Romans · 14 min czytania
Piaskiem w oczy Rozdz.IV cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Policyjny Volkswagen Transporter mknął ulicami Szczecina na sygnale. Samochody ustępowały mu z drogi lub nawet zatrzymywały się. Obok kierowcy siedział podkomisarz Jeruzel. W ręku trzymał mikrofon radiotelefonu i co pewien czas przytykał go do ust. - 110, 110 zgłoś się - wywoływał patrol, ale bezskutecznie. W głośniku odpowiadała mu tylko cisza. Podkomisarz z trudem opanowywał zdenerwowanie. Od dłuższego już czasu wywołuje patrol oznaczony kryptonimem 110. Patrol ten to aspiranci: Jacek Ciszewski i Grzegorz Rych. - Dawaj ostro po gazie póki nie jest za późno. Nie wiadomo w jakim bagnie się znaleźli. Dostałem zgłoszenie, że ścigają jakiegoś łobuza, który próbował wyrwać kobiecie torebkę.- Spojrzał na kierowcę, a w jego głosie słychać było wyraźny niepokój. - Jacek i Grzegorz to dobrzy policjanci i na pewno sobie poradzą. - Próbował pocieszyć podkomisarza, kierowca. - Tak, to prawda, ale Jacek miał ostatnio duże przeżycie i martwię się o niego czy zdoła zachować zdrowe myślenie, kiedy będzie tego wymagała sytuacja. Szlag mnie trafi jak coś będzie nie tak - powiedział już coraz bardziej zdenerwowany. Kierowca spojrzał pytająco na podkomisarza, kontrolując jednocześnie sytuację na drodze. - Co się stało? - spytał wprost. - Trzy miesiące temu w wypadku samochodowym, zginęła jego dziewczyna. Jeszcze nie całkiem ochłonął po tym zdarzeniu. Mam wrażenie, że obwinia się o jej śmierć. - Krótko wytłumaczył. - Mogłem mu dać więcej wolnego. - Dodał po chwili bardziej do siebie. - Myślę, że najlepiej ból, zagoi zapomnienie i czas. Praca to chyba najlepsze rozwiązanie w takim wypadku. - Obyś miał rację - odpowiedział z małym przekonaniem. Podkomisarz Jeruzel próbował dalej wywoływać patrol. Niestety nadal bez odzewu. Rzucił wreszcie mikrofon radiotelefonu na półkę samochodową. - Cholera, co jest? Już tracę nerwy. Wreszcie dotarli na miejsce, gdzie Jacek i Grzegorz zaczęli pościg. Radiowóz ostro zatrzymał się. Kierowca wyłączył sygnał, pozostawił jednak włączonego tzw. koguta. Z samochodu dość energicznie wyskoczył podkomisarz. Na chodniku zebrała się grupka gapiów. - Kto z państwa został okradziony?- Ja, proszę pana. - Z tłumu wyszła kobieta. Była ładna, a nawet bardzo ładna. Na sobie miała białą sukienkę w ciemne groszki, buciki na niewielkim obcasie. Na jej małym i zgrabnym nosie spoczywały słoneczne okulary. Bardzo podobała się policjantowi, ale teraz musiał przede wszystkim myśleć o swoich podopiecznych. - Niech mi pani powie przede wszystkim, w którą stronę pobiegli. Wywołuję ich przez radiotelefon, ale nie odzywają się. Dziewczyna odwróciła się do tyłu i ręką wskazała kierunek, w którym pobiegli. - W porządku, myślę, że ich niedługo znajdziemy - powiedział już nieco spokojniejszy choć w dalszym ciągu nie wiedział przecież gdzie są. W tym czasie nadjechał drugi radiowóz, który zabrał kobietę na komisariat. Natomiast radiowóz podkomisarza skierował się we wskazanym przez kobietę kierunku. Jadąc, podkomisarz przez cały czas wywoływał przez radiotelefon patrol. W końcu za kolejnym razem udało się. Usłyszał w mikrofonie niewielki szum, a potem niewyraźny czyjś głos. - Zgłaszam się. - Powtórz - powiedział zaskoczony, że wreszcie mu się udało nawiązać łączność. - Ja 110, zgłaszam się. - Zabrzmiał głos w mikrofonie. - Gdzie ty do cholery jesteś i dlaczego nie odzywaliście się? - Jesteśmy przy ulicy Wojska Polskiego. Mój partner jest ranny. Potrzebna jest karetka.
Jackowi zerwał się na chwilę film. Gdy ocknął się leżał na półpiętrze, a nad nim pochylał się Grzegorz. Otwartą ręką uderzał go lekko w twarz, a raczej w policzki. Jacka mocno to wkurzało. Chciał mu oddać, ale nie mógł podnieść ręki. Paraliż czy co? - pomyślał. Grzegorz dalej kontynuował cucenie i powtarzał przy tym: - Jacek obudź się, Jacek, co ci jest?, wszystko w porządku? Kto ci baranie w tym tempie zadawanych pytań odpowie, chociaż na jedno, a tak w ogóle, gdzie on ma tego bandytę? - pomyślał półprzytomnie. Po chwili ocknął się na tyle, żeby powstrzymać Grzegorza od regularnego uderzania go w policzek. Kiedy Grzegorz chciał wymierzyć kolejne, cucące go uderzenie w połowie zatrzymał mu rękę. - Przestań na litość boską, bo mnie zatłuczesz na śmierć. Gdzie masz tego zbója? - spytał, rozglądając się jednocześnie. - Przykułem go do kubła od śmieci, na podwórku - odpowiedział ze spokojem. - To idź teraz na podwórko i zobacz czy on tam jeszcze jest. Może wziął kubeł pod pachę i znowu ucieka. - Z kubłem byłoby mu raczej ciężko i niewygodnie - powiedział Grzegorz z tym swoim anielskim spokojem. - Dlaczego by nie? - Kubły są pełne, miałby za ciężko. - To powiedziawszy, roześmiał się i dodał. - Widziałeś kiedyś uciekającego złodzieja z pełnym kubłem na śmieci? Aha, zawiadomiłem wóz patrolowy. Przyjedzie też karetka. - Dobra, dobra idź zobacz czy on tam jeszcze jest, a ja tymczasem spróbuję dojść do siebie. - To mówiąc powoli podnosił się. - Nie potrzebujesz już mojej pomocy? - spytał Grzegorz gotowy jej natychmiast udzielić. - Nie, nie Grzesiu, dziękuję - odpowiedział pośpiesznie. Grzegorz wyszedł na zewnątrz. Okazało się, że złodziej w dalszym ciągu był przykuty do kubła. Grzegorz nastraszył go, że jak będzie próbował uciekać to wsadzi go głową w dół do kubła, a on naprawdę wszystko może. Trudno w to uwierzyć, ale skutecznie przestraszył złodzieja. Jacek poczuł że ma strasznie ciężką głowę. Słyszał w niej jeden szum. Dotknął miejsca, w którym czuł największy ból. Poczuł, że ma mokrą i lepką dłoń. Czyżbym tak się spocił. Popatrzył na rękę, którą dotykał głowy. Była zakrwawiona. No ładnie mnie urządził. Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami i stracił przytomność.
Leżał na wznak. Otwarł oczy. Akurat pielęgniarka poprawiała mu kołdrę. - Gdzie ja jestem? - W szpitalu. - Od dawna? - Od paru godzin. - Co mi jest? - Zaraz zawołam lekarza i on panu powie. Pielęgniarka wyszła z sali. Został sam. To chyba była izolatka. Rozglądał się dookoła. Od śmierci Hani bardzo nie lubił szpitali. Przywoływały mu przykre wspomnienia. Powiedział sobie, że już nigdy jego noga nie stanie w żadnym szpitalu. No, cóż. Teraz to siła wyższa. Znowu potwierdziło się powiedzenie, które kilkakrotnie słyszał: "Nigdy nie mów nigdy". Przestał się rozglądać bo znowu zaczęła go boleć głowa. Wtem do sali wszedł lekarz. - Dzień dobry panu, jak się pan czuje? - Jakbym zderzył się z pociągiem. - Nie dziwię się. Ma pan dziurę w głowie. - A od strony medycznej, jak to wygląda? - Miał pan szczęście. To mogło się skończyć nie najlepiej dla pana. - Długo tu będę? - Dopiero pan zaczął, ale myślę że dwa, trzy dni. Proszę postarać się zasnąć. Sen dobrze leczy rany. Lekarz wyszedł z sali i znowu został sam. Za radą lekarza postanowił przespać…