Fantastyka · 10 min czytania
Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 16
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
– No tak, poziom swobody – sapnęła Sebil i ziewnęła pociągle, jakby opis bitwy nie wywoływał w niej żadnych emocji.
– Że co, moja droga? – spytała Matka Karevis i skorzystała z przerwy, żeby zwilżyć gardło łykiem herbaty.
– Już wszystko zapomniałaś? Naprawdę…? – Bruka zmarszczyła czoło pokryte pręgowaną sierścią. Jej ogon o kolorze nocnego granatu zatańczył ospale w powietrzu.
– Było mi nie pieczętować aury, to bym pamiętała – skomentowała pod nosem Milena i siorbnęła ostygłego nieco naparu.
– Jasne, a twój Przyjaciel zrobiłby z nas niewolników.
– Jak zwykle przesadzasz, Sebil, nie jest taki zły. Po prostu jesteś uprzedzona do…
– Demonów? Tak, wybacz: jakoś za nimi nie przepadam.
– On preferuje, żeby go inaczej nazywać, ale wracając do tematu, bądź łaskawa mi przypomnieć: o co chodzi z tym poziomem swobody?
Część 22 / 5
– A po co ci to?
– Trochę tęsknię za swoją magią.
Sebil przewróciła oczami i obróciła się na leżance.
– Magia zmiany jest jedną z najbardziej nieprzewidywalnych: nie da się jej precyzyjnie ukierunkować. Im więcej przemian z konkretnym skutkiem wymagasz, tym więcej nieprzewidywalnych rzeczy im towarzyszy.
– A no tak – Policzki Mileny zalał rumieniec – teraz pamiętam: nakazałam astrze zmienić konsystencję pocisków, ale pozostawiłam swobodę w kolorze i zapachu. – Uśmiechnęła się z satysfakcją i ugryzła kawałek ciasta.
– Dokładnie tak: im więcej swobody, tym mniejszy bałagan i tyle na ten temat.
Karevis uśmiechnęła się z satysfakcją i wzięła drugi kęs. Sebil zmierzyła ją wzrokiem.
– Dlaczego tak się szczerzysz? Pamiętałaś, co?
Część 33 / 5
– Chciałam chwilę odsapnąć od wspominków – rzuciła cichutko Matka. Jej ciasto poszarzało i zmieniło się w piasek.
– Skoro już zjadłaś, to opowiadaj dalej. Zaczynam przysypiać. – Bruka ziewnęła, obnażając kły.
**************************************************************
Na zbitych w obronnym szyku telmiańskich piechurów spadł smolisty opad. Matka Sainik spojrzała w górę. Milena lewitowała wysoko nad ich głowami otoczona sznurem wirujących pereł. Niewidzialny astralny taniec wiedziony wolą mistyczki trzymał w ryzach energię rozdartej symetrii. Zdezorientowani tarczownicy przyglądali się brei, która spływała po drewnianych pawężach jak gęsta flegma. Rannych wynoszono na tyły, a luki na froncie uzupełniano z szeregów w odwodzie.
Tatiana zlokalizowała generała Skortela pośród zgiełku przemieszczającego się wojska.
– Teraz, Stefanie! – wrzasnęła w jego stronę.
Pogalopował przed palisadę z drzewców, tarcz i ciał, krzycząc: DO ATAKU! Kordon zbrojnych ruszył do przodu. Nie mogli dopuścić wież oblężniczych do murów. Pociski kuszników kąsały wycofującą się sungardzką jazdę. Kilka głazów przeleciało nad głowami obrońców i uderzyło w szeregi napierającej brygady Cesarskich: Pierwszej Zbrojnej Dallońskiej i zwartego szyku zakonnych Tytanów, robiąc trochę zamieszania po stronie wroga.
Część 44 / 5
Niestety… Frondibole były niszczycielskie, lecz niezbyt celne. Żaden z kamieni nie trafił bezpośrednio w nieustannie pełzające do przodu drewniane kolosy. Zakonni rycerze, duma cesarskiej armii, zwarli szyki i ruszyli w pierwszym szeregu; ich nasączone sulfirytem pancerze służyły za tarcze. Ogromne miecze, topory, młoty i glewie podążały niepowstrzymane w kierunku Telmian.
– Pierwszy i drugi oddział idzie na przedzie! – Skortel wydawał rozkazy swoim ludziom. – Trzeci i czwarty pilnuje flank! Nie możemy pozwolić odciąć się od muru, bo wyrżną nas jak prosiaki!
Matka nie pozostała w tyle:
– Jon! Bierzesz dziesięć sióstr na lewą flankę.
– Tak jest!
– Zemma! Ty zabierasz piątkę i idziesz ze mną na Tytanów; naszym przyda się wsparcie: moralne, duchowe, i miażdżące.
– Tak, Matko!
Część 55 / 5
Tatiana pobieżnie przeczesała wzrokiem pozostałe zakonnice.
– Reszta na prawą flankę! Perl przewodzi i pamiętajcie…! Skóra Arkturosa ma swoje ograniczenia… Zaraz… Perl? – Matka Sainik obejrzała się ponownie. Zbrojmistrzyni, która miała pozostać w katedrze, puściła jej oko i zniknęła wśród tłumu otoczona nimbem z magicznej zieleni.
– Mogłam się domyślić, że ta mała wiedźma nie posłucha – wymamrotała Matka i uniosła miecz.
– Do atak… – Porcja brunatnej cieczy spadła jej na głowę. – Kurwa! – przetarła oczy i spojrzała w górę. Mistyczka dyrygowała szarymi wiatrami zmiany i przemieniała ciskane z katapult głazy w galaretowate wielobarwne bryły, które – abstrahując od tego, iż były ohydne – nie stanowiły większego zagrożenia ani dla ludzi, ani obwarowań.
– Przepraszam – rozbrzmiał zmęczony głos niesiony w astrze.
– Tak trzymaj i oszczędzaj perły. Sebil cię za nie ukatrupi – pomyślała Matka w nadziei, iż mistyczka wychwyci niewypowiedziane słowa. Wzniosła okrzyk i z modlitwą na ustach ruszyła do boju.
**************************************