Kryminał · 7 min czytania
Piąte przykazanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zawsze był inteligentny, lecz zarazem małomówny i zamknięty w sobie. Odkąd nauczył się czytać patrzył na swoich rówieśników z góry i uważał się za kogoś lepszego, stworzonego jakby do wyższych celów. I w pewnym sensie miał rację. Został kimś, kim zapewne nikt z nas nie chciałby być, lecz on czuł władzę nad resztą świata i jego podwójne życie sprawiało mu niejaką radość. Nie bał się niczego i nikogo. I nikt nie wiedział kim naprawdę jest… Na imię miał Wiktor. Rodzice nazwali go tak, ponieważ chcieli, by został kimś lepszym, kimś kto wiele w życiu osiągnie. Przecież „Victor” to po łacinie „zwycięzca”. W wieku czterech lat znał tabliczkę mnożenia w zakresie 100, w pierwszej klasie podstawówki potrafił pomnożyć w pamięci dwie sześciocyfrowe liczby, a w klasie czwartej był mądrzejszy od swoich rodziców – lekarzy. W wieku 15 lat posługiwał się biegle czterema językami obcymi– angielskim, francuskim, niemieckim i łaciną. Gdy miał lat 17 zainteresował się sztukami walki – taekwondo, karate i judo. Zarówno ojciec, jak i matka byli dumni z syna i wierzyli, że będzie wiódł wspaniałe życie.
*
O dziewiątej zadzwonił telefon. Postać śpiąca w ogromnym łóżku w równie ogromnym zielonym pokoju nadal nie reagowała, podobnie jak nie reagowała, gdy dzwonił o siódmej, następnie o siódmej trzydzieści, a potem nieprzerwanie od ósmej dziesięć do ósmej dwadzieścia. O dziewiątej dziesięć Wiktor drgnął. Spod pościeli wynurzyła się jego ręka, a niedługo po niej czubek głowy. Następnie dał się słyszeć jakiś nieartykułowany dźwięk, a potem kilka siarczystych przekleństw. Wiktor wstał nie spiesząc się zbytnio, zapalił papierosa i zaparzył sobie kawę. „Uwielbiam takie leniwe soboty” – pomyślał, a następnie spojrzał w duży kalendarz wiszący na ścianie. „Piątek… Kurwa, piątek!!!” Rzucił dzikie spojrzenie na zegarek – prawie wpół do dziesiątej. Za dziesięć sekund był już ubrany, a po piętnastu sekundach wybiegał z domu – wprawdzie o dwie i pół godziny za późno, ale za to w dobrym tempie. Za pół godziny wbiegł do banku, w którym pracował i już w drzwiach natknął się na swojego szefa. „Bogu dzięki, nie jestem za wcześnie!” powiedział, lecz szef chyba nie miał dobrego humoru - „Masz pięć sekund na wymyślenie jakiegoś dobrego usprawiedliwienia, bo jeśli znów chcesz mi wmówić, że stałeś trzy godziny w korku, to będziesz mógł zacząć szukać sobie innej pracy”. „O to się nie martw” – pomyślał Wiktor, lecz zaraz zaczął opowiadać historię o swojej babci, która spadła dziś rano z drabiny, próbując zdjąć kotka z drzewa, przy czym złamała nogę, a on, dobry wnuczek musiał odwieźć ją do szpitala. Szef powiedział, że i tak mu nie wierzy, ale niech idzie czym prędzej do swojego stanowiska pracy, bo nie chce go widzieć. Tak naprawdę ta praca nie była mu właściwie potrzebna, służyła tylko do zachowania pozorów. Druga praca, której oddawał się z pasją i do której przykładał się o wiele bardziej niż do pracy w banku, była czymś, co lubił robić i nie wiedzieć czemu miał z niej satysfakcję. W środowisku gangsterskim mówiono o nim Wiktor Znalazca. Zawsze znalazł tego, kogo miał znaleźć. Jego prawdziwego nazwiska nie znał nikt.
*
Tego dnia wrócił do domu nieco później. Około osiemnastej sprawdził swoją pocztę internetową. Jedna nowa wiadomość. Po przeczytaniu maila ucieszył się, choć czekało go niełatwe zadanie. Miał zabić tajnego agenta, który przeszkadzał jednemu z najbogatszych…