Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 7 min czytania

Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 10

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

– O Arkturosie, co za ziąb… Ssss… – skomentował Kal i potarł ręce, energicznie stąpając z nogi na nogę: przeciąg na wysokich murach klasztoru dawał mu się we znaki, a jesienna aura potęgowała odczucie chłodu. – Jeszcze tak o suchym pysku… Ehh… No cóż. – Zmienił ton na bardziej energiczny. – Służba nie drużba, na żołd trzeba za-za-zapracować – zaszczękał zębami.

Na szczęście fala ciepła wędrująca znad rozgrzanego ciasnego miasta, dała chwilę wytchnienia spiętemu drgawkami ciału.

– Przyniosłam ci koc – orzekł miły delikatny i nieśmiały głos.

– Milena? – Kal spojrzał na kształt, wyłaniający się z wejścia do stołpu. Karevis ubrana w surowe zakonne szaty wkroczyła w światło księżyca, niosąc zwiniętą w rulon tkaninę.

– Pomyślałam, że może ci się przydać. – Nie patrzyła mu w oczy. – Odłożę na blance. – Strażnik doskoczył do niej z chyżością młodego zająca.

– Nie obchodzi mnie koc. – Złapał ją za rękę. – Spójrz mi w oczy! Dlaczego nie odpowiadasz na listy? Dlaczego mnie unikasz?! – podniósł głos. – Chodzi o tamto…? Nie wiem, co się stało! Ja taki nie jestem. Przecież wie…

– Wiem – przerwała mu Milena. – Ja też nie.

– To nie możemy po prostu, zapomnieć? Uznać to za jakiś, nie wiem… Impuls?

– Ja też nie wiem… – wyszeptała.

– No dobra, jak już sobie wszystko poukładasz, to ja tu będę czekał i… – Milena nagle przylgnęła do niego i wtuliła twarz w skurzaną zbroję osłaniającą tors. – Naprawdę jest zimno – skomentowała, bo wypadało coś powiedzieć.

– No dobrze. – Zaśmiał się i pogłaskał ją po głowie. – Pierwsze koty za płoty.

Karevis głośno pociągnęła nosem i gwałtownie zadarła głowę. Jej oczy zaognił gniew.

– Znowu paliłeś! – Odstąpiła od niego. – Przyznaj się, Kal! Czuję dym!

– Nie… Przysięgam – zarzekł się, uderzając w mostek tak mocno, że aż zakasłał. – Od tygodnia jestem czysty – oświadczył i pociągnął nosem. Wiatr uderzył kolejną gorącą falą. – Faktycznie, czuć dym i to bardziej niż zwykle.

– Kal, zobacz. – Milena wskazała zatopiony w mroku horyzont, daleko na południe od Telmonton. Na pograniczu lasu Sunden, punkt po punkcie, zapalały się kolejne świetliste plamy, które zlewały się w większe skupiska.

– Czy to pożar? – spytała Milena, kurczowo ściskając jego ramię.

– Nie… Nie sądzę, nie o tej porze roku, kiedy jest tak mokro.

*******************************************************************************

– Zemma! Kahia!

– Tak, Matko Sainik!

– Goniec doniósł, że od strony Planfert zbliża się duża fala rannych.

– Będziemy gotowe! – oświadczyła medyczka, a Zemma zawtórowała jej pewnym skinieniem głowy.

Tatiana wzięła głęboki oddech i położyła ciężką dłoń na ramieniu podopiecznej. – Nie będziecie: na to nie można być gotowym, ale wiem, że dacie radę. – Uśmiechnęła się smutno i ruszyła w kierunku bramy.

Mistrzynie pobiegły przekazać wieści adeptkom, pochłoniętym pracą przy rannych z telmiańskiego zwiadu. Większość konnych, którzy uszli z zasadzki Sungardzczyków pod Planfert, ulokowano w sanktuarium Arkturosa. Kaplicę uprzednio opróżniono z ciasnych ław do modlitwy, a w ich miejsce wstawiono zapasowe prycze, zaś podłogę wyłożono derkami i kocami. Matka Sainik uznała, iż bliskość świętego tryptyku doda otuchy obrońcom Telmonton.

Dzień był pochmurny, a w powietrzu kłębiła się groza nadchodzącej wojny. Tatiana skręciła w pas arkad otaczających dziedziniec z rozstawionymi namiotami, w których zgromadzono zapasy: koców, prycz oraz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%