Romans · 22 min czytania
Piaskiem w oczy część Rozdziału III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział III Część II
Rano wstał i szybko pobiegł do szpitala. Zdążył w domu tylko wypić kubek mleka choć jego mama uszykowała mu jajecznicę. Bardzo lubił jajecznicę, ale tym razem nie chciało mu się jeść i bardzo spieszył się. Pobiegł na oddział intensywnej opieki bo tam właśnie leżała Hania. Przy wejściu na oddział pojawił się lekarz. Zatrzymał Jacka i powiedział, że nie wolno wchodzić. Nawet nie chciał go wysłuchać. Kiedy rozmawiał z lekarzem, zobaczył za jego plecami na oddziale pana Witolda - ojca Hani. Zawołał go. Wydawało mu się, że zrobił zdziwioną minę widząc Jacka tutaj. - Dzień dobry, panu - przywitał się z nim. - Lekarz nie chce mnie wpuścić do Hani, podobno może ją odwiedzać ewentualnie rodzina. Proszę pozwolić mi zobaczyć się z Hanią. Ojciec Hani nie odezwał się do niego ani słowem tylko poprosił lekarza na rozmowę kilka kroków dalej. Lekarz kiwał głową, a potem rozłożył ręce i podszedł do Jacka. - Proszę, może pan wejść. - To mówiąc, wykonał krok do tyłu przepuszczając go. - Sala numer 23 - dodał.
Jacek uchylił drzwi. Nie wchodząc, zajrzał do środka. Pod oknem stało łóżko szpitalne, a obok mała, metalowa szafka. Oprócz tego w pokoju nie było żadnego innego mebla. Na łóżku dostrzegł leżącą postać. Rozpoznał ją. To była Hania, podłączona do jakiegoś urządzenia stojącego tuż za nią. Przypuszczał, że wspomaga jej oddychanie. Drugie urządzenie był to monitor wskazujący rytm bicia jej serca. Słychać było jednostajny, miarowy sygnał dźwiękowy. Hania miała zamknięte oczy. To co zobaczył wzbudziło w nim przerażenie. Jacek ostrożnie wszedł do środka. Zrobił to absolutnie bezszelestnie. Nie miał pojęcia, że jest aż tak źle. Nikt nic mu wcześniej nie powiedział, że stan jego dziewczyny jest ciężki. Naprawdę było z nią źle. Podszedł do łóżka. Zdołał wyszeptać: - Haniu, Haniu już jestem przy tobie. Gdybym był przy tobie wcześniej...... - szlochał. Ręką zakrył usta. Nie chciał wybuchnąć płaczem choć miał na to ochotę. Czuł się jak wulkan, który za chwilę miał eksplodować. Wiedział, że jeżeli wybuchnie płaczem to wyproszą go z izolatki. Wolno podszedł do łóżka. Stanął tuż obok. Hania miała kilka zadrapań na twarzy. Ręce ułożone wzdłuż ciała. Przyklęknął na jedno kolano. Jej piersi lekko unosiły się w rytm oddechu. Jacek bardzo delikatnie położył głowę na łóżku obok niej. Przymknął oczy. Łzy wydostawały mu się z pod przymkniętych powiek. Delikatnie dotknął jej ręki. W myślach powtarzał jej imię. Do sali weszła pielęgniarka. Dotknęła jego ramienia. - Proszę pana, czy wszystko w porządku? - spytała z niepokojem. - Tak w porządku, ale nie wszystko. - Jak to? - Jestem obok dziewczyny, której nigdy nie powinienem opuścić. Jest tutaj przeze mnie. - Jest przecież ofiarą wypadku - powiedziała nieco zdziwiona. - Tak, to prawda. Ale gdybym przy niej był ... . Jacek nie mógł dalej mówić. Czuł, że żal rozerwie mu zaraz serce. Za chwilę przyszedł pan Witold, a po małej chwili mama Hani - pani Zofia. Usiedli się na krzesłach z drugiej strony łóżka. Kiwnął im głową na powitanie. Jacek czuwał przy niej w pozycji klęczącej przez kilka godzin. Nie wiedział jaka jest pora dnia i która jest teraz godzina. Nie dbał o to. Teraz liczyła się dla niego tylko ta jedna osoba. Nic poza tym. Ile dałby za to, żeby cofnąć czas. Przyszli rodzice Jacka - pan Stefan i pani Helena. Weszli tak cicho, że Jacek ich nie usłyszał. - Jacek, idź do domu i coś zjedz - powiedziała z troską w głosie jego mama. - Hania śpi i pewnie trochę to jeszcze potrwa. Kiedy się obudzi, zaraz do ciebie zadzwonimy - zapewnił go jego ojciec. - Nie, nie zostawię jej. Już raz to zrobiłem. Drugi raz tego nie zrobię. - Jacek odparł stanowczo. - Nie możesz cały czas tutaj siedzieć bez jedzenia - rzekła jego mama. - Nie rozmawiajmy już na ten temat. Dam sobie radę - skwitował. - Jak chcesz synku, ale nie chciałabym żeby ciebie potem reanimowali. - Ostrzegawczo powiedziała mama Jacka. Od zawsze - jak tylko pamiętał - ostatnie słowo musiało należeć do jego mamy. I tak zostało do dziś. Jacek jednak postawił na swoim i czuwał nadal przy Hani. Wkrótce w pokoju zostali tylko rodzice Hani i sam Jacek. Było już późne popołudnie.
Na dworze zachmurzyło się. Zbierało się na deszcz. Pielęgniarka włączyła małą lampkę, którą postawiła na stoliku. Jacek i rodzice Hani drzemali na siedzącą obok łóżka. Nagle Hania powoli otwarła oczy. Nie odwracając głowy w żadną stronę - ruchem tylko samych oczu - rozejrzała się dookoła. Zobaczyła z jednej strony łóżka swoich rodziców, a z drugiej Jacka. Wyciągnęła rękę w jego kierunku. Wtem Jacek otwarł oczy jakby wyczuł, że Hania chce go dotknąć. - Haniu, kochanie - powiedział do niej szeptem, żeby jej nie wystraszyć. Pan Witold i pani Zofia także wyrwali się z drzemki. - Haniu córeczko jak się czujesz? - spytała jej mama, dotykając jej czoła. Hania lekko skinęła głową na znak, że dobrze. Jacek przysunął się do niej bliżej. Klęknął przy łóżku. Wziął w swoje dłonie jej rękę. Pocałował ją delikatnie. Hania pogłaskała go po głowie. Jacek całując jej dłoń cały czas szeptał: - Haniu, już cię nie opuszczę. Będę przy tobie. Będziemy razem. Zobaczysz ... . - Jacku, Jacku ... - wyszeptała jego imię. - Nic nie mów. Odpoczywaj, jestem przy tobie - uspokajał ją. - Jacku, przepraszam - powiedziała szeptem. - Za nic nie przepraszaj. To ja cię przepraszam. Nie powinienem ... . Uparłem się tego Szczecina jak głupi osioł. Teraz już będę przy tobie. Nie pojadę z powrotem. Zostawię wszystko. Tutaj będziemy budować nasze szczęście. - Jacku, nie wiesz wszystkiego. Muszę ci to powiedzieć. Jestem ci to winna. Oboje jej rodzice poruszyli się na krześle. Jacek spojrzał na nich pytająco. Pan Witold rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć, że nie wie o co chodzi. - Haniu, wrócisz do zdrowia to mi powiesz. Będziemy mieli dużo czasu na rozmowy. A teraz odpoczywaj i niczym się nie przejmuj. Hania jednak ciągnęła dalej. - Jacku, to ważne. Muszę teraz ... wybacz mi, ja nie wiedziałam i teraz dopiero od lekarza dowiedziałam się, że ... . W tym momencie zaczął ją dusić kaszel. Przerodził się wręcz w atak duszności. Praca aparatury wydającej sygnał dźwiękowy stała się nierówna. Wszedł lekarz. Energicznym ruchem ręki odsunął Jacka od łóżka, po czym wyprosił wszystkich z sali. Jacek i rodzice Hani skierowali się bez słowa do wyjścia. Czekali na niego za drzwiami. Wreszcie wyszedł. Pani Zofia zastąpiła mu drogę. - Panie doktorze, co z córką? - Stan jej jest stabilny, ale musimy być przygotowani na wszystko. Ma liczne urazywewnętrzne. Rozstrzygnięcie przyniesie nam kolejne 12 godzin. Proszę nie zapominać, że przeżyła ogromny szok. To na taką młodą dziewczynę bardzo dużo. Proszę nie dać jej poznać po sobie żadnych emocji i proszę z nią wyłącznie rozmawiać o miłych rzeczach. - A co z Marcinem panie doktorze? - To ten chłopak co prowadził? - Tak to ten. - Niestety miał mniej szczęścia. Przed godziną zmarł. Jacek stał i przysłuchiwał się rozmowie. Zrozumiał, że w zasadzie nic nie wie i dlaczego wszyscy są tacy tajemniczy? - Panie doktorze, a co z innymi uczestnikami wypadku? - spytał Jacek z nieukrywaną troską. Lekarz spojrzał pytająco na rodziców Hani. - Nie rozumiem - odpowiedział zaskoczony. - Pytam co z koleżankami Hani, które jechały z nią samochodem? - spytał powtórnie. - Ależ w samochodzie nie było już nikogo. - Odpowiadając, lekarz spojrzał na swój zegarek. - Przepraszam, ale inni pacjenci czekają. Jacek stał jak oniemiały. Nie wiedział co powiedzieć, o co spytać się rodziców Hani. Czuł, że coś jest nie tak, ale takiego obrotu sprawy nie spodziewał się. Odwrócił się do pana Witolda i pani Zofii. - Czy państwo nic nie mają mi do powiedzenia? - Nie chcieliśmy ci wszystkiego mówić, żebyś się nie potrzebnie niepokoił. - Więc nie było żadnych koleżanek w samochodzie. Był tylko Marcin, prowadzący samochód. Przypuszczam, że nie było też żadnego wypadku z drugim samochodem. Mam rację? - Tak, masz rację - wymamrotała pani Zofia. - Wjechali z dużą prędkością w drzewo. - Mam rozumieć, że ten chłopak zmarł przed godziną. - Potwierdził to co powiedział przed chwilą lekarz. - Co to był za jeden? Nigdy o nim nie słyszałem. - To kolega Hani ze szkoły podstawowej. Kiedy dowiedział się, że wyjechałeś zaczął spotykać się z Hanią. No i pewnego dnia wziął Hanię na przejażdżkę za miasto, a resztę już znasz. - Wyjaśnił mu pan Witold. - Kiedy chcieliście mi o tym powiedzieć? - Hania miała sama ci o tym powiedzieć. Zostawiłeś ją. Była zrozpaczona. Bardzo to przeżywała. Czuła się zagubiona. Potrzebowała kogoś, żeby ją pocieszył. - No i znalazł się Marcin - mruknął Jacek, wściekły jak osa. - Jacek, proszę nie daj Hani poznać po sobie, że jesteś wściekły i masz do niej jakieś pretensje. - Błagalnym głosem zwróciła się pani Zofia do chłopaka. - Oczywiście, że nie dam po sobie poznać, że jestem zaskoczony. Jestem natomiast wściekły i to sam na siebie. Dobrze o tym wiem i zdaję sobie z tego sprawę. - Nie rozumiem jeszcze co miał na myśli lekarz mówiąc, że mamy nie zapominać, że Hania przeżyła szok? - Pewnie to, że sam wypadek był dla niej szokiem - odparł pan Witold. Weszliśmy z powrotem do sali. Hania miała zamknięte oczy, ale kiedy nas usłyszała zaraz je otwarła szeroko i uśmiechnęła się. - Co mówił lekarz? Przecież rozmawialiście z nim. - Powracasz do zdrowia. - Jacek odpowiedział nieszczerze i poczuł, że zabrzmiało to co najmniej idiotycznie. - To dobrze. Mam tyle spraw do załatwienia - powiedziała, jakby się mocno martwiła nie załatwionymi sprawami. - Mamo, a co z Marcinem? - Wszystko w porządku córeczko. Będzie dobrze - skłamała. - Widzę, że wszystko się układa. To dobrze - powiedziała z zadowoleniem tak cicho jakby mówiła tylko do siebie. Jacek znów klęknął przy niej. Wziął jej dłoń i delikatnie całował. - Jacku, może opowiesz mi jak to będzie jak będziemy razem. Chcę tego posłuchać. Chcę ciebie słuchać. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, a potem na rodziców Hani. - Dobrze, powiem ci jak by to było. Jak ułożyłem plan naszego wspólnego życia. - Słucham cię. Mów a ja to wszystko sobie wyobrażę. - To powiedziawszy przymknęła oczy, dając skinieniem głowy znak, że jest gotowa. - Przyszedłem z wojska, a ty czekałaś na mnie. Znajduję dobrą pracę w Rawiczu. Jestem poważnym urzędnikiem w urzędzie miasta w Rawiczu. Hania w tym momencie otwarła oczy i popatrzyła na Jacka. - Jacku, opowiedz od tego momentu jak przyjeżdżam do Szczecina, do ciebie. Przecież tam osiedlimy się i założymy rodzinę. Tak przecież mówiłeś. Zaskoczyła go swoją zmianą planów, ale w takim razie zaczął właśnie od tego momentu. - Po kilku miesiącach przyjeżdżasz do mnie do Szczecina. Ja mam tam dobrą pracę w policji. Właśnie kupiłem na obrzeżach miasta dla nas mały domek. Wprawdzie jest mały, ale wygodny. Oczywiście z garażem. Za domkiem jest ogródek - twój ogródek - i rośnie w nim mnóstwo różnych kwiatów. - Ja bardzo lubię kwiaty - powiedziała, przerywając mu na chwilę opowieść. - Tak, wiem kochanie. Domek ma jeszcze od strony południowej duże okno. - Po co to duże okno? Mogą przecież przez nie wejść źli ludzie i wszystko popsuć. - To