Fantasy · 11 min czytania
Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
**** Ze słownika początkującego magika****
Wrażliwymi nazywano osoby z aurą zbyt słabą, aby samemu łamać symetrię astralnego pola. Umiejętności te jednakowoż nie były bezużyteczne: wrażliwi wyczuwali magię i mogli posługiwać się artefaktami wielkiej mocy. Mogli też wykorzystywać aktywne minerały, jako źródło wolnej astry.
**********
Perl ubrana w idealnie skrojony habit dopełniony zestawem stylowych stonowanych dodatków, z wrodzoną lekkością przemierzała surowy korytarz, roztaczając wokoło aurę beztroski i delikatnego piękna.
Minąwszy gobelin, przedstawiający Brukę o ciemnym umaszczeniu otoczoną przez wirujące piaski, skręciła do zakonnej biblioteki, przeszła między regałami, głaszcząc czule zakurzone, stłoczone tomiska i zatrzymała się przy jednej z półek.
Wizycie w tym sanktuarium wiedzy przyświecał inny cel niż czytanie: tego zbytnio nie lubiła.
Wyciągnęła obitą w skórę książkę bez tytułu na grzbiecie, otworzyła stronę oznaczoną zakładką i wypowiedziała odszukane hasło. Grube tomy przed nią, poszarzały i zlały się z półkami w jedną piaskowo-pyłową całość, formując owalny portal. Zbrojmistrzyni przekroczyła magiczny próg, którego krawędź oddzielała rzeczywistość od iluzji i zeszła po drewnianych stopniach tak lekko, jakby dotykała podłoża tylko dla zasady.
Część 22 / 4
Komnatę po drugiej stronie astralnego przeskoku, wypełniały magiczne szumy po rzuconych niedawno zaklęciach. Jako osoba wrażliwa, Perl wyczuwała magię, a szarość wyjątkowo drażniła jej przeciwstawną, zieloną aurę.
– Widzę, że od razu wzięłaś się do roboty – zagabnęła do skupionej na inkantacji mistrzyni Karevis. – Tatiana musiała cię nieźle wystraszyć tym swoim wybuchem, co? – Kontynuowała, nie bacząc na to, iż przeszkadza mistyczce w odprawianiu rytuału.
Milena otworzyła oczy; wypełniała je metaliczna szarość wzbudzonej domeny zmiany. Szepcząc mantrę, ułożyła rękojeść miecza wewnątrz makutry. Srebrzyste piaski uformowały stożek, który przybrał smukły kształt i zespolił się w klingę, łącząc się z ofiarowanym jelcem.
– Oddech Arkturosa już gotowy – westchnęła Milena. – Jeszcze kilka skór, ogon, i…
– Jądra – zachichotała zbrojmistrzyni, siadając na balustradzie.
– Nie nazywaj ich tak; przecież wiesz, jak Sebil się o to irytuje. – Zaśmiały się obie.
– Brakuje mi ciotki – oświadczyła Perl i oparła głowę o ramię Mileny.
Część 33 / 4
– Tak, to prawda… – Spojrzały na posąg Arkturosa, strzegący ołtarza. – Matce Sainik też bez niej odbija: nie ma się kogo poradzić, a nas przecież nie wypada pytać.
– Tatiana… – podjęła Perl. – Potrzebuje czegoś innego niż dobrej rady – orzekła i zobrazowała, co ma na myśli, kilkukrotnie wkładając i wyjmując palec z uformowanego drugą dłonią otworu.
– Może to i prawda – zaśmiała się Karevis. Odkąd zginał jej Gotfryd, jest z nią coraz gorzej.
– W wicehrabim nasza nadzieja – westchnęła teatralnie Perl i przejechała seledynowym paznokciem po zimnym ostrzu Oddechu Arkturosa, na którym dogasała magia. Niemal można było dostrzec parującą z jego powierzchni energię. – Czy to właśnie kazała ci zrobić Matka „Pajęczyna Między Nogami” Sainik? – spytała Mileny.
– Tak: mam sprawdzić i naładować magiczną broń. Nie wiem, co wydarzyło się na naradzie, ale musiało ją to mocno zaniepokoić.
– To prawda – stwierdziła zbrojmistrzyni. – Wyczułam to w jej zachowaniu i dostrzegłam w oczach, pomimo tej całej skorupy wrednej jędzy, którą się obleka, jak czymś się martwi.
– Jest coś jeszcze… – dodała z grobową miną Karevis. Perl zabrała dłoń od miecza i spojrzała przyjaciółce w stalowe tęczówki, które wokół źrenic przybierały lekki odcień złota. – Mam ćwiczyć teleportację… Aż do skutku.
Część 44 / 4
*********************************************************
Wzdłuż granicy palcu targowego, wyznaczonej przez niewysoki mur, rozciągała się dzielnica: luksusowych karczm, średnich zajazdów, obskurnych szynków i wesołych mordowni, pogrupowanych wedle poziomu świadczonych usług. Tutaj można było znaleźć coś kojącego dla każdego umęczonego ciągłą agitacją gardła: doskonałe planferckie wino, mocniejszy rykrycki likier oraz pospolite – choć wcale nie gorsze – telmiańskie złote pszeniczne.
W tym urokliwym zakątku, gdzie interesy szły w parze z alkoholem, kilka przybytków słynęło z mieszania trunków z biznesem za wyjątkowo duże pieniądze. Zbudowano je tak, aby wejścia i ogrodzenia obudowywały okrągły placyk wokół marmurowej fontanny zdobionej rzeźbami wylegujących się lwów.
Pośród tych wyjątkowo szykownych lokali wyróżniał się murowany budynek z wypielęgnowanym i zadbanym ogródkiem, gdzie wiecznie zielone iglaki skrywały kilkanaście pięknie nakrytych stolików. Kamienny łuk wejściowy ozdobiono drewnianym napisem: „Złota Literatka” i to właśnie tego przybytku poszukiwała Matka Sainik; była tu umówiona na randkę z jednym z najbardziej pożądanych kawalerów w mieście, wicehrabią Herbertem Malmutem. Przystojnym wdowcem z wpływowego rodu, ale także filozofem i miłośnikiem literatury.
Wszystkie panny na wydaniu wodziły za nim oczami, gdy ten przechadzał się wokół swojej posiadłości, a Herbert ochoczo zapraszał co poniektóre do wspólnego spaceru i konwersacji – świadomie lub nie – rozniecając w nich nadzieję na schwytanie dobrej partii.
Nic więc dziwnego, że gdy zaczął pokazywać się tylko w towarzystwie Matki Sainik, która nie grzeszyła znajomością etykiety, mody, kosmetyków i długo by tak jeszcze, narodziła się plotka, iż wicehrabia woli mężczyzn, a Tatianie przypadło zadanie straszaka na tabuny powciskanych w gorsety zalotnic.
Prawda była jednak jeszcze…