Fantasy · 17 min czytania
Piąty Klucz I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
dla Ani
W dawnych czasach, zanim jeszcze Zakon stworzył Imperium i położył fundamenty pod Złote Miasto, bogowie zamknęli Wrota Piekieł na pięć zamków, a pięć Kluczy oddali pięciu powiernikom w różnych częściach Ziemi. Klucze przez wieki przechodziły z pokolenia na pokolenie powierników w całkowitej tajemnicy, bezpieczne przed Panem Ciemności. Gdy minął drugi tysiąc lat od zamknięcia Wrót i powiernicy osłabili czujność, Pan Ciemności spoczął w łożu z Królową Zimy, swoją pierworodną córką. Sto lat później Królowa zrodziła Zmorę, wiedźmę o mocy zajmowania ciał słabych ludzi. Na rozkaz Pana Ciemności Zmora zebrała armię demonów i ruszyła na poszukiwanie pięciu Kluczy. Nim minęło dziesięć lat, cztery Klucze znalazły się w ręku Zmory, a dusze czterech powierników znalazły się w zaświatach. Ostatnia powierniczka, ostrzeżona przez boskiego herolda, schroniła się w Katedrze, świętym miejscu, do którego Zmora miała wstęp jedynie, jeżeli ktoś z pielgrzymów zezwolił jej skorzystać ze swojego ciała...
Madeleine zagryzła z bólu wargę, gdy krew cienką strużką spłynęła z naciętego stalowym nożem ramienia. Agatha szybko cofnęła nóż i wymruczała zaklęcie uśmierzające. - Nie bój się, Madeleine. Robiłam takie rzeczy już dziesiątki razy... Madeleine się nie bała. Dopiero co skończyła trzynaście lat, ale wiedziała, że powinna bać się tylko jednego – Zmory, gotowej popełnić każde okrucieństwo, by zdobyć piąty Klucz. Klucz, który Agatha właśnie zaszywała w ramieniu dziewczynki. Kilka kropel krwi spadło na nogę Madeleine, brudząc nieskazitelnie białą spódniczkę. Nie przejęła się tym – zanim wszystko się skończy, spódniczka utraci swą biel, a krwi będzie jeszcze więcej. Pociągnęła nosem, czując przytłoczenie odpowiedzialnością, jaka na niej spoczęła. Ochrona Klucza nie była zadaniem dla małej dziewczynki, tylko dla potężnego wojownika. Ale cóż, potężnego wojownika nie było nigdzie w okolicy, a to ona jest powierniczką... Zerknęła na Agathę, zaszywającą rankę na ramieniu Madeleine. Tylko ona jej pomagała. Tylko dzięki niej dotarła do Katedry, mimo tropiących ją demonów. A przecież zielarka nie była dużo starsza od Madeleine – ile mogła mieć, piętnaście, szesnaście lat? To brzydota nadawała jej dojrzalszy wygląd... Biedna Agatha. Garb, zajęcza warga, dziwne, powykrzywiane rysy twarzy. W wielu mogła budzić obrzydzenie, ale Madeleine wiedziała, że uśmiech Agathy jest najśliczniejszy ze wszystkich – szczery i dobry, był uśmiechem prawdziwej przyjaźni, a nie fałszu skrytego pod piękną maską. - No, skończyłam – zielarka otarła pot z czoła. Wyszeptała ostatnie zaklęcie, usuwające nawet bliznę po zabiegu. Gdyby nie niewielka wypustka napinająca skórę na lewym ramieniu Madeleine, nic nie świadczyłoby o tym, że są tam zaszyte dwa cale metalu. Dziewczynka rozruszała zdrętwiałe ramię – nawet nie czuła maleńkiego Klucza, który stał się częścią jej ciała. - Dziękuję ci – zwróciła się do Agathy i spróbowała przywołać uśmiech na zatroskaną twarz. - Teraz nie ma odwrotu – westchnęła. - Albo pokonamy wiedźmę, albo już po mnie. - Nie martw się, w Katedrze jesteś bezpieczna – próbowała ją podnieść na duchu Agatha, ale Madeleine tylko się obruszyła. - To ty teraz potrzebujesz pocieszenia, nie ja. Tak mi przykro z powodu twojej matki... Gdybym mogła to przewidzieć... - matka zielarki zginęła w czasie, gdy obie dziewczynki uciekały przez lasy południowego Imperium do Katedry. Zginęła, bo demony podejrzewały, że może coś wiedzieć na temat Madeleine i chciały to z niej wyciągnąć. Teraz w Katedrze trwały przygotowania do pogrzebu. - W porządku – westchnęła Agatha. - Nigdy nie byłyśmy sobie szczególnie bliskie. Myślę, że ona trochę miała mi za złe, że wyglądam tak, jak wyglądam. A teraz opiekę nade mną przejmie ciotka... Ona jest dziwna, jakby nie miała uczuć. Czasem żałuję, że nie jestem jak ty... - Madeleine nie miała rodziców, nie mogła mieć. Powiernicy nie mogli mieć rodzin, bo to by był punkt, w który łatwo uderzyć Ciemności. Wychowała się w świątyni i oficjalnie uznawano ją za podopieczną bogów. - Nie ma czego żałować – skrzywiła się dziewczynka, wspominając przepłakane noce, kiedy matczyny uścisk był jedynym, czego pragnęła.
* * *
Katedra była piękna. Jeden z pięciu cudów Imperium, najpiękniejszy budynek w południowej, rolniczej części wielkiego państwa. Wysokie łuki i strzeliste wieże składały się na wzory potężnych zaklęć chroniących Katedrę oraz wiernych przed złymi mocami. Światło wpadające przez niewielkie, wysoko położone okna zmieniało swoją barwę – niezależnie od pory dnia katedra pogrążona była w zielonkawym półmroku. Zieleń była barwą Imperium, zieleń dawała poczucie przynależności i bezpieczeństwa. W zieleni, w zieleni i w śpiewie chóru zanurzyła się Madeleine, pozwalając choć na chwilę odpłynąć strachowi przez Zmorą. Topielec zieleni – w Katedrze była bezpieczna, w Katedrze nic jej nie grozi... Nagle – przebłysk niepokoju, intuicja się obudziła, strach wrócił. Madeleine szybko się rozejrzała, szukając przyczyna tego przeczucia. Natknęła się na dziwne, palące spojrzenie ciotki Agathy – zasuszonej, chudej kobiety w średnim wieku. Czego chciała od dziewczynki? Czy miała pretensje o śmierć swojej siostry? A przecież zachowywała się, jakby niezbyt ją to poruszyło...
Część 22 / 2
* * *
Po zakończeniu ceremonii dziewczynki uciekły przed ludźmi. Zdając się na ślepy los przemierzały labirynt korytarzy i schodów, aż wreszcie dotarły na Basztę Dzwonników – główną wieżę Katedry, miejsce, z którego mogły zobaczyć całą równinę roztaczającą się wokół, aż po mury Hereth-Arak – położonej dziesiątki mil na zachód siedziby gubernatora i administracyjnej stolicy krainy, której duchowym centrum była Katedra. Tam ukryte – w koronie Katedry, na szczycie świata, targane wiatrem i palone wiosennym słońcem – były wreszcie wolne i bezpieczne. Godziny mijały spokojnie dla dwóch uciekinierek, rozmawiających o sprawach ważnych i nieważnych, zgodnie mówiących i zgodnie zachowujących milczenie. Madeleine i Agatha, po strasznych dniach wypełnionych krwią, strachem i cierpieniem, znalazły swoje miejsce pod bezpośrednią opieką bogów patrzących na dziewczynki z nieba położonego niewiele wyżej niż korona Katedry.
* * *
Nie dany im był długi odpoczynek. Spokój przerwały kroki, ciszę przerwał nieprzyjemny, zgrzytliwy głos. Klapa prowadząca na szczyt wieży uniosła się i dziewczynki ujrzały najmniej pożądanego gościa – ciotkę Agathy, zmęczoną, zasapaną i z trudem gramolącą się na koronę Katedry. - Witajcie, dziewczynki – wychrypiała. - Nie powinnyście tu być, niektórzy się o was martwią... - Będziemy, gdzie nam się podoba – warknęła rozzłoszczona Madeleine. Czego ona tu chciała? - Nieładnie tak się zwracać do starszych – głos ciotki stał się nagle jadowicie aksamitny, oczy rozbłysły zielenią. Czerwone wargi rozchyliły się w demonicznym uśmiechu, ukazując długie kły, gdy przerażona Madeleine cofnęła się dwa kroki. - Nie radzę wycofywać się jeszcze dalej – zaszydziła. Dziewczynka stała na samym skraju przepaści. - Ostatnia powierniczka... Długo mi uciekałaś, i udałoby ci się tu ukryć, gdyby Katedra stała pusta. Ale ludzie... ludzie zawsze cię zdradzą, gdzie byś się nie ukryła – kły Zmory ukrytej w ciele ciotki zabłysły bielą i zielenią. Madeleine gorączkowo myślała, gdy Zmora rozkoszowała się pewnym zwycięstwem. Zerknęła na Agathę – nie, nie mogła liczyć na pomoc skamieniałej ze strachu zielarki. Wreszcie Zmora postąpiła o krok. - Oddaj mi piąty Klucz. - Sama go weź – odparła wściekłym głosem Madeleine. - Nie bądź śmieszna – zaszydziła Zmora. - Jesteś tylko małą, przerażoną dziewczynką. Możesz uciekać, ale nie stawisz czoła siłom Ciemności! - jej głos przeszedł w krzyk. Dłonie Zmory przekształciły się w stalowe szpony. Straciła nawet pozory zasuszonej kobieciny – była krwawym demonem, kierowanym żądzą władzy i posiadania. Madeleine modliła się, by to był tylko obraz Zmory, a nie prawdziwa dusza ciotki Agathy. Bo jeśli tak wyglądała dusza jakiegokolwiek człowieka – to jak mogła zaufać dowolnemu człowiekowi w ucieczce przed Ciemnością? Zmora w kilku krokach zbliżyła się do dziewczynki. Madeleine czuła jej oddech, pachnący piżmem i siarką. - Oddaj mi Klucz – syknął demon. - Nigdy! – krzyknęła rozpaczliwie dziewczynka i rzuciła się w bok. Pazury Zmory rozcięły powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą była Madeleine, próbowała się odwrócić – ale ciało chudej kobiety, nie przystosowane do ciężaru stalowych szponów, odmówiło posłuszeństwa i demon stracił równowagę. Nadludzkim wysiłkiem…