Filozofia · 55 min czytania
PIĄTEK,9:00
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie każdy przechodząc Stąd Tam może dostąpić zaszczytu i zrobić to podczas snu. Głębokiego, czy płytkiego – nieważne. Chodzi o taki stan, który daje wiarę, nadzieję, otuchę. Koi ból i cierpienie. Zsyła natchnienie i zagrzewa do dalszej walki. Niepoddawania się. Twórczego tworzenia i zdobywania niezdobytego. Który oczyszcza świadomość rychłego końca i przenosi jego horyzont hen, hen daleko aż po granice rozumnego świata. Lecz wielu niestety musi wycierpieć swoje, pokonując ten niewielki odcinek w konwulsjach, bólu, męczarni czy cierpieniu. Tylko nielicznym udaje się zrobić to niepostrzeżenie, przede wszystkim dla świadomości ale i dla ciała. Bez czucia czegokolwiek. Bez zmagania się z wszelkimi okropnościami coraz większej słabości swego organizmu. Ona miała szczęście, bo znalazła się w gronie tych drugich. Było to w piątek i wcale nie trzynastego, a dokładnie 29 czerwca. O godzinie 9.00. Przyszła na świat piętnaście lat temu wraz z pięciorgiem rodzeństwa w jednym miocie starej suki, która nie wytrzymała tak mnogiej ciąży i zaraz po rozwiązaniu odeszła z Tego Świata. Ojciec, jak to w zwyczaju psów bywa, nie był znany. Po prostu zrobił swoje i sobie odszedł… robić swoje gdzie indziej. Stąd też nie było go w czasie narodzin całej tej ślepej szóstki. Spośród nich wszystkich tylko Ona była płci żeńskiej. I tylko jej natura przydzielił czarny kolor sierści. Jej rodzeństwo miało ją brązową. Ponieważ wszyscy przyszli na świat pod schodami, którymi uczęszczało wielu ludzi, bardzo szybko zainteresowano się młodymi i zostali oni zabrani w różne strony. Każde przez kogoś innego. Ona również znalazła swojego opiekuna. Kim była? Małym pieskiem o profilu przypominającym lisa. Wyglądała tak, jakby pochodziła od skrzyżowania tych dwóch gatunków zwierząt. I nie w bezpośredniej linii, a raczej dobrych kilka pokoleń wstecz. Krótka sierść - ciemna na grzbiecie, po bokach przechodząca w lekko podpalaną, a na brzuchu przybierająca jasny kolor – od jej narodzin świeciła się wzdłuż kręgosłupa, jakby była pokryta olejkiem. Cały swój pobyt po Tej Stronie przebiegała na krótkich i krzywych nogach. Weterynarze wielokrotnie, podczas badań kontrolnych przed corocznym szczepieniem, zauważali, że miała krzywicę przednich łap, ale w ogóle jej to nie przeszkadzało w codziennym życiu. Czarne źrenice i wystające uszy były jej znakiem firmowym. No i ten długi, zwężający się ogon, jak u każdego psa żyjący zawsze swoim własnym życiem, dodawał jej swoistego uroku. No i nobilitował. Po prostu była piękna. Nic dodać, nic ująć. Sen, choć głęboki i twardy nie trwał długo, bo już po chwili jakaś wewnętrzna siła nakazała jej otworzyć oczy. Uczyniła to niechętnie, no bo któż śmiał rozbudzić ją w samym środku nocy? Bardzo szybko jednak dotarło do jej świadomości, że oto znalazła się w miejscu, w którym nigdy nie była. Przynajmniej pierwsze wrażenie było takie. I to ono wyzwoliło w niej nagły impuls, pod wpływem którego natychmiast stanęła na równe nogi. Zaczęła szybko rozglądać się na wszystkie strony szukając w otaczającym ją lesie jakichkolwiek symptomów i oznak charakterystycznych dla miejsc, w których przyszło jej kiedykolwiek przebywać. Postawiła również uszy, by móc wyłapać najdrobniejszy chociaż szept, który zdradziłby jej położenie osób, do których należała. Niestety wszystko to okazało się daremne i bezskuteczne. Nie rozpoznawała miejsca, w którym się znalazła a wokoło panowała martwa cisza. Nawet wiatr nie chciał wiać. Jak na złość. Jakby się wszystko sprzysięgło przeciwko. „Gdzie ja jestem? – pomyślała powoli łapiąc oddech – skąd ten las? Skąd te liście? A te nagie drzewa? Przecież jest pełnia wiosny, a tu nagle jesień? Na dodatek ta ścieżka. Nie znam jej! – powoli panika spowodowana niezręczną sytuacją przyprawiała ją o coraz silniejsze bicie serca. – Spokojnie – uspokajała się – bez paniki! To na pewno ten las, do którego wielokrotnie zabierali mnie moi Państwo, tylko panika nie daje mi trzeźwo ocenić sytuacji. To, że aura jesienna, to pewnie dlatego, że ten czas tak szybko płynie. Takie rzeczy się zdarzają. Na pewno znowu pobiegłam za daleko, albo moi Państwo schowali się gdzieś przede mną, jak wielokrotnie to czynili. Gdzieś muszą tu być! Na pewno są! – dodawała sobie otuchy – Tylko, w którą stronę? Do przodu, czy do tyłu? A może w bok? – chwilę zastanawiała się – Skoro się schowali, to na pewno zrobili to gdzieś z tyłu, a nie z przodu – analizowała – A zatem trzeba się wrócić! Muszę ich znaleźć!” - zdecydowała. Pobiegła więc wzdłuż wąskiej ścieżki, pośród gęstego i przybranego w jesienne szaty lasu obwąchując po drodze każdy zakamarek, próbując w ten sposób znaleźć drogę do swoich bliskich i do domu. Po kilku minutach, podczas których niestety nie napotkała na tak tęskny zapach swoich Państwa, lub choć jednego z nich, natrafiła na jeża. Siedział przyczajony i niepewny widząc tuż przed sobą jej czarny pysk. - Nie bój się. – uspokajała go – Nic ci nie zrobię! Kim jesteś? - Jestem jeżem. – odparł cichym, prawie niesłyszalnym głosem – A ty? - Ja jestem Diana – poczuła się dumna, że miała imię. Zawdzięczała to swoim Państwu – Po raz pierwszy widzę coś takiego jak ty. Skąd pochodzisz? - Chyba stamtąd – wskazał łapką bliżej nieokreślony kierunek, z którego tu przybył – Tam wyrzucono mnie na drogę. – rzekł bardzo spokojnym tonem - Tułam się po lesie od dawna. – emocje z wolna opadały - Nie pamiętam jak długo, ale to szmat czasu. – w głosie wyczuć można było już znacznie mniejszą rezerwę do rozmówczyni. - Jak to tam wyrzucono?! – zapytała przysiadłszy na ogonie. - Ludzie wyrzucili – teraz Jeż poczuł się zupełnie pewnie – Hen, daleko. Tam. Na drogę. Pobawili się i wyrzucili. Okropni Ludzie. Bo Ludzie są okropni! - Nieprawda! – zaprotestowała – Ludzie są fajni. Cudowni! Fantastyczni… Jeż najeżył się i spojrzał jej groźnie w oczy. - Co ty wiesz o ludziach? - zapytał – I nie wypowiadaj przy mnie ich imienia, bo jak cię kolcami pogłaskam, to się nie pozbierasz. A w ogóle to spieprzaj dziadu! „Jeśli już to „dziadówo” – pomyślała – ale czego wymagać od buraka! Spadaj!” – odwzajemniła uczucie i odskoczyła na widok naprężonych kolców i skłębionego ich właściciela. Spojrzała błagalnie na rozmówcę chcąc opowiedzieć mu o swoich jakże innych doświadczeniach z Ludźmi, lecz zrezygnowała z tego pomysłu widząc w Jeżu wrogość. „Cóż – pomyślała – jest nieprzemakalny, więc nie ma co kopii kruszyć. Nie ma o co i po co.” – definitywnie zakończyła temat. Pobiegła tedy dalej, ale po kilku krokach przystanęła i spojrzała za siebie łudząc się, że może jednak Jeż będzie chciał wysłuchać opowieści o jej życiu. Tak bardzo chciała się z tego komuś zwierzyć. Niestety spotkało ją rozczarowanie, albowiem zwierzęcia już na drodze nie było. „Niepoprawna optymistka” – w duchu zganiła samą siebie i ruszyła w dalszą drogę obwąchując każdy zakamarek i mając nadzieję, że w końcu doleci do jej nozdrzy poszukiwany i tak oczekiwany zapach Pana, Pani albo któregokolwiek z ich dwójki dzieci. Kilkadziesiąt metrów od tego miejsca zobaczyła na niewielkiej łące pomiędzy drzewami kilka przyczajonych kotów wpatrujących się w jakiś odległy od nich punkt. Przystanęła więc, bo zaintrygowało ją to, co robiły te zwierzęta. Siedziały w całkowitym bezruchu, w jednej linii, przyczajone i skupione. W każdej chwili gotowe do skoku. Nagle, wszystkie naraz podniosły się i w ułamku sekundy każdy z nich w tym samym czasie rzucił się w kierunku wypatrywanego punktu, którym okazało się stadko szarych myszek. Te nawet nie zdążyły zareagować, bo natychmiast stały się łupem zgłodniałych kotów. „Ale kotłownia – pomyślała – lecz lepiej stąd uciekać, gdzie pieprz rośnie, tylko, gdzie ten pieprz rośnie – główkowała, ale zobaczywszy wpatrującego się w nią i wolno żującego mysz kota, natychmiast odeszła ją ochota do dalszego filozofowania - bo koty gotowe jeszcze zrobić sobie ze mnie przysmak.” – tymczasem przeszło jej przez myśl. Miała w tej materii przykre doświadczenia. Czmychnęła więc szybko, jak tylko się dało, pozostawiając w tyle dziwne to miejsce. Biegła co sił w nogach wytężając receptory węchu. Łudziła się wciąż nadzieją, że jednak za chwilę do jej nosa doleci kojący i oczekiwany zapach któregoś z dorosłych osobników. Zawsze mieli bardziej charakterystyczny i intensywniejszy zapach od swoich dzieci, dlatego też rozpoznawała go na kilometry. Teraz jednakże wciąż nie było w pobliżu tej woni. Zaczęła wątpić w cel swojej misji. Niemniej jednak wciąż biegła i biegła do przodu pchana tajemną siłą ku nieznanemu. Nagle przystanęła, bo droga rozchodziła się w dwóch kierunkach. Na środku stały dwie smukłe brzozy, spięte czterema poprzecznymi gałęziami rozstawionymi w jednakowej. Droga delikatnymi łukami omijała je i kilkanaście metrów dalej znów się łączyła w całość. Na najwyższej gałęzi siedziała wielka, biała sowa i spokojnym spojrzeniem lustrowała okolicę. Diana wstrzymała na chwilę oddech i podnosząc łeb do góry zagadała. - Cześć, jestem Diana. Pies. I szukam moich Państwo. Może widziałaś ich tu? - Co mówisz? – zapytała Sowa – Nic nie słyszę. Jestem stara i głucha. Za to bardzo mądra. – zauważyła - A w ogóle, jak chcesz pogadać, to chodź tu do mnie. – zafurczała. Przez następnych kilka minut próbowała jak mogła wdrapać się po szczebelkach, ale niestety wciąż jej się nie udawało. Pomimo tego, że łapy jej się ześlizgiwały i spadała z nich, a także wielokrotnie wpadały pomiędzy poprzeczki, była wystarczająco zdeterminowana upatrując w Sowie nadzieję. Szansę. Ostatnią deskę ratunku. W końcu jednak zmęczona i bardzo obolała dała za wygraną. - Nie dojdzie do spotkania na najwyższym szczeblu! – krzyknęła, aby Sowa usłyszała to, co mówi – Więc może ty zejdziesz do mnie? Pogadamy. - Nie chce mi się schodzić – rzekła pod nosem, ale Diana dokładnie zrozumiała każde słowo. - Zawsze możesz zlecieć – odburknęła (no, może nie odburknęła, bo nie była burkiem, a zupełnie zwyczajnym psem), zatem, co zrobiła? Odpsurknęła? Bez sensu. No dobrze, fuknęła. I tej wersji się trzymajmy – na łeb, na szyję – dodała w myślach z sarkazmem. Nim się spostrzegła sowa rozpostarła skrzydła i natychmiast przemieściła się w jej kierunku. Po chwili stała jedną łapą na jej szyi a drugą na łbie. - Proszę bardzo, chciałaś, to masz – zakpiła. - Bardzo śmieszne – na szczęście potrafiła być krytyczna wobec siebie na wzór i podobieństwo swoich Państwa – Możesz pójść mi na rękę i zejść ze mnie? Bo mi nie wygodnie. A poza tym te twoje pazury. Nic ich nie przycinasz. Mogła, więc tu uczyniła i po chwili stała na wprost Diany. Chwilę patrzyły sobie głęboko w oczy. Groźnie to wyglądało, dlatego też chyba dla rozładowania atmosfery nagła myśl przyszła jej do głowy: „Twoje oczy są jak szyb naftowy – głębokie i zaropiałe” i rozbawiła prawie do łez. - Jestem Puchacz – odparła Sowa – Możemy chwilę pogadać, ale musisz mówić trochę głośniej, bym cię mogła usłyszeć. - Niech ci będzie – dała za wygraną – szukam moich Państwo. Może ich widziałaś? - Jakich Państwo? - Ludzi. Najbardziej bliskie mi istoty. Kobieta i mężczyzna. Ona niska. On wysoki. Łysawy. Dwójka dzieci do tego. Jedno starsze, drugie młodsze. Chłopiec i dziewczynka… - Ludzie tu są niemile widziani – zauważyła patrząc gdzieś w przestrzeń błędnym wzrokiem. – Nie widziałam. Na szczęście. A jeżeli nawet by się tu pojawili, to niewiele by z nich zostało. – mówiła jak nakręcona. - Ale ci są bardzo sympatyczni! – zaprotestowała. - Nie ma sympatycznych ludzi. – ucięła wszelkie spekulacje. – I nie chce mi się z tobą gadać. A w ogóle to spadaj! To rzekłszy z trzaskiem łamanych po drodze gałęzi wzbiła się w powietrze i odleciała w bliżej nieokreślonym kierunku. „Ale świnia” – pomyślała lecz po chwili powiedziała to samo pod nosem. - To była sowa, nie świnia – usłyszała dobiegający z prawej strony delikatny, piskliwy i przytłumiony dźwięk wydobywający się spod liści. - Czy tu ktoś jeszcze jest? – zapytała rozglądając się wokoło, lecz nikogo nie widząc. - Ja. – usłyszała w odzewie. – Jestem tutaj. – tym razem głos był bardziej słyszalny. Spojrzała w kierunku, z którego dobiegał do niej ten dźwięk, ale znowu nikogo nie było w pobliżu. Zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie ma omamów wynikających ze zmęczenia i problemów, z jakimi stara się od pewnego czasu poradzić. Nawet przeszło jej przez myśl, że ktoś teraz bawi się z nią w kotka i myszkę, stąd taka a nie inna sytuacja. Po dłuższym jednak wpatrywaniu się w stojącą pół metra od niej stertę liści zauważyła na jej szczycie stojącą na tylnych nóżkach mrówkę. Podeszła bliżej i powąchała ją. Obwąchiwana nawet się nie przestraszyła. „Jesteś dzielna” – pomyślała – Czy to ty do mnie mówiłaś? – zapytała wprost. - Tak. – odparła – I powiedziałam, że to była sowa, a nie świnia – dodała zupełnie spokojnie, że nie wyczuwało się strachu w jej głosie. - Wiem, rozróżniam zwierzęta. Miałam na myśli zupełnie co innego. - To znaczy? – zapytała z zainteresowaniem. - Chodziło mi o jej zachowanie. Nazywa się tak tych, dla których ogólnie przyjęty system wartości jest odmienny i odrzucany przez nich. Kogoś, kto jest wbrew temu, co jest ogólnie uznane za moralne. - Ale przecież świnie też mają swój system wartości – broniła jej – I to może ten nasz jest wbrew ich? Więc może lepiej nie obrażajmy świń. - A ty co, jesteś ich rzecznikiem? – zdziwiła się takim nagłym frontalnym atakiem na swoje poglądy. - Nie, tylko nie lubię obrażania zwierząt. Ciekawe, czy dobrze byś się czuła, gdyby ktoś przyrównał kogoś do ciebie i tak jak ty „świnią” nazwałby go „psem”? – „Akurat to nic nowego, bo przecież mówi się na ludzi suki, czy też psy” – pomyślała, ale nie zamierzała mówić o tym na głos, tylko wolała słuchać wywodów mrówki, choć nie do końca się z nimi zgadzała – Podobno szukasz jakichś Ludzi? – zmieniła tok rozmowy – Lubisz ludzi? - Tych, co szukam, bardzo. Czyżbyś ich widziała? – nagła iskierka nadziei zapaliła płomyczek szczęścia w serduszku, które znowu zaczęło niebezpiecznie szybciej bić. - Ja też lubię ludzi… – wyznała zawiesiwszy głos. Zapanowała cisza. „Jakby makiem zasiał – pomyślała Diana – W końcu ktoś myślący i czujący tak samo jak ja.” – była szczęśliwa - …denerwować, – dodała Mrówka po chwili. Poczuła się jakby balon pękł i wylała się do wnętrza cała zgromadzona w nim żółć. Nogi ugięły jej się pod ciężarem trosk, w które znowu została wprowadzona tym jednym określeniem – gdy z całym stadem kolegów i koleżanek maszerujemy po ich ciele. – zakończyła myśl - Ale się wtedy denerwują. I drapią, i robią takie fajne ruchy… - zamyśliła się. Duma ją rozpierała. - Dlaczego tu nikt nie lubi Ludzi? – zapytała wprost oczekując natychmiastowej odpowiedzi. - Bo są niemile widziani. – to miało wystarczyć za całą odpowiedź. - Ale dlaczego?! – drążyła temat. - Ponieważ… Na szczęście już od dawna ich tutaj nie było. Niestety, muszę kończyć – szybko zmieniła tok wypowiedzi. – Miło się gadało, ale cześć. To rzekłszy pobiegła co sił w nóżkach i po chwili schowała się wśród miliona innych mrówek w mrowisku pod pobliskim drzewem. Diana stała chwilę i patrzyła na ów domek, w którym zniknęła jej rozmówczyni. „To jak szukanie igły w stogu siana” – pomyślała i natychmiast ruszyła w dalszą drogę. Kilkanaście kroków dalej był skryty wśród drzew i krzewów zakręt, którego nie zauważyła, więc rozpędzona wyleciała z drogi na pobocze. Miała na szczęście miękkie lądowanie, bo zatrzymała się w stercie liści. Trochę ją zabolało. Zapiszczała więc. Chwilę łapała oddech i nasłuchiwała, lecz w panującej wokół ciszy nic się nie działo. Nawet wiatr nie chciał wiać. Błoga cisza nie trwała długo, bo nagle przerwał ją potężny stukot dzięcioła o drewno. Hałas był niesamowity a panująca wokoło cisza potęgowała go wielokrotnie. „Ten głupol znowu nadaje – pomyślała – ma chłop zdrowie tak walić łbem o drzewo. No ale cóż, są różne kółka zainteresowań.” - Czy musisz się tak głośno zachowywać?! – krzyknęła do niego – Głowa mi puchnie i nie mogę zebrać myśli. – postanowiła zagrać na uczuciach. Dzięcioł nie usłyszał, tylko dalej robił swoje. „Ty dzięciole – pomyślała, ale szybko zreflektowała się, że to nie było zbyt trafne porównanie, więc raz jeszcze krzyknęła do niego. - Czy możesz przestać!? Przyniosło to efekt, bo pracujący na wysokości zwierzak przestał stukać tak nagle, jak nagle tę czynność rozpoczął. - Czego chcesz? – zapytał podenerwowanym głosem, jak uczeń złapany na ściąganiu – Ja tu pracuję. To moje drzewo i moje korniki. I mam prawo robić, co chcę. To wolny kraj. A ty chyba jesteś tu nowa. Więc czego chcesz? - Chciałabym zebrać myśli, ale ty mi to utrudniasz. - Kraj jest duży. Nie musisz koniecznie tu. Gdzie indziej jest zdecydowanie ciszej i spokojniej, więc tam idź. Wcale nie musisz być właśnie tu. A poza tym jesteś tu niemile widziana. „Bezczelny – to była pierwsza myśl, jaka przeszła jej przez głowę. Bardzo ją to zabolało. Jak śmiał w ten sposób ją potraktować. Przecież nawet jej nie znał, więc dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Dlaczego nie chciał z nią rozmawiać? Poczuła się bardzo źle. Była zdruzgotana. – Ale z drugiej strony – próbowała spokojnie analizować zaistniałą sytuację, choć hałas, jaki towarzyszył robiącemu nadal swoje Dzięciołowi nie dawał jej spokojnie zebrać myśli – chyba ma rację. Przecież nie muszę tu być. I na pewno długo tu nie pobędę. Nie lubię być tam, gdzie mnie nie chcą. – i teraz jeszcze bardziej zatęskniła za swoim Państwem, za ich spokojnym i łagodnym głosem, za ich głaskaniem, za rozmowami z nią – Niepokoi mnie tylko – nagle skierowała swe myśli w zupełnie innym kierunku wykorzystując chwilę przerwy w stukaniu Dzięcioła o drzewo – dlaczego wciąż nie wyczuwam Ich zapachu? Może powinnam wrócić?” – urwała nagle zagnieżdżającą się myśl, bo hałas pracy Dzięcioła znowu przerwał ciszę. - Żeby ci od tego walenia głowa nie odpadła! – rzuciła szybko w kierunku źródła hałasu i pobiegła co sił w nogach przed siebie. Oczywiście obwąchując każdy najmniejszy nawet kawałek podłoża. Kilka kroków dalej przysiadła i oddała mocz u podnóża wysokiego i rozłożystego drzewa. Tu znalazła również parę dużych, sportowych butów. Sądząc po rozmiarze, należały do wysokiego szczupłego mężczyzny. Rysopis doskonale pasował do jej Pana, dlatego też poczuła nagły przypływ krwi w żyłach i przyspieszone bicie serca. Zaczęła więc obwąchiwać je powoli i majestatycznie, aby nie uszczknąć najmniejszego choćby zapachu, bo miała nadzieję, że jednak należą do Pana, ale niestety nie był to ten charakterystyczny zapach. Wykonała tę czynność czterokrotnie, by mieć stuprocentową pewność. Nie rozpoznała również woni nikogo z Jego rodziny. „Pewnie to był jakiś szewc” – pomyślała, chwilę je potarmosiła, po czym rzuciła kilka metrów od ścieżki. Po kilku sekundach pobiegła. Kilku kroków dalej zatrzymał ją dziwny, gardłowy głos, jakiego nigdy w swoim życiu nie słyszała. - Nie pędź tak, bo się przewrócisz i sobie guza nabijesz. – dotarło do jej uszu, więc natychmiast wyhamowała. Zaczęła się rozglądać, ale nikogo nie zobaczyła. Wokół panowała cisza, przerywana jednak co chwilę dalekim już odgłosem pracy dzięcioła poszukującego korników. Zaczęła mieć wątpliwości, co do tego, czy rzeczywiście usłyszała, to co usłyszała, gdy nagle ów gardłowy głos przeciął ciszę. - Co się tak rozglądasz? Tu jestem. Zwróciła głowę w stronę źródła dźwięku i dopiero teraz zauważyła stojącego w pobliżu czarnego ptaka przypatrującego się jej swoimi czarnymi i wielkimi oczami. Widziała już kiedyś coś podobnego do niego, ale za nic w świecie nie potrafiła sobie przypomnieć, kim jest i co robi. - Kim jesteś? – zapytała więc nieśmiało. - W sumie… - czarny zwierz cedził słowa - …nikim. – odparł natychmiast, jakby nauczył się tej odpowiedzi na pamięć. – A tak w ogóle to jestem Krukiem. - O rany! – zawyła – słyszałam o was takie okropne rzeczy! - Na przykład? – zainteresował się. - Że rozszarpujecie zwierzęta, że niszczycie plony, że… - Nie mów dalej. To wszystko nie prawda. To niedorzeczność. Ja wiem, że Ludzie tak o nas mówią, ale oni tacy już są. To, co słyszałaś o mnie, to zwykły stereotyp wytwarzany o nas w naszym otoczeniu. Wierzysz mi? – zapytał patrząc jej głęboko w oczy. - Sama nie wiem. Z jednej strony chciałabym, ale z drugiej boję się. – ta wypowiedź najlepiej odzwierciedlała to, co myślała. Chciała bowiem zaprotestować przeciwko takiemu ocenianiu Ludzi, ale pomna wydarzeń z Jeżem, jakie miały miejsce nie tak dawno wolała chyba nie wchodzić na drażliwy temat. - Mnie możesz się nie bać. Ja… - rozpłakał się – szukam przyjaciela – szlochał. - Już dobrze – próbowała go pocieszać. Gdyby nie obawa przed jego przestraszeniem, podeszła by do niego bliżej i przytuliła, by mógł się do końca wypłakać na jej ramieniu. – Ja też szukam… - Szukasz przyjaciela?! – w oczach rozbłysła iskierka nadziei, której nie dało się nie zauważyć, a płacz nagle ustał, jakby ręką odjął. - No niezupełnie. Szukam moich Państwa, którzy gdzieś tu są, ale nie wiem, gdzie. Musiałam odbiec za daleko. Często tak się działo podczas naszych wspólnych spacerów, ale potem zawsze odnajdywaliśmy się. Teraz tez tak będzie, muszę ich tylko znaleźć. - Szkoda… - znowu pociekły mu łzy – bo myślałem, że… - Nie martw się – ucięła mu w połowie zdania – moi Państwo są tak fajni, tak cudowni, że jak cię do nich przyprowadzę, to na pewno i ciebie do siebie przygarną. Tak było wielokrotnie. Mieli oprócz mnie królika, bastarda, papugi…- zamyśliła się i nagle stanęły jej przed oczami te wszystkie postacie. Zapłakała delikatnie, ale natychmiast otarła łzy, by nie okazać po sobie zbytniej miękkości. - Naprawdę? – ucieszył się – I myślisz, że ja bym mógł?! - Ależ oczywiście! – rozpromieniła się i ten entuzjazm udzielił się jej rozmówcy. - To byłoby super! – rozmarzył się. Już oczami wyobraźni widział, jak go czyjeś dłonie pielęgnują, jak usztywniają mu złamane skrzydełko, jak leży w pudełku wyściełanym watą i podają mu wodę. Nagle zapragnął ze wszech miar to mieć. - Będzie, zobaczysz – ciągnęła dalej wątek – tylko musisz mi pomóc znaleźć moich Państwo. – zaczynał kiełkować w jej głowie pewien pomysł, do realizacji którego potrzebowała właśnie jego. - Pomogę. A co konkretnie chciałabyś, abym zrobił? - Jesteś ptakiem. – stwierdziła – Możesz zatem latać i patrzeć na to wszystko z góry – szybko analizowała fakty – więc myślę, może byś wzbił się w górę i popatrzył na okolicę. Z lotu ptaka lepiej wszystko widać, więc może wypatrzysz moich Państwo. Muszą tu gdzieś być. Poza tym – myśli zaczęły podsuwać nowe pomysły – macie chyba sokoli wzrok, więc tobie będzie łatwiej. Ja mam tylko dobry węch, ale coś mnie ostatnio zawodzi. To pewnie stetryczałość. Cóż, starość nie radość. Wszak piętnaście lat to sędziwy wiek… - urwała nagle monolog, bo zauważyła, że Kruk zamiast słuchać znowu szlocha. – Czemu płaczesz? Czyżbym ci coś złego powiedziała? - Nie w tym rzecz – odparł przez łzy – płaczę, bo jest mi głupio. Ty pokładasz we mnie takie nadzieje, a ja niestety nie mogę spełnić twoich oczekiwań. Zawiodłem cię na całej linii, stąd mój płacz. Szkoda, bo myślałem, że jednak możemy być kumplami. Nawet cię już polubiłem. Zapaliłem się do myśli, że będziemy przyjaciółmi i znajdę w końcu kogoś, kto mnie przytuli, opatrzy, nakarmi. Ale muszę ci powiedzieć prawdę, która niestety zaboli. - Uspokój się – łagodnym tonem próbowała załagodzić napiętą sytuację – Otrzyj łzy i nie rozpaczaj, tylko powiedz, o co ci chodzi. - Otóż nie jestem w stanie spełnić twojej prośby. I nie dlatego, że nie chcę. Nic z tych rzeczy. A dlatego, że jestem… - zawiesił głos i zapanowała martwa cisza. Nawet odgłosu dzięcioła nie było już słychać, jakby dał sobie spokój i przeniósł się w najodleglejszy zakątek lasu - …ułomny – dodał po chwili prawie niesłyszalnym szeptem. - Jaki? – zapytała nie dosłyszawszy ostatniego słowa. - Ułomny. – tym razem powiedział to wolniej i troszkę głośniej. - Każdy jest na swój sposób ułomny. – odparła bez zastanowienia – Nie ma ideałów. Więc w czym problem? - Otóż nigdzie nie polecę. - Masz lęk wysokości? - To nie tak, jak myślisz. To coś bardziej skomplikowanego i poważnego. Otóż kilka dni temu, podczas wycinki lasu, drzewo, na którym mieszkałem, zostało ścięte i ja wypadłem z gniazda. To był przypadek. Siedziałem na krawędzi domu podziwiając widoki, kiedy to nagle straciłem grunt pod nogami i spadłem na twarde podłoże. I złamałem sobie lewe skrzydełko. Cóż, biednemu zawsze wiatr w oczy. - Biednemu!? - Tak, bo nigdy mnie nikt nie akceptował. Zawsze byłem ignorowany wśród rówieśników. Dlatego, że byłem inny od nich. Inaczej myślałem. Inaczej pojmowałem rzeczywistość. - Inność to nie wada. To bardzo często zaleta. W twoim przypadku… - Mój przypadek – uciął stanowczo – jest taki jaki jest. Beznadziejny. A prawda okrutna. Niestety, na nic ci się zatem zdam. - Wcale nie! – zaprotestowała. Wolno wypowiadała każde słowo, by być właściwie zrozumianą, by nie przyczynić się do niewłaściwej interpretacji – Skoro nie możesz latać, wejdź proszę na mój grzbiet i chodź ze mną. Razem będzie nam raźniej i łatwiej szukać moich Państwo. Wszak, co dwie głowy, to nie jedna. Twój wzrok i mój węch, mam nadzieję, bardziej pomogą nam ich odnaleźć. Co ty na to? - Naprawdę tego chcesz? - Tak. Masz coś w sobie takiego, czemu nie potrafię się oprzeć. I sama nie wiem, co to. - A jacy są ci Państwo? – nagle zmienił temat rozmowy. - Cudowni. Fantastyczni. Wspaniali. – wyrzuciła z siebie jednym tchem. - To dziwne, co mówisz – zauważył – bo nie spotkałem jeszcze nikogo, kto tak dobrze wypowiadałby się o Ludziach. Inni raczej narzekają, a ty… - Ja nie jestem taka jak inni! – zaprotestowała – A w ogóle to zapomniałam się przedstawić. Jestem Diana. - Masz imię?! – zaskoczony chwilę stał w bezruchu wybałuszając na nią oczy – Ale jesteś szczęściarą! – znowu jej zazdrościł, który to już raz dzisiaj – Ja nie mam imienia – posmutniał – Bo nie mam nikogo. – ta prawda bardzo bolała, ale musiał się do niej przyznać. - To przeszłość! – podniosła go na duchu – Już masz. Masz mnie. Ja nadam ci imię – przez krótką chwilę zastanawiała się, ale nic, kompletnie nic nie przychodziło jej do głowy. Wreszcie po długiej chwili milczenia zrodziła się pewna idea – A co byś powiedział na imię Maciekość? - Ładne imię. – zauważył – Zresztą każde imię jest ładne, tym bardziej dla kogoś, kto go nie ma. A to szczególnie, bo moje! - zakończył z dumą w głosie. I poczuł się nagle niesamowicie szczęśliwy. Wręcz nobilitowany. - Widzisz, też możesz być szczęściarzem! Jak niewiele trzeba do szczęścia. - Masz rację. Zawsze trzeba kogoś mieć. I mieć imię, to podstawa. Bo najgorzej, to być samotnym. - Święte słowa. Maciekość – powtórzyła dwukrotnie jego nowe imię, by je sobie utrwalić. - Maciekość… Maciekość… Maciekość… - bawił się tym słowem wypowiadając je na głos – A co ono właściwie oznacza? Każde słowo coś oznacza, prawda? - Ja wiem? – zwątpiła, bo cóż znaczyłoby jej imię? – Czy oznacza, czy nie, ale to na pewno się kojarzy – szybko przeszła do kontrataku, by nie dać mu podstaw do twierdzenia, że się waha – Mnie się ono kojarzy z najcudowniejszymi chwilami mego życia u moich Państwa, którzy zawsze mówili „Macie kość dla Diany?” i zawsze potem dostawałam pełną miskę jedzenia… - Byłaś kiedyś głodna? – przerwał jej nagłym pytaniem. Znowu pojawił się smutek na jego obliczu. - Nigdy. - A było ci kiedykolwiek zimno?