Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 7 min czytania

Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 11

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

– Tych poszarpanych pod murem zanieść do lazaretu! Natychmiast!

Kilku telmiańskich gwardzistów spojrzało na Tatianę otępiałym zrezygnowanym wzrokiem.

– Do was mówię! Na co czekacie! Celowo chcecie mieć miej roboty, jak wyzioną ducha!

Otrząsnęli się.

– Nie, Matko Sainik! – zasalutowali i wynieśli dwóch ledwo żywych rannych. Jeden z pożganych przyciskał do brzucha rękę zawiniętą w szkarłatną od krwi chustę. Dociskał mocno i zawzięcie; nie chciał, aby życie wypłynęło przez rozdarte trzewia.

– Perl!? – zawołała Matka w stronę zatłoczonego dziedzińca.

Z tłumu zbrojnych i kobiet, które pomagały przy swoich bliskich, wyłoniła się szczupła sylwetka w umazanym krwią habicie. Z bladą jak papier twarzą i zmęczonym pustym wzrokiem nie roztaczała już wokół siebie naturalnej aury młodości i niewinności: potężny szok odseparował jej emocje od okrucieństwa wokół barierą z obojętności.

– Szlag! – Matka dobiegła do zbrojmistrzyni i chwyciła za policzki.

– Perl! Spójrz na mnie!

Zbrojmistrzyni powłóczyła jałowymi oczami w stronę źródła znajomego głosu.

– Posłuchaj! Nie możesz się teraz poddać. Rozumiesz! – Tatiana próbowała przebić się przez pancerz świadomości, ale Perl zaczęła błądzić wzrokiem. – Perl! Otrząśnij się! – potrząsnęła dziewczyną i nabrała wody z wiadra taszczonego przez przechodzącą adeptkę.

Chluśnięcie w twarz pomogło. Zbrojmistrzyni Odin złapała łapczywy oddech, zupełnie jakby wynurzyła się z morskiej toni i wróciła do żywych.

– Już… Już mi lepiej – odpowiedziała.

– Dobrze; jesteś tu potrzebna jak nikt inny. Wprowadzili kolejnych rannych. Zobacz, kto… – Matka wskazała na powóz z rannymi i zawiesiła głos. – Zobacz, kto ma jeszcze szansę i rozciągnij czas, póki nie przyjdzie ich kolej – dodała po chwili.

– Kocham cię jak własną córkę i jestem z ciebie dumna. Nie zapominaj o tym!

Perl otarła twarz z przyschniętej posoki i wykrzesała lekki uśmiech.

– Nie rozklejaj się, bo ci to wypomnę. – Zdobyła się na wymuszony żart i poszła w stronę wozu, który niepokoił martwą ciszą.

Tatiana tylko omiotła wzrokiem pogrążany w chaosie dziedziniec i ruszyła w stronę lazaretu, gdzie medyczka Kahia i mistrzynie Zemma oraz Milena od niemal doby, nieprzerwanie, łatały i zszywały ciała. Krzyki dochodzące zza uchylonych drzwi, nawet Matce zmroziły krew w żyłach: brakowało już alkoholu do znieczulenia, a Karevis nie nadążała z zaklęciami.

Tatiana zatrzymała się w progu bocznego wejścia do lecznicy.

Nie mogę się wahać, pomyślała i weszła. Pierwszy krok zapowiedział koszmarny widok głośnym pluskiem spod butów.

Spojrzała pod nogi.

Rozwodniona krew z resztkami alkoholu pokrywała posadzkę makabrycznym kobiercem. Adeptki uwijały się jak w ukropie, żeby Kahia i Zemma miały wszystko pod ręką. Pierwsza z mistrzyń próbowała uratować nogę młodego pikiniera, druga łatała poszarpany pazurami bok kawalerzysty. Obaj krzyczeli, ale kneble zagłuszały dźwięki i sprowadzały je do bolesnego warczenia.

– Florencjo! Czy Karevis już wróciła z tą papką?! – zawołała medyczka, nie odrywając wzroku od pokrwawionego uda.

– Jeszcz

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%