Fantasy · 7 min czytania
Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 11
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
– Tych poszarpanych pod murem zanieść do lazaretu! Natychmiast!
Kilku telmiańskich gwardzistów spojrzało na Tatianę otępiałym zrezygnowanym wzrokiem.
– Do was mówię! Na co czekacie! Celowo chcecie mieć miej roboty, jak wyzioną ducha!
Otrząsnęli się.
– Nie, Matko Sainik! – zasalutowali i wynieśli dwóch ledwo żywych rannych. Jeden z pożganych przyciskał do brzucha rękę zawiniętą w szkarłatną od krwi chustę. Dociskał mocno i zawzięcie; nie chciał, aby życie wypłynęło przez rozdarte trzewia.
– Perl!? – zawołała Matka w stronę zatłoczonego dziedzińca.
Z tłumu zbrojnych i kobiet, które pomagały przy swoich bliskich, wyłoniła się szczupła sylwetka w umazanym krwią habicie. Z bladą jak papier twarzą i zmęczonym pustym wzrokiem nie roztaczała już wokół siebie naturalnej aury młodości i niewinności: potężny szok odseparował jej emocje od okrucieństwa wokół barierą z obojętności.
– Szlag! – Matka dobiegła do zbrojmistrzyni i chwyciła za policzki.
Część 22 / 3
– Perl! Spójrz na mnie!
Zbrojmistrzyni powłóczyła jałowymi oczami w stronę źródła znajomego głosu.
– Posłuchaj! Nie możesz się teraz poddać. Rozumiesz! – Tatiana próbowała przebić się przez pancerz świadomości, ale Perl zaczęła błądzić wzrokiem. – Perl! Otrząśnij się! – potrząsnęła dziewczyną i nabrała wody z wiadra taszczonego przez przechodzącą adeptkę.
Chluśnięcie w twarz pomogło. Zbrojmistrzyni Odin złapała łapczywy oddech, zupełnie jakby wynurzyła się z morskiej toni i wróciła do żywych.
– Już… Już mi lepiej – odpowiedziała.
– Dobrze; jesteś tu potrzebna jak nikt inny. Wprowadzili kolejnych rannych. Zobacz, kto… – Matka wskazała na powóz z rannymi i zawiesiła głos. – Zobacz, kto ma jeszcze szansę i rozciągnij czas, póki nie przyjdzie ich kolej – dodała po chwili.
– Kocham cię jak własną córkę i jestem z ciebie dumna. Nie zapominaj o tym!
Perl otarła twarz z przyschniętej posoki i wykrzesała lekki uśmiech.
Część 33 / 3
– Nie rozklejaj się, bo ci to wypomnę. – Zdobyła się na wymuszony żart i poszła w stronę wozu, który niepokoił martwą ciszą.
Tatiana tylko omiotła wzrokiem pogrążany w chaosie dziedziniec i ruszyła w stronę lazaretu, gdzie medyczka Kahia i mistrzynie Zemma oraz Milena od niemal doby, nieprzerwanie, łatały i zszywały ciała. Krzyki dochodzące zza uchylonych drzwi, nawet Matce zmroziły krew w żyłach: brakowało już alkoholu do znieczulenia, a Karevis nie nadążała z zaklęciami.
Tatiana zatrzymała się w progu bocznego wejścia do lecznicy.
Nie mogę się wahać, pomyślała i weszła. Pierwszy krok zapowiedział koszmarny widok głośnym pluskiem spod butów.
Spojrzała pod nogi.
Rozwodniona krew z resztkami alkoholu pokrywała posadzkę makabrycznym kobiercem. Adeptki uwijały się jak w ukropie, żeby Kahia i Zemma miały wszystko pod ręką. Pierwsza z mistrzyń próbowała uratować nogę młodego pikiniera, druga łatała poszarpany pazurami bok kawalerzysty. Obaj krzyczeli, ale kneble zagłuszały dźwięki i sprowadzały je do bolesnego warczenia.
– Florencjo! Czy Karevis już wróciła z tą papką?! – zawołała medyczka, nie odrywając wzroku od pokrwawionego uda.
– Jeszcz