Psychologia · 8 min czytania
Phropecy ( Proroctwo )
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciemna szata nocy spowiła świat. Zawisła ona nad ziemią przytłaczając ją, depcząc każdy jej atom. Masa zgniłego powietrza stanęła w miejscu i zaczęła gęstnieć i spływać mazią po szarych kamienicach, tłoczących się w kolejce blokowiskach, by następnie wpłynąć na zaśmiecone chodniki i popękane ulice. Pochłaniała wszystko co stanęło jej na drodze, martwe gołębie, zmiażdżone, rozpłaszczone na gorącej jeszcze jezdni przez samochody, śpiących gdzieś w uliczkach ćpunów, pijaków, rozwijające się pąki kwiatów. Pochłaniała wszystkie barwy i kolory, zostawiając za sobą tylko czarno-biały obraz jak na starych zdjęciach rozsypanych gdzieś w babcinej szufladzie, pełnej kurzu i niespełnionych marzeń. Tak co wieczór maź goniła resztki dnia. Przepędzała, płoszyła chowając jego ostatnie promienie w pustych butelkach, dziurach starych drzwi, okien, piwnicach pełnych tajemnic, wypchanych pamiątkami lat dziecinnych, beztroskich i szczęśliwych. Jeśli ten zaś nie zdążył dobrze uciec, dobrze się schować, noc wraz z trupim powietrzem dusiły go, przywiązywały siłą do elektrycznego krzesła i zadawały tak ciężkie kary, jakie tylko pojawiają się w naszych najgorszych marach nocnych. Te wrzaski i łzy dnia budziły Cierpienie. Dzięki temu stawało się ono potężniejsze, dusiło, tak że brakowało aż oddechu. Zamykałeś się wtedy w pustym pokoju, w pustych czterech ścianach i śledziłeś cienie na szarej ścianie odliczając kolejne bezdźwięczne sekundy. Jedna, druga, trzecia, tik-tak, tik-tak, ty zatrzymywałeś się, walczyłeś z czasem, a życie płynęło dalej gdzieś za oknami twojego pokoju. Każdego wieczoru to Rozpacz misternie tkał swą sieć by złapać w nią cichego i nieśmiałego motyla- Nadzieję. Zdrada natomiast, czyhała w pustych kieliszkach na Miłość, by jak co wieczór zabawić się jej uczuciami wraz z Lękiem, by zabrać jej ostatnie tchnienie. I tak była ona już praktycznie na wyczerpaniu, przereklamowana, oschła i bezimienna. Strach jak zwykle towarzyszył Agresji. Spędzał z nią właściwie każdy wieczór przemierzając kolejne uliczki i szukając swoich potencjalnych kandydatów do zabaw. W tym świecie nie istniało już dobro. Każda minuta, każda sekunda była dla mieszkańców Ziemi złudna. Starali się oni szukać czegoś, co bym im pomogło odnaleźć... ale to tylko niektórzy, Ci co to pamiętali „lepsze czasy”.
Nikczemność przechadzał się tego wieczoru ulicami. Rozglądał się dokoła, może wypatrując Innych, może swojego rodzeństwa, kogoś z Uczuć. Innych, czyli mieszkańców planety, którą rządziły Uczucia. Były to dzieci Naiwności. To ona ich stworzyła, oczywiście tylko i wyłącznie dla swojej zabawy. Wodziła ich za nosy, narzucała na ich zasłonę skradzioną z szuflad Nadziei, igrała z ich losem, który praktycznie jej nie obchodził. Wiele razy doprowadzała do wojen, krwawych bitew. Cieszyło to też i inne uczucia- tylko te stojące po stronie tych, zwanych antypatycznymi. Warto wtrącić, iż Uczucia były czymś w rodzaju Bogów, rządziły światem, ustalały zasady gry. Niegdyś zgodne, dziś walczące ze sobą, przeciwko samemu sobie o siebie. Wszystko przez Innych, to oni nauczyli ich tego wszystkiego, przeklął w myślach Nikczemność. Kiedyś to dobre Uczucia rządziły na świecie. Na czele stała Pokora, a reszta korzyła się przed jej światłością. Miłość z dnia na dzień rosła w siłę, Radość tłoczyła się w każdym zakamarku, Nadzieja pokrzepiała wszystkich i obejmowała swym czułym ramieniem, sprawiając dzień jutrzejszy ciepłym i pozytywniejszym. Pięknie było wtedy na Ziemi. Głuchy wiatr buchnął w twarz Nikczemności. Zakaszlnął cicho, kiedy spaliny, dym i smród odpadków trafiły do jego płuc drażniąc je, drapiąc, wbijając swe ostre pazury w płuca i rozszarpując je na strzępy. Zniesmaczony splunął na chodnik. Nagle stanął przed jedną ze starych kamienic i spojrzał w okno, gdzie jeszcze…