Fantastyka · 9 min czytania
Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 13
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Po przegranej pod Planfert całe Telmonton opanowała atmosfera grozy i niepewności jutra, a wszechobecny marazm udzielał się nawet zwykle beztroskim dzieciom.
Mieszkańcy pokątnie szeptali o nieuchronnej przegranej, niszcząc w ten sposób resztkowe morale, które nadal tliło się w obrońcach stolicy. Nawet willę wicehrabiego wypełniła niepokojąca pustka, penetrująca przepastne korytarze przenikliwym milczeniem: Herbert oddelegował większość służby do pomocy w klasztorze, pozostawiając w posiadłości jedynie niezbędne minimum do obsługi kuchni i stajni.
Jedynym miejscem, gdzie utrzymała się jeszcze pozytywna aura, pozostał ogród. Oświetlony ciepłym światłem wczesnego południa i otoczony ptasim trelem, nadal zwodził obietnicą, iż wszystko będzie dobrze – ale nie wszystkim było dane tego doświadczyć.
– Herbercie, proszę cię! Nie możesz tu zostać! Musisz uciekać!
– Bez ciebie nie pojadę! – upierał się wicehrabia niczym osioł przebrany w stylowe szaty.
– Na miłość Arkturosa… Nie czyń tego jeszcze bardziej trudnym! Musisz się ratować! Ci idioci – Tatiana wskazała w kierunku pałacu – sprowadzą na was śmierć. Ja… Ja nie mogę cię bronić kosztem zakonu. Jeśli cesarscy wejdą do miasta i cię tam znajdą, wyrżną nas wszystkich.
– To ucieknij ze mną – oświadczył Herbert i wbił w Tatianę te wierne kochające oczy, które podarowały jej tyle szczęścia.
Część 22 / 5
Zawahała się.
Strach i pragnienie wymieszały się, tworząc w umyśle zawiesinę zwątpienia.
– Nie zostawię dziewczyn na pastwę wyposzczonej wojennej swołoczy; nie mogę Herbercie… Zrozum.
– Rozumiem. – Chwycił ją za dłonie, zbliżył do nich usta i pocałował czule. – Kochasz je i ten zakon też. Tak jak ja ciebie.
– O nie, nie, nie… Już ja wiem, do czego to zmierza. Nie zostaniesz w mieście!
– Nie tobie za mnie decydować! – żachnął się.
Tatiana oniemiała: nigdy wcześniej nie podniósł na nią głosu; w ogóle nigdy go nie podniósł w jej obecności.
Część 33 / 5
– Albo razem w drodze, albo w grobie: nie chcę bez ciebie żyć! – oświadczył stanowczo i uderzył pięścią w marmurowy stół.
Dalsza dyskusja była bezcelowa.
****************************************************************
Do osnutego całunem nocy namiotu wkroczył zakapturzony przybysz eskortowany przez dwóch włóczników w skrzydlatych hełmach. Wewnątrz obszernej jurty panował półmrok, gdzieniegdzie przepędzany przez rozpalone lampiony i świece rozstawione na kilku złączonych stołach.
– Zostawić nas! – rozkazał siwiejący potężny mężczyzna, zaabsorbowany studiowaniem mapy księstwa.
– Podejdź, przyjacielu – nakazał ze sztuczną serdecznością i obrócił się twarzą do gościa. Oznaczenia na naramiennikach nadawały mu rangę generała, a blizny na twarzy opowiadały historię, jak zaszedł tak wysoko w wojskowej hierarchii.
Zbrojni zasalutowali i wyszli z namiotu, zostawiając zakapturzonego gościa, który jakby bał się odsłonić oblicze.
Część 44 / 5
– Możesz czuć się swobodnie – oświadczył Sungardzki generał Cyprus Wreht i rozłożył ręce w geście powitalnym. – Nie mamy tu szpiegów. – Uśmiechnął się szyderczo.
– My też tak mówiliśmy, więc jeśliś łaskaw, pozostanę w przebraniu.
– Czyń jak ci wygodnie.
Obaj przysiedli przy drewnianej ławie z kolejną mapą wyłożoną na blacie i struganymi pionkami rozstawionymi wokół wyrysowanych murów Telmonton.
– Z czym do mnie przychodzisz, narażając życie i godność?
– Będą walczyć – wypalił przybysz.
Część 55 / 5
Generał milczał, ale tak mocno zacisnął pięści, że skórzane rękawice zatrzeszczały, opinając knykcie. – Zatem po co mi się z tobą dalej układać?
– Wiem, gdzie trzymają cesarskiego brata, generale.
*********************************************************************
Tatiana siedziała samotnie w swojej klasztornej celi, obracając bezwiednie szklanką z resztką trunku na dnie. Jedyne źródło światła w pomieszczeniu stanowiła lampa oliwna, która roztaczała wokół niej pomarańczowo-żółtą łunę, tworząc aurę sprzyjającą zadumie. Myśli Matki poszybowały w przeszłość, do wspomnień z tego tragicznego dnia, kiedy jej wieś została napadnięta przez Jokiwarskich barbarzyńców. Tato Sainik wyszedł na zewnątrz, żeby sprawdzić źródło stłumionych krzyków, dobiegających od strony podwórza. Leta, jej mama, wepchnęła młodziutką Tatianę do schowka pod podłogą i kazała być cicho, następnie pochwyciła nóż i czekała na cokolwiek, co miało przekroczyć próg ich domostwa.
Krzyki wzmagały na sile.
– Krzyki… – szepnęła Tatiana, dopiła resztkę nalewki, stanęła przed…