Fantastyka · 7 min czytania
Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 10
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
– O Arkturosie, co za ziąb… Ssss… – skomentował Kal i potarł ręce, energicznie stąpając z nogi na nogę: przeciąg na wysokich murach klasztoru dawał mu się we znaki, a jesienna aura potęgowała odczucie chłodu. – Jeszcze tak o suchym pysku… Ehh… No cóż. – Zmienił ton na bardziej energiczny. – Służba nie drużba, na żołd trzeba za-za-zapracować – zaszczękał zębami.
Na szczęście fala ciepła wędrująca znad rozgrzanego ciasnego miasta, dała chwilę wytchnienia spiętemu drgawkami ciału.
– Przyniosłam ci koc – orzekł miły delikatny i nieśmiały głos.
– Milena? – Kal spojrzał na kształt, wyłaniający się z wejścia do stołpu. Karevis ubrana w surowe zakonne szaty wkroczyła w światło księżyca, niosąc zwiniętą w rulon tkaninę.
– Pomyślałam, że może ci się przydać. – Nie patrzyła mu w oczy. – Odłożę na blance. – Strażnik doskoczył do niej z chyżością młodego zająca.
– Nie obchodzi mnie koc. – Złapał ją za rękę. – Spójrz mi w oczy! Dlaczego nie odpowiadasz na listy? Dlaczego mnie unikasz?! – podniósł głos. – Chodzi o tamto…? Nie wiem, co się stało! Ja taki nie jestem. Przecież wie…
– Wiem – przerwała mu Milena. – Ja też nie.
Część 22 / 4
– To nie możemy po prostu, zapomnieć? Uznać to za jakiś, nie wiem… Impuls?
– Ja też nie wiem… – wyszeptała.
– No dobra, jak już sobie wszystko poukładasz, to ja tu będę czekał i… – Milena nagle przylgnęła do niego i wtuliła twarz w skurzaną zbroję osłaniającą tors. – Naprawdę jest zimno – skomentowała, bo wypadało coś powiedzieć.
– No dobrze. – Zaśmiał się i pogłaskał ją po głowie. – Pierwsze koty za płoty.
Karevis głośno pociągnęła nosem i gwałtownie zadarła głowę. Jej oczy zaognił gniew.
– Znowu paliłeś! – Odstąpiła od niego. – Przyznaj się, Kal! Czuję dym!
Część 33 / 4
– Nie… Przysięgam – zarzekł się, uderzając w mostek tak mocno, że aż zakasłał. – Od tygodnia jestem czysty – oświadczył i pociągnął nosem. Wiatr uderzył kolejną gorącą falą. – Faktycznie, czuć dym i to bardziej niż zwykle.
– Kal, zobacz. – Milena wskazała zatopiony w mroku horyzont, daleko na południe od Telmonton. Na pograniczu lasu Sunden, punkt po punkcie, zapalały się kolejne świetliste plamy, które zlewały się w większe skupiska.
– Czy to pożar? – spytała Milena, kurczowo ściskając jego ramię.
– Nie… Nie sądzę, nie o tej porze roku, kiedy jest tak mokro.
*******************************************************************************
– Zemma! Kahia!
Część 44 / 4
– Tak, Matko Sainik!
– Goniec doniósł, że od strony Planfert zbliża się duża fala rannych.
– Będziemy gotowe! – oświadczyła medyczka, a Zemma zawtórowała jej pewnym skinieniem głowy.
Tatiana wzięła głęboki oddech i położyła ciężką dłoń na ramieniu podopiecznej. – Nie będziecie: na to nie można być gotowym, ale wiem, że dacie radę. – Uśmiechnęła się smutno i ruszyła w kierunku bramy.
Mistrzynie pobiegły przekazać wieści adeptkom, pochłoniętym pracą przy rannych z telmiańskiego zwiadu. Większość konnych, którzy uszli z zasadzki Sungardzczyków pod Planfert, ulokowano w sanktuarium Arkturosa. Kaplicę uprzednio opróżniono z ciasnych ław do modlitwy, a w ich miejsce wstawiono zapasowe prycze, zaś podłogę wyłożono derkami i kocami. Matka Sainik uznała, iż bliskość świętego tryptyku doda otuchy obrońcom Telmonton.
Dzień był pochmurny, a w powietrzu kłębiła się groza nadchodzącej wojny. Tatiana skręciła w pas arkad otaczających dziedziniec z rozstawionymi namiotami, w których zgromadzono zapasy: koców, prycz oraz…