Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 10 min czytania

Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciej cz. 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

**** Z serii: fauna i flora Ilteris. ****

Drele były monstrualnymi rajskimi ptakami o czterech kończynach – nie licząc skrzydeł – zwieńczonych sokolimi pazurami. Upierzenie samców od rozłożystego ogona poprzez szerokie skrzydła aż po głowę mieniło się odcieniami czerwieni, fioletu oraz złotej żółci. Samice przyjmowały skromniejszy koloryt, pozostając w zimniejszych tonach zieleni i granatu.

Niełatwo było zdobyć ich pióra, przez co uchodziły za prawdziwie luksusowe i egzotyczne. Najcenniejsze lotki wyrywano z godowego pióropusza samców, który wysycał się krwistą czerwienią podczas zalotów. Ptaki były wtedy bardzo agresywne i czujne.

*****

– Jeszcze jedno podejście i czas na wieczerzę. No, skup się, Karevis! Przecież Sebil cię uczyła. – Młodziutka mistrzyni rozproszyła aurę, wysycając zastałe powietrze energią zmiany. Kaplica pod katedrą Cór Arkturosa zatętniła magią i wolą mistyczki. Ogromny ołtarz wypełniony pustynnym piaskiem wpadł w wibrację, rezonując ze wzbierającą falą mocy.

– Helen-in asat Ses-talak! – język pierwszych bogów ukształtował astrę wedle rozkazu. Srebrzyste piaski rozpoczęły magiczny taniec, błądząc wydmami po powierzchni wypełnionej makutry. Milena chwyciła garść opalizującej ziemi i wycofała się od balustrady.

– No dobra… – westchnęła, usypała krąg na podłodze i balansując aurą, dookreśliła znaki przełamania, których stworzenie wymagało więcej finezji.

Rozejrzała się po pomieszczeniu.

Pod zawieszoną na ścianie magiczną latarenką, stało leciwe krzesło. Mistyczka uśmiechnęła się ze złowieszczą satysfakcją i przeniosła podstarzały, drewniany mebel, stawiając go we wnętrzu wykreślonej runy.

Przeżegnawszy się znakiem zmiany, pocałowała medalik uwieszony na łańcuszku i rozpoczęła inkantację.

Wpierw mantra na ukierunkowanie umysłu:

– Pierwszy Arkturosie, który nie uznajesz stałości i przeczysz wieczności… Poluźnij granice istnienia. – Oczy mistyczki podeszły szarością, a tęczówki zmętniały i zamgliły się, osiągając niemal idealną biel.

– Har Gannaret – wypowiedziała zaklęcie. Piaskowa runa spłynęła perłowym światłem. Podłoga pod krzesłem zafalowała i rozmyła rzeczywistość, tworząc iluzję eteryczności. Siedzisko zapadło się wewnątrz kręgu i zniknęło.

– Tak! – wykrzyczała podekscytowana Milena – Udało się! Milena Karevis, władczyni teleportacji! – W przypływie ekscytacji rozpoczęła dziwaczny taniec zwycięstwa, który przerwało drżenie granitowej posadzki. Krąg ze srebrzystych piasków migotał nierównomiernie.

– O nie, nie, nie… Tylko nie znowu! – Energia zmiany wytrysnęła astralnym gejzerem. Milena upadła. Krzesło wystrzeliło z okręgu i roztrzaskało o sklepienie kaplicy. Piasek rozsypany na podłodze poczerniał i zgasł.

– Szlag! – przeklęła gniewnie mistyczka.

Od strony schodów dobiegł stanowczy, kobiecy tembr:

– Chyba nie powinnaś bawić się ołtarzem podczas jej snu, co? – Wysoka kobieta z długim kucykiem i kamienną twarzą, pokonała ostatnie stopnie schodów wiodących do portalu w zakonnej bibliotece. Niosła w ręku fragment krzesła, który minął jej twarz o niespełna centymetr.

– Witaj, Matko Sainik – pozdrowiła ją Milena i pochyliła głowę, okazując skruchę. – Oczywiście masz rację: nie powinnam szperać w ołtarzu, podczas gdy Sebil w nim śpi… Ale ona sama mówiła, że…

– Już, już… Bez zbędnych dramatów – przerwała jej Tatiana i ostentacyjnie wyrzuciła drewnianą nogę w kąt kaplicy. ¬– Może szybciej się obudzi, jak wyczuje, że grzebiesz w jej kuwecie, he – parsknęła prześmiewczo, podeszła do olbrzymiej makutry i skierowała wzrok na puste oblicze boga Arkturosa.

– Ile to już czasu minęło? – spytała Milenę.

– Półtora roku, Matko Sainik.

– Dłużej niż zwykle: to niedobrze.

*****************************************************************

– Możecie mi wyjaśnić, na co jeszcze czekamy?

– Nie na co, a na kogo, hrabino Kadmantel.

– Czy to naprawdę konieczne, diuku Rozelnek? Przecież ten birbant…

Wrota wejściowe zaskrzypiały pociągle, przerywając wywód arystokratki.

– Właśnie się zjawił, Hrabino – dokończył diuk Rozelnek i powstał od stołu, żeby powitać ostatniego potomka Telmiańskiej Monarchii. Wszyscy arystokraci poszli w jego ślady – wszyscy prócz Hrabiny, która skryła grymas pogardy za płóciennym wachlarzem.

Młody mężczyzna z widocznymi oznakami nadużywania alkoholu obrzucił radnych obojętnym spojrzeniem i przysiadł na honorowym miejscu. Jego mina zdradzała znużenie, jeszcze zanim narada zdążyła się rozpocząć, a zaniedbana, niechlujna aparycja nie pasowała do bogatego otoczenia sali obrad: wszechobecne polerowane marmury, kalcytowe kanefory, złote lampiony wypalające dosypane kadzidło,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%