Fantasy · 36 min czytania
Piąty Klucz II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
dla Ani
I
Przyłbica opadła, ograniczając świat rycerza do kilkudziesięciu jardów areny turniejowej i odległej części trybuny. Jego rumak wierzgnął, gdy wśród publiczności zapanowała martwa cisza poprzedzająca pojedynek. Nataniel przywołał go brutalnie do porządku, ale sam ledwo mógł wytrzymać oczekiwanie. Rozkoszował się tym krótkim momentem tuż przed tym, gdy królowa turnieju (w tym wypadku piękna Amelia, córka księcia Zachodniej Marchii) da znak do rozpoczęcia walki. Czuł napięcie unoszące się w powietrzu. Emocje publiczności. Wzrok przodków z zaświatów, którzy oczekiwali od niego, że przyniesie chlubę swojemu herbowi i dziedzictwu. Czas rozciągał się w nieskończoność, a rycerz i koń tworzyli jeden organizm, mobilizowali wszystkie siły do rywalizacji. Hełm ograniczał pole widzenia Nataniela, ale to straciło znaczenie - teraz granice jego świata i tak wyznaczała arena, wąski i długi pas terenu, na końcu którego szykował się do walki jego przeciwnik, rycerz z trzema drzewami w herbie.
Księżniczka Amelia wdzięcznym gestem wyrzuciła w powietrze chustkę.
Kopyta wierzchowców oderwały się od ziemi. Dwie potężne masy mięśni i metalu po przeciwnych stronach areny ruszyły ku sobie, powoli nabierając pędu. Promienie słoneczne przemykały między kłębami kurzu, by odbić się od płyt pancerzy. Wiatr szarpał pawie pióra zatknięte na hełmach rycerzy, wyrywając drobne strzępki, które mieszały się z tumanami pyłu unoszącego się za pędzącymi końmi. Rycerze skierowali ku sobie kopie... Lanca przeciwnika grzmotnęła potężnie w pierś Nataniela. Rycerz wyleciał z siodła i z impetem upadł na ziemię. Przez chwilę pociemniało mu w oczach, ale nadludzkim wysiłkiem poderwał się na nogi, nim herold ogłosił zwycięstwo Trzech Drzew. Widownia zamarła. Rycerz, który domagał się walki po wyrzuceniu z siodła - to nie było wbrew zasadom, ale wbrew tradycji. Wszystkie spojrzenia skierowały się na drewnianą tabliczkę przy namiocie Nataniela, gdzie wyryta była dewiza rodu z Gryfiego Gniazda: "Nigdy nie złożymy broni". Najwyraźniej rycerz traktował ją poważnie. Trzy Drzewa zsiadł powoli z konia. Dla każdego wyraźnie widoczne było, że jest fizycznie słabszy od Nataniela - poruszanie się na piechotę w półpełnej, turniejowej zbroi płytowej sprawiało mu dużą trudność. Obaj rycerze dobyli broni tradycyjnej w Zachodniej Marchii - ciężkich, metalowych buław. Unosząc wysoko tarcze, krok za krokiem, zbliżali się do siebie. W walce buławami nie było miejsca na subtelną, wyrafinowaną szermierkę. Nataniel jako pierwszy wziął potężny zamach i potężnie uderzył w tarczę, którą w ostatniej chwili zasłonił się Trzy Drzewa. Na środku tarczy pojawiło się spore pęknięcie, ale nim Nataniel zdążył wyprowadzić kolejne uderzenie, jego przeciwnik wyprowadził chytry cios od dołu. Krótki zamach zmniejszył siłę ciosu, ale Nataniel i tak zatoczył się w miejscu, wypuszczając tarczę, gdy poczuł, jak pękają mu żebra. Jednak już w następnej chwili zaatakował oburącz trzymaną buławą, rozbijając w kawałki tarczę przeciwnika. Ręka Trzech Drzew opadła mu bezwładnie wzdłuż boku, a oszołomiony rycerz nie zdołał przejąć inicjatywy. Nataniel uderzył raz po raz, pozbawiając przeciwnika tchu i obalając na ziemię. Walka była wygrana. Turniej zakończył się zwycięstwem Nataniela. Ale tym razem widownia nie rozbrzmiała wiwatami, na arenę nie posypały się kwiaty. Publiczność - mieszczanie i drobna szlachta Zachodniej Marchii - nie należała wprawdzie do najbardziej kulturalnej ludności w Imperium, ale nawet oni mogli patrzeć tylko z niesmakiem na rycerza, który nie umie uznać porażki w turnieju po upadku z konia. Na trybunach zapadła głucha cisza. Przerwały ją dopiero po dłuższej chwili oklaski jednego człowieka. Książę Zachodniej Marchii powstał z tronu, honorując zwycięzcę brawami. Nataniel powolnym ruchem zdjął hełm z głowy i ostrożnymi krokami, by nie urazić połamanych żeber, zbliżył się do trybuny książęcej. Za jego plecami kilku giermków już zabierało z areny nieprzytomnego przeciwnika. Rycerz zgiął się w ukłonie skierowanym do księcia i księżniczki Amelii. Był potężnie zbudowanym mężczyzną o miłych dla oka rysach twarzy, jasnych włosach i oczach. Gdy do oklasków księcia dołączyły również brawa od biskupa, trybuny się nieco ożywiły. Część publiczności postanowiła mimo wszystko uhonorować zwycięzcę, ale... reszta, bardziej przywiązana do tradycyjnej formuły turnieju, opuszczała z oburzeniem trybuny, nie czekając nawet na przemowę księcia. Niektórzy z nich zawahali się jednak i powrócili na miejsca, gdy przemowa się zaczęła. - Zasady turnieju nigdy nie zostały ujęte w jednolity kodeks - zaczął książę. - Z tej prostej przyczyny, że nie zawsze walka konna zostaje rozstrzygnięta. Formalnie naruszenie tradycji to żadna zbrodnia. Z punktu widzenia prawa więc twoje zwycięstwo, rycerzu Natanielu z Gryfiego Gniazda, jest niewątpliwe. Złamałeś jednak przy tym wszystkie niepisane zasady, jakie można złamać. Jako gospodarz turnieju i za zgodą, jak sądzę, królowej turnieju - tu książę ukłonił się córce - ogłaszam, że uzyskujesz tytuł zwycięzcy, ale pozbawiam cię złotego wieńca triumfalnego, a nagroda pieniężna zostanie podzielona równo między ciebie a rycerza Rafaela herbu Trzy Drzewa, twojego ostatniego konkurenta. Nataniel poszarzał na twarzy. Nim jednak zdążył się opanować i odpowiedzieć, koło księcia stanął biskup Marchii i rozpoczął własną przemowę. - Z tego przypadku, jakim jest dzisiejsza walka turniejowa, wysnuć można pewną naukę, którą szczególnie wy, rycerzu Natanielu, powinniście wziąć do serca, ale tak samo odnosi się ona zapewne do wielu obywateli Marchii, których życie na obrzeżach Imperium uczyniło nazbyt może twardymi i nieustępliwymi. Nauka ta brzmi - upór nie zawsze jest zaletą! Nie jest hańbą dla rycerza przegrać w turnieju - hańbą jest nie umieć pogodzić się z porażką. Dla pustej ambicji - bo chciwości wam nie zarzucam, rycerzu Natanielu, znam wasze zalety - okryliście się wstydem. Dla małego dobra poświęciliście większe, jakim jest umiarkowanie. Nie wszystko musi być zawsze doprowadzone do końca. Błagam, nie obraźcie się za to porównanie, ale zachowaliście się dziś jak kupiec, który sprzedaje towar zbyt tanio, zamiast zatrzymać go do następnego jarmarku. Nie zawsze warto się upierać - takie jest moje kazanie na dzisiaj, obywatele Marchii! Teraz wszystkie oczy skierowały się na Nataniela, który upokorzony i blady ze złości stał pod trybuną książęcą. Trwało dłuższą chwilę, nim zebrał się w sobie do odpowiedzi. - Wasza Miłość, Wasza Eminencjo - zaczął gromkim głosem. - Zawołanie mego rodu brzmi: "Nigdy nie złożymy broni"! Nie śmiem jednak nawet myśleć o sprzeciwieniu się waszemu wyrokowi. Udzielcie mi jedynie tej łaski i pozwólcie, bym złożył śluby na chorągiew Imperium, że z Bożą pomocą zdołam odpokutować wstyd, jakim się dziś okryłem! Atmosfera wśród publiczności uległa wyraźnej poprawie. Nataniel okazał się rycerzem z krwi i kości, zręcznie zmazał wrażenie, jakie pozostawiła walka. W niespokojnej krainie, jaką były obrzeża Imperium, mężny rycerz był zawsze w cenie. - Myślę, że jest coś, co mógłbyś zrobić - rzekł w zamyśleniu książę, świdrując wzrokiem rycerza.
* * *
O świcie następnego dnia z miasta wyruszyła niewielka kawalkada jeźdźców: Nataniel z dwoma giermkami oraz czterech lekkozbrojnych, wytrawnych wojowników z gwardii książęcej. Pierwsze dwa dni podróży upłynęły spokojnie; spali w karczmach, jedli dobrze, nie spotkali przeszkód. Giermkowie Nataniela, Godwyn i Brian, szybko znaleźli wspólny język ze zbrojnymi. Żartami rozładowywali napięcie i strach przed wejściem w domenę Diabła. Mimo to strachu nie dało się uniknąć i były takie momenty, że w drużynie zapanowywała niezręczna cisza. Mordred Drugi, dziedziczny hrabia Mokradeł Obłędu, na przydomek Diabła ciężko zapracował. Jego pradziad otrzymał Mokradła w wieczyste władanie podczas Drugiej Wojny o Sukcesję w zamian za usługi czarnoksięskie, a dziadek oraz ojciec Diabła zmienili je w złowrogą krainę pełną mrocznej magii i przerażających stworzeń. Sam Diabeł, choć również nieobca mu była czarna magia, zdecydowanie przedkładał nad nią miecz i ogień - pośrodku Mokradeł postawił niewielki zamek, do którego ściągnął wywołańców i rozbójników z całego Imperium. Z tą drużyną od sześciu blisko lat siał przerażenie zarówno na ziemiach pogan, z którymi Mokradła graniczyły od zachodu, jak i na pobliskich terytoriach cesarskich. Drogę Diabła znaczyły pale i stosy, zasłynął z gwałtów i tortur przewyższających brutalnością wszystko, co widziało Imperium; w jego drużynie oprócz ludzi widywało się demony wywołane czarnoksięską mocą z samego piekła. Przez pół dekady Diabeł unikał odpowiedzialności, w różny sposób przekupując księcia Marchii, z którym łączyło go dziwne porozumienie; z Mokradeł do stolicy Marchii płynęły pieniądze, magiczne przedmioty odziedziczone przez Diabła po przodkach; niejednokrotnie podczas wojen z poganami książę uzyskiwał nieoczekiwane wsparcie w postaci wypadu ze strony Mokradeł Obłędu. Wyprawy prywatnych arystokratów chroniących swe ziemie Diabeł masakrował w krwawych bitwach na obrzeżach Mokradeł. Wieści o okrucieństwach, jakich doznawali jeńcy z rąk ludzi Diabła, dochodziły do najdalszych zakątków Imperium. Jednak miesiąc temu hrabia Mordred przebrał miarkę. Przy pomocy czarnej magii wdarł się z kilkoma ludźmi na zamek diuka Estaliosa Białego i uprowadził jego córkę, słynącą z łagodności i ukochaną przez lud całej Zachodniej Marchii Elizę. W swej nieprzebranej złośliwości Diabeł upatrzył właśnie ją, czystą i dobrą dziewczynę, na matkę syna, który miał kontynuować zbrodniczą tradycję rodu. Tym razem księciu nie udało się uchylić od wymierzenia kary buntownikowi. Szlachta Zachodniej Marchii zgodnie zażądała od księcia wystąpienia, wprost grożąc rokoszem. Z dworu cesarskiego szły ponaglenia i nagany. Gdy koalicję szlachecką wsparł swym autorytetem biskup, książę nie miał już wyboru - ogłosił pospolite ruszenie i pod presją szlachty na czele wyprawy wojennej postawił diuka Estaliosa. Mimo wszystkich prób opóźnienia koncentracji, mimo skąpienia przez księcia każdego grosza, w ciągu miesiąca pod stolicą zebrał się silny korpus, do formowania którego każdy człowiek w Marchii przyłożył rękę - czy to opłacając podwyższone podatki, czy organizując zaopatrzenie, czy wreszcie czynnie służąc w regimentach książęcych lub arystokratycznych. Nim jednak można było myśleć o zmasowanym ataku, ktoś musiał po cichu dostać się na Mokradła Obłędu i uwolnić księżniczkę Elizę.
* * *
Część 22 / 2
Nataniel przeciął mieczem lianę, która na jego oczach wyrosła mu na drodze. Gdy niby-roślina spadła, ziemia wokół niej zasyczała i sczerniała. Na ostrzu miecza pozostała czarna plamka. Już trzecią godzinę przebijali się mozolnie przez Mokradła. Konie musieli zostawić już na obrzeżach bagien. Ciężka mgła częściowo pozbawiała bagno dostępu światła słonecznego, poruszali się w półmroku wśród rozmiękłej ziemi grożącej bezustannie osunięciem, wśród chudych, nienaturalnie wysokich drzew pozbawionych gałęzi, wśród złowrogich odgłosów, których na pewno nie wydawały normalne zwierzęta. Przyroda wokół nich zachowywała się w sposób tajemniczy, przerażający i nieprzewidywalny. Wszędzie wokół pełno było nieszkodliwych lian, ale niektóre, raz dotknięte, przywierały do skóry i paliły ją kwasem. Tak zginął pierwszy ze zbrojnych towarzyszących Natanielowi - niby-liana niewiadomym sposobem owinęła mu się wokół szyi. Sam Nataniel już drugi raz ledwo uniknął poparzenia. Poruszali się wolno, bacząc na każdy krok. Starszy z giermków Nataniela znalazł się od włos od śmierci, utknąwszy po pas w bagnie; uszedł cało jedynie dzięki niedźwiedziej sile rycerza. Szli naprzód, mijając od czasu do czasu zmurszałe pale, pod którymi walały się kości; potykając się o ludzkie czaszki; szerokim łukiem obchodząc szkielety, które do ludzi na pewno nie należały... chyba że w jakiejś niezwykłej krainie ludzie mają po dwie głowy i półmetrowe szpony. Po trzech godzinach marszu oddalili się od granicy Mokradeł raptem o dwie czy trzy mile. Wydawało się, że cała bagienna przyroda sprzysięgła się, by ich zatrzymać. Ale najgorsze były czerwone ślepia, pojawiające się w półmroku raz po raz i za chwilę znów znikające.
* * *
Młody Brian nawet nie zobaczył bestii. Nim ktokolwiek zdążył wyciągnąć miecz, giermek został rozerwany na pół. Reszta drużyny stanęła do rozpaczliwej walki, ale co mogli zrobić? Potwór miał pięć metrów wysokości, zęby długości ludzkiego ramienia i ostre jak brzytwa, żelazne pazury na końcach przednich łap. Brudnozielone futro wtapiało bestię w otoczenie tak, że nawet nie zauważyli, skąd przybyła. A czerwone ślepia... Cóż, czerwone ślepia prześladujące ich od przekroczenia granicy Mokradeł należały do bestii. Ginęli jeden po drugim, zdoławszy ledwie drasnąć bestię. Godwyn próbował sparować cios pazurów - miecz się rozpadł, a giermek padł na ziemię z ziejącą dziurą w klatce piersiowej. Wojownicy Marchii stanęli do boju, razem z Natanielem poharatali potwora, skąpali się w jego posoce. Ale nic to nie pomogło - padli jeden po drugim, jeden bez głowy, drugi wykrwawiony do cna, trzeci dosłownie pocięty na kawałki. Po dwóch minutach z całej drużyny na nogach stał już tylko Nataniel, cały w krwi bestii i swojej własnej, sączącej się z barku. Potwór poruszał się powoli, osłabiony upływem krwi z blisko tuzina ran. Rycerz zerwał z grzbietu poharataną kolczugę, odrzucił na bok tarczę i czekał na atak. Bestia ruszyła. Nataniel przetoczył się po ziemi, zagryzając zęby, gdy otwartą raną na barku uderzył w wystający kamień. Potwór poślizgnął się na krwi, przeleciał nad Natanielem i wpadł na drzewo, łamiąc je wpół. Rycerz, zerwawszy się z ziemi, rzucił się na bestię i kilkoma szerokimi cięciami zakończył jej życie. Nie zdążył jednak uchylić się przed konającego potwora, które spazmatycznie cięły powietrze... Poczuł uderzenie bólu i falę gorąca w rozcinanych tkankach, a potem już tylko ciemność.
II
- Obudź się, rycerzu... - melodyjny głos dotarł do Nataniela zza zasłony mroku i bezruchu. Zapomniał, jak używać mięśni, nie mógł i nie chciał otworzyć oczu. Ale głos go przyzywał. Nie dawał się odpędzić. Do umysłu rycerza napłynęły strzępy wspomnień... Zamek. Turniej. Las. Bestia... Podniósł powieki i ujrzał wielkie, migdałowe oczy wpatrujące się w niego. Dziewczyna o seledynowych włosach uśmiechnęła się. - Jesteś z powrotem wśród żywych - przywitała go tym samym głosem, który przywabił go z ciemności ku życiu. - Kim... - Nataniel rozkaszlał się. Odzwyczajone od mówienia gardło odmówiło mu posłuszeństwa. - Kim jesteś? - wydusił z siebie wreszcie. - Ada, córka Ethana - odparła. - Zostawiam ci śniadanie. Gdy poczujesz się lepiej, wyjdź do ogrodu - powiedziała i... zniknęła. Zaskoczony Nataniel przez dłuższą chwilę wpatrywał się tępo w miejsce, gdzie przed chwilą stała dziewczyna. Dziewczyna, która na pewno nie była człowiekiem. Seledynowe włosy; wielkie, elfie oczy; blada, zielonkawa skóra driady... Kim była i dlaczego go uratowała? Gdzie był teraz? Rozejrzał się po pomieszczeniu. Do złudzenia przypominało domy leśnych elfów - piękny pokój, którego ściany powstały z żywych roślin, wciąż rozwijających się i dzięki elfickiej magii zastępujących to, co ludzie w trudzie wykonywali z martwego drewna. W kącie pokoju kilka gałęzi wyrastających ze ściany ukształtowało mebel pełniący funkcję szafy; łóżko, na którym leżał Nataniel, było tak naprawdę wielkim konarem rozrastającym się na kształt łodzi pełnej liści; korzenie roślin tworzących ściany były fundamentami domu. Ale było tutaj też coś, czego Nataniel nie pamiętał z osiedli elfów. Nieuchwytna siła, moc, kojarząca się raczej z piecami hutniczymi i ciężką pracą górników niż zwiewną swobodą leśnych elfów. Gdy rycerz doszedł trochę do siebie, zaczął dostrzegać oprócz roślin elementy metalowe, ale nie niezależne, jak w ludzkich domach, ale... w jakiś niezwykły sposób połączone z roślinami. Wydawało się, że wiszące naprzeciwko łoża wielkie lustro w pięknie zdobionej, metalowej ramie też było zrośnięte z drewnianą ścianą, oplecione roślinami i rozwijające się razem z nimi... Nataniel znalazł się w dziwnym miejscu. Z trudem wstał i spojrzał w lustro, przygotowany na kolejne zaskoczenia. Nie przeliczył się - kiedy był nieprzytomny, ktoś przebrał go w lekki, biały strój z nieznanego mu, roślinnego materiału, wyszywanego złotymi nićmi. Przesunął ręką po podbródku - długość zarostu wskazywała, że walka z bestią miała miejsce najwyżej przed kilkoma dniami. Tymczasem na lewym ramieniu oraz na brzuchu - tam gdzie powinny być głębokie rany, które niemal go zabiły - miał tylko niewielkie blizny, okolone charakterystycznym błękitnym śladem po leczeniu magią. Niezwykle sprawnym leczeniu magią. Ostrożnymi, spokojnymi ruchami rycerz przywracał krążenie w swoim organizmie i uruchamiał mięśnie, odzwyczajone od wysiłku. Jednocześnie rozglądał się po pomieszczeniu, wychwytując nowe szczegóły. Na niewielkim stoliku, czy może raczej krzewie pełniącym taką funkcję, leżał jego miecz, sakiewka i najwierniejszy towarzysz - maleńki srebrny sztylet. Nigdzie nie było zbroi ani ubrania, ale najwyraźniej po walce z bestią do niczego się nie nadawały. Zielonowłosa dziewczyna przyniosła mu za to śniadanie - dziwną kombinację owoców, orzechów i nieznanego Natanielowi, ale bardzo smacznego sera. Posiłek nie zawierał żadnego mięsa - co nie zaskoczyło rycerza, który nieświadomie zaczynał utożsamiać niezwykłe miejsce, w którym się znalazł, z elfickimi osiedlami. Niedaleka przyszłość miała pokazać, jak bardzo się mylił.
* * *
Nataniel krok za krokiem przemierzał ogród, straciwszy już rozeznanie wśród labiryntu alejek, żywopłotów i strumieni. Ogród, tak samo jak pawilon, w którym obudził się rycerz, był niezwykłym połączeniem żywej, bujnej roślinności z wysmakowanym gustem architektonicznym oraz szczegółowym, racjonalnym planem.…