzywił się lekko na myśl, że będzie wracał w deszczu. Z drugiej strony będzie chłodniej. Zawsze są jakieś plusy. Spojrzał na zegarek, zbliżała się osiemnasta. Odruchowo włączył radio. Może coś śmiesznego podadzą w wiadomościach. Kilka minut później przy akompaniamencie coraz głośniejszych grzmotów zrobiło się ciemno. Widoczny między drzewami wąski pas nieba pokryły ciemne burzowe chmury. Darek musiał zatrzymać auto, żeby w spokoju się im przyjrzeć. W życiu takich nie widział. Były prawie czarne i poruszały się bardzo szybko. Do tego leciały na tyle nisko, że widział jak kłębią się u podstawy. Na leśnej drodze wiatr był prawie nieodczuwalny, ale Darek widział, jak coraz mocniej kołysze czubkami drzew. Coraz częstsze błyski i huk grzmotów utwierdzały go w przekonaniu, że raczej nie uniknie deszczu. Żeby tylko żadne drzewo nie zwaliło się na drogę przed nim. Ruszył dalej. Starał się jechać jak najszybciej, w granicach rozsądku oczywiście. Chciał wyjechać na otwartą przestrzeń. Zaczęło padać, a właściwie lać. Musiał się zatrzymać, ponieważ przez ścianę deszczu nic przed sobą nie widział. Zgasił silnik i włączył światła pozycyjne. Miał nadzieję że dzięki temu żaden idiota w niego nie wjedzie, chociaż w tych warunkach pewnie i tak światła nie były widoczne. Ustawił radio głośniej, żeby słyszeć cokolwiek przez hałas, jaki robił deszcz bębniący o karoserię. Burza powodowała coraz większe zakłócenia w odbiorze. Zmienił stację, akurat mówili o pogodzie. - ...burzy zaskoczyła meteorologów. Rozległy front burzowy dotarł nad wschodnią część województwa powodując lokalne... Grzmot. -...kilka godzin. Darek wyłączył radio. Wyjął kanapki i opuścił oparcie fotela. Musiał to przeczekać. Z dostarczenia kibli i tak nici. Na budowie mieli pracować do dwudziestej, a na to żeby zdążył dojechać do tej godziny nie było już szans. Zjadł kanapkę i postanowił się zdrzemnąć. Nie wiedział czy da radę zasnąć w tym hałasie. Deszcz nie zelżał ani na chwilę, do tego dochodził nieustanny huk grzmotów. Nastawił alarm w telefonie na dwudziestą i zamknął oczy. Obudził się z drzemki za dziesięć ósma. Jego żołądek zrobił fikołka i Darek ledwo zdążył otworzyć drzwi, żeby nie zwymiotować do auta. Deszcz zalał mu twarz. Po chwili zatrzasnął drzwi z powrotem. Kanapka musiała mu zaszkodzić. Wyjął spod siedzenia butelkę wody i ponownie włączył radio. Niewiele słyszał przez trzaski. Nasłuchiwał kilka minut i jedyne co zdołał wychwycić, to "podtopienia" i "do rana". Niewiele mu to dało, ale uznał że "do rana" opady ustaną i kiedy doszedł do wniosku że jego żołądek się uspokoił, ułożył się do snu. Na piwo i tak już dzisiaj nie pójdzie, a nie uśmiechało mu się jechać po tych dziurach w nocy, nawet gdyby burza ustała. O szóstej obudziły go mdłości. Błyskawicznie wyskoczył z auta omal się nie przewracając i zwymiotował na jezdnię. Miał porąbany sen. Dowiózł te cholerne kible, a Waszkiewicz oskarżył go że korzystał z nich podczas transportu. Przetarł oczy i rozejrzał się dookoła. Nie licząc mokrej nawierzchni, po burzy nie było śladu. Niebo było czyste. Kiedy spojrzał wzdłuż drogi jęknął. Kilkaset metrów przed nim jezdnię blokowały drzewa. Oparł się o samochód i zaczął gorączkowo myśleć ile zajmie strażakom dojazd tutaj i usunięcie tego gówna z drogi. Biorąc pod uwagę to że pewnie teraz pompują wodę z piwnic i udrożniają bardziej uczęszczane drogi, perspektywy miał niewesołe. Postanowił sprawdzić, czy nie da rady obrócić drzewa autem za pomocą linki holowniczej chociaż na tyle, żeby przejechać. Odpalił furgonetkę i powoli podjechał do przeszkody lawirując pomiędzy dziurami. Zajęty omijaniem uszkodzeń na drodze nie miał za bardzo czasu przyjrzeć się drzewom blokującym przejazd, ale im bliżej się znajdował, tym mniej mu się podobało to, jak wyglądały. Kiedy zorientował się że zostało kilkanaście metrów, zatrzymał auto. To nie były zwykłe drzewa, tylko jakaś dziwaczna plątanina asfaltu, drzew i kamieni wymieszanych ze sobą, wysoka na jakieś sześć metrów. Jedno z drzew wyglądało jakby wyrastało z drugiego, ze środka innego wystawał spory głaz, a wszystko to poprzetykane było fragmentami jezdni. Darek wysiadł z auta i podszedł bliżej. Zauważył że ta dziwaczna przeszkoda ciągnie się w głąb lasu po obu stronach drogi. Poczuł się jak w tanim horrorze. Mimowolnie rozejrzał się oczekując że zobaczy jakichś zdegenerowanych mieszkańców tej okolicy. Po chwili westchnął i zaczął wspinać się na szczyt przeszkody. Kiedy zdyszany dotarł na górę i spojrzał ponad zwalonymi pniami, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po drodze nie było ani śladu. Przed sobą miał zwykły las. Ostrożnie stanął na szczycie przeszkody i złapał się gałęzi po bokach. Z wahaniem odwrócił się przodem do drogi. Cholera wie co jeszcze dziwnego może się stać. Jakiś kilometr od miejsca w którym stał droga również była zablokowana w ten sam sposób. Puls mu przyspieszył, czuł że zaraz wpadnie w panikę. Jak najszybciej chciał z powrotem znaleźć się na drodze, a najlepiej w aucie. Kilka razy poślizgnął się, ale w końcu zszedł bezpiecznie na dół i pobiegł do furgonetki. Zdyszany siadł za kierownicą. Teraz dzisiejszy sen nie wydawał mu się taki zły. Właściwie to był normalniejszy niż to co widział przed chwilą. Wziął kilka głębszych wdechów i włączył radio. Cisza. Po kolei przełączał kanały, z tym samym skutkiem. W końcu ustawił wyszukiwanie. Dalej nic. Przypomniał sobie o telefonie. Wyjął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Brak zasięgu. - To jest niemożliwe. Musiał wziąć się w garść, czuł się bezradny. Wysiadł z auta i lekki podmuch wiatru trochę go uspokoił. Nie wszystko było popieprzone. Zauważył jakiś ruch na skraju drogi i po chwili na jezdnię wyskoczyła wiewiórka. Poczuł ulgę, może to zwykła wiewióra ale przynajmniej nie był tu sam. Znowu mdłości - oparł się o samochód. Nie miał już czym wymiotować, na szczęście po kilku sekundach poczuł się lepiej. Spojrzał w stronę wiewiórki. - Ty też rzygasz?! Zwierzątko uciekło w zarośla. Podszedł do miejsca gdzie stało jeszcze przed chwilą i zobaczył resztki które zwróciła wiewiórka. Znów ogarnął go niepokój. W końcu ruda nie wyżerała mu kanapek, więc nie mogła się nimi zatruć. Z drugiej strony czy tylko on może puszczać pawie na drodze? Chyba wariuje, musi się z kimś skontaktować, albo dotrzeć pieszo do jakichś zabudowań. Gdziekolwiek. Może przez ten las nie miał zasięgu? Doszedł do wniosku że musi wejść wyżej. Rozejrzał się szukając drzewa na które mógł się wdrapać. W końcu zobaczył jedno z dużą ilością grubych konarów. Ostrożnie zaczął wspinaczkę na szczyt. Ostatnie czego mu było trzeba to upadek z dużej wysokości. W pewnym momencie targnęły nim mdłości. Złapał się mocniej. Oczyma wyobraźni już widział nagłówek w lokalnej gazecie "Skręcił kark dostarczając kible". Nie mógł tak skończyć. Dotarł do miejsca, w którym pień był już zbyt cienki do dalszej wspinaczki. Siadł okrakiem na gałęzi. Jedną ręką obejmował pień, a drugą starał się ostrożnie wygrzebać telefon z kieszeni i sprawdził zasięg. - Jest! Głos mu się łamał. Z wrażenia omal nie puścił pnia. Wybrał numer do straży pożarnej i dotarło do niego, że właściwie nie wie co powiedzieć. - Straż pożarna słucham. - Usłyszał głos w słuchawce. - Halo. - Chciałbym zgłosić nieprzejezdną drogę, to znaczy brak drogi. Nastała chwila ciszy po drugiej stronie, w tle słychać było jak ktoś mówi przez radiostację. - Proszę się przedstawić. - Darek Nowak. Przespałem na poboczu tę burzę i rano się okazało że nie ma drogi... - To znaczy podmyło jezdnię? - Wszedł mu w słowo strażak. - Nie podmyło! Są zwalone drzewa a za nimi nie ma drogi... las jest. Usłyszał westchnięcie w słuchawce. - To gdzie ta podmyta droga? - Mówię przecież że nie jest podmyta, nie ma jej! Tak jakby jej nigdy nie było, a ja nie mam jak stąd wyjechać! - Słuchaj no ćpunie, mamy tutaj urwanie głowy po nawałnicy. Dobrze ci radzę idź spać i nie zawracaj gitary, bo zadzwonię na policję że zgłaszasz fałszywe alarmy. Strażak zakończył połączenie. Darek przez chwilę siedział bez ruchu nie wiedząc co dalej. Zaczął mozolną wędrówkę w dół. W zasadzie mógł zadzwonić jeszcze raz, tylko że odbierze ten sam facet i nie będzie chciał z nim rozmawiać. Mógł też zadzwonić na policję i powiedzieć że zgubił się w lesie. To był całkiem niezły pomysł. Podszedł do auta i nagle doznał olśnienia. - Zbyszek. Oczywiście nie ten Zbyszek z pracy. Zbyszek Wartki był odpowiednią osobą. Tylko czy jeszcze miał do niego numer. Nie rozmawiali od kilku lat - ich drogi rozeszły się po ukończeniu liceum. Darek poszedł do pracy, a Zbyszek na studia. Od małego świetnie się rozumieli, a ich umiejętności wspaniale się dopełniały. Kiedy zaczynali ogólniaka Darek załatwiał piwo, które pili wcielając w życie pomysły Zbyszka. Niekiedy bywało zabawnie, jak wtedy kiedy udało im się zamknąć automatyczny przejazd kolejowy. Potem siedzieli niedaleko przejazdu, pili piwo i patrzyli jak te chu... - Gdzie ja mam ten numer! Darek znalazł numer przyjaciela, po czym zorientował się że będąc na ziemi nigdzie nie zadzwoni. Znowu te mdłości. Pochylił się czekając na najgorsze. Nagle odniósł wrażenie że wszystko wokół niego zafalowało i stracił równowagę. Zataczając się ruszył z powrotem w kierunku drzewa, ale po kilku krokach zatrzymał się. Musiał się zastanowić co powie Zbyszkowi. Nie mógł ryzykować takiej samej sytuacji jak ze strażakiem. Może rozejrzy się po okolicy? Zbyszek miał łeb, to fakt. Nie pomoże mu jednak, jeżeli Darek nie będzie miał zbyt wiele do powiedzenia. Może rzeczywiście nastąpiło jakieś przesunięcie terenu. Musiał to sprawdzić, nie może wyjść na idiotę. Darek ruszył w stronę zwalonych drzew na końcu drogi. Postanowił pójść w głąb lasu jak najdalej, ale żeby nie stracić z oczu zwalonych drzew. jeszcze tego brakowało, żeby się zgubił. Mozolnie przedzierał się przez gałęzie, co jakiś czas sprawdzając, czy jego punkt orientacyjny jest jeszcze w zasięgu wzroku. Po jakichś stu metrach skręcił dziewięćdziesiąt stopni w prawo. Kiedy po kolejnych stu zrobi to samo, powinien dotrzeć do tego nasypu, czy co to tam było w rzeczywistości. W końcu ciągnął się on również przez las. Kiedy już miał skręcić drugi raz, zobaczył między drzewami prześwit. - Droga - wyszeptał. Ruszył biegiem potykając się o korzenie i już po chwili stał na zniszczonej asfaltówce. Spojrzał w prawo, w stronę z której przyszedł, parędziesiąt metrów od miejsca w którym stał drogę przecinały zwalone powykręcane drzewa. Z drugiej strony w odległości około kilometra widział kolejny zator, ale niezrażony ruszył w jego kierunku. Byle dalej. W końcu musiał gdzieś dotrzeć. Po dziesięciu minutach był już na miejscu i ponownie rozpoczął wspinaczkę. Po drugiej stronie tak samo jak poprzednio był las. W zasadzie spodziewał się tego, nic już go nie mogło zdziwić. Chyba że jakaś wiewiórka poprosi go o orzecha albo kanapkę. Tym razem postanowił od razu skręcić w prawo i pójść wzdłuż przeszkody. Jeżeli następowały przesunięcia gruntu, to prawdopodobnie w jednym kierunku, więc jeżeli poprzednio było w prawo, to teraz też. Z każdym krokiem czuł się coraz pewniej. Jedyne czego się w tym momencie obawiał to dziki. Wolałby żadnego nie spotkać. Owszem cała sytuacja była dziwna, ale jakoś sobie radził i czuł że niedługo ten koszmar się skończy. Wieczorem będzie musiał się napić. - No proszę, mamy drogę Watsonie - powiedział do siebie, kiedy po raz kolejny znalazł asfalt. Tak jak poprzednio w oddali zobaczył drzewa blokujące przejazd. Ruszył w ich kierunku. W końcu za którymś razem wyjdzie na przejezdną drogę. Kiedy był w połowie dystansu pożałował że nie wziął ze sobą wody. Powoli robiło się gorąco. Otarł wierzchem dłoni pot z czoła i spojrzał przed siebie. Zmarszczył brwi i wytężył wzrok. Coś stało w pobliżu zwalonych drzew. Podszedł szybkim krokiem bliżej. To było coś dużego, samochód. - O kurwa. Jego furgonetka stała na drodze tak jak ją zostawił. Co prawda jeszcze nie sprawdził czy to jego auto, ale nie miał wątpliwości. Dwie takie same zielone furgonetki, tego samego ranka, na tej samej drodze... Był już na tyle blisko że mógł przeczytać numery rejestracyjne. To był jego samochód. Zwolnił i ostrożnie podszedł do auta. Szybkim ruchem otworzył drzwi i zajrzał do środka. Nikogo nie było. Sięgnął pod siedzenie i wyjął wodę. Usłyszał przerywany sygnał z wnętrza pojazdu i po chwili zorientował się że to…