Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 31 min czytania

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Oruun… Jaśniejący klejnot imperium. Miejsce budzące podziw wśród przybyszy i trwogę w sercach wrogów cesarstwa. Miasto, którego strzeliste wieże i skrzydlate posągi skrywały historię zamierzchłych czasów; piękną, a zarazem bolesną opowieść o rozkwicie, upadku i odrodzeniu.

To tu pośród hymnów przerywanych owacjami ekstatycznego tłumu podpisano traktat jednoczący ludy ziem w centrum niziny Tułnak. Właśnie tu Sungard zakończył wielowiekową wojnę z Jokivarem: w miejscu, gdzie człowiek po raz pierwszy uścisnął dłoń Starszego.

Cichy szum zamierzchłych czasów rozchodził się miedzy między budynkami, a starożytne reliefy, ikony i monumenty wspominały chwalebne dzieje w każdym zakątku miasta. Jednak w myśl porzekadła, iż każda nawet najpiękniejsza róża wypuszcza kolce, tak i ten kwiat przymierza błyszczał tylko z dystansu. Im bliżej połyskujących bielonych murów, tym brzydsze się stawały, a rzucany przez nie cień okrywał dzielnice biedoty niczym płachta narzucona na szpetne kalekie dziecię. Dziecię będące materialnym świadectwem tysięcy niespełnionych obietnic dobrobytu, dostatku i bezpieczeństwa.

Złoto kopuły okrywającej przepastną salę tronową odbijało padające nań światło. Promieniste odblaski nieubłaganie przerzedzały posępny półmrok zatłoczonych uliczek. Światło nie wybierało co pokazać, a co zostawić w ukryciu. Padało zarówno na kupieckie przybytki ociekające dobrobytem, jak i na bezdomnych zebranych we wszawe gromady, sieroty żebrzące o chleb, czy dziewki sprzedawane niczym worki mąki na jakimś makabrycznym targu. To wszystko w samym sercu ludzkości… Sercu, które powoli umierało pogrążone w wewnętrznym rozkładzie, zatrute ropiejącą zgorzelą niekończących się konfliktów.

Wojna hartuje dusze, rodzi silnych ludzi zdolnych przezwyciężyć najgorsze przeciwności losu – ale też powoli wypala w nich wszystko, co ludzkie, obdziera z człowieczeństwa, współczucia, miłości… Pozostawia istoty, które tylko pragną przetrwać; zwierzęta, skorupy walcząca o życie, łupiny niezdolne do współczucia, nieczułe na piękno. Z takimi jednostkami kraj sobie poradzi: znikną pożarci przez własny mrok, ale co jeśli dekady barbarzyństwa, lata rzezi zrodzą całe pokolenia? To właśnie jest jad wieloletniej wojny. Ukryta choroba, zgnilizna moralna, wolno działająca trucizna, która rozprzestrzenia się po społeczeństwie, hamuje rozwój, niszczy jedność, wypala wizję lepszej przyszłości.

Nic więc dziwnego, że koronacja młodego Cesarza była dla Sungardu tym, czym wschód słońca na dalekiej północy po długich miesiącach ciągłego mroku. Niosła nadzieję na oddech pokoju, kojącą bryzę zwiewającą lęk z umęczonych dusz. Ale Wilfred zastał walące się państwo otoczone wrogimi sąsiadami; nie mógł złożyć broni, nie od razu. Już pod koniec rządów ojca po kryjomu wygaszał konflikty, podpisywał traktaty, zyskiwał zaufanie. W końcu, po kilku latach pełnoprawnego panowania, granice przestały płonąc. Państwo mogło w końcu odpocząć, ale wojna niesie bogactwa, a łatwiej jest złupić niż wyhodować czy wyprodukować.

Wszystko to dawało przedsmak trudów związanych z realizacją stojącego przed władcą zadania, a na domiar złego z północno-wschodniego terytorium cesarstwa, dobiegały niepokojące wieści o szerzącej się pladze i nieurodzaju. Dolina z Bramą Dwóch Szczytów zwana Walonem słynęła ze swojej żyznej gleby i stanowił cenne źródło zaopatrzenia dla wiecznie głodnej stolicy Sungardu. Cesarz nie mógł sobie pozwolić na przywilej czekania aż sytuacja sama ulegnie poprawie. Nie teraz, nie kiedy pokój dopiero zaczynał osiadać na swoich świeżych fundamentach.

Wezwanie na salę obrad otrzymali przedstawiciele czterech zakonów rycerskich, ambasadorka jedynej zalegalizowanej gildii magów oraz arcykapłani ze świątyni Imaltis. Dobór uczestników nie był przypadkowy. Zakony lokowały swoje siedziby na krańcach cesarstwa a rycerze dyplomaci – nawet ci delegowani do stolicy – znali sytuację na pograniczu. Czarodziejka miała orzec, czy widzi w walońskiej pladze znamiona łamania astry, a kapłani stanowili głos ludu, wiedzieli, co niosą uliczne szepty, a czasami sami je kształtowali.

Wilfred przybył na naradę wcześniej, odprawił serwich i pogrążył w myślach nad ogromną mapą. Surowe wojskowe szkice wzbogacone talentem niejednego rysownika wykreślały farsę potężnego kraju. Kolosa nierozsądnie pozszywanego przemocą i strachem.

Ciężkie skrzydło rozwarło się z pociągłym metalicznym jękiem. Wpierw poczuł powiew chłodu, a potem zapach morskiej bryzy wymieszany z wonią irysów i róż. Uśmiechnął się lekko. To był prezent od niego. Nie podniósł wzroku.

Tym razem nie pójdzie jej tak łatwo.

Aura zdolna łamać symetrię astralnego pola otaczała maga niczym łuna księżyc w pełni. Lejla Winter, smukła kobieta o popielatych, niemal białych włosach. Kroczyła powoli, jakby szła w pochodzie ku czci kobiecości. Robiła to celowo: jej zgrabna figura zawsze przyciągała męskie spojrzenia, jak magiczny kamień żelazo – ale teraz szła tylko dla niego. Korzystała z chwili, kiedy są sami, kiedy mogła nęcić jego zmysły w niemal sadystyczny sposób.

Oderwał wzrok od mapy i stłumił odruchowy uśmiech – lubił tę grę.

Podeszła bliżej owalnego stołu i spojrzała Cesarzowi w oczy.

– Panie. – Pokłoniła się, przykładając do piersi dłoń skrytą w białej rękawiczce.

Wilfred nie stracił zimnej krwi, obdarzył czarodziejkę neutralną miną i uciekł wzrokiem na ryciny.

– Jest pani pierwsza, lady Winter – oświadczył tak obojętnie, jak tylko był w stanie. – Poczekamy na resztę i zaczniemy. Ja się trochę pośpieszyłem.

Albo jest coraz lepszy, albo faktycznie zobojętniał, pomyślała, taksując go wzrokiem i sięgnęła po broń ostateczną; broń typowo kobiecą, ale bezwzględnie skuteczną.

Kaptur od wyszywanego runami fiołkowego płaszcza uwolnił lawinę lśniących włosów. Opadły swobodnie na szczupłe ramiona. Pochyliła się nad pulpitem i wyeksponowała dekolt. Powietrze niemal skrzyło się od astry, niosło ułudę myśli, obrazów. Pieczęcie na murach zaczynały mienić się błękitem.

Oderwał oczy od mapy. Wygrała tę dziwną grę pozorów.

Nie padły żadne słowa, bo i nie musiały: spojrzenia mówiły za nich, mówiły prawdę. Opowiadały namiętną historię złożoną z wzajemnych pragnień i fantazji. Puściła Cesarzowi oko. Błękit tęczówek trafił prosto w serce.

– Wygrałam?

– Wygrałaś… – oświadczył niechętnie, uśmiechnął się i ruszył w kierunku swojej kusicielki.

Masywne drzwi zaskrzypiały ponownie, zapowiadając kolejnych uczestników.

– Zabawa przerwana – wyszeptała Lejla. – Przynajmniej na razie. Teraz trzeba poudawać naprawdę. –

Przejechała mu palcem po dublecie i odsunęła się na prawo.

W progu pojawili się kolejno sir Padan Sargus z zakonu Tarczy, sir Galard Wijert z Żelaznej Kuźni, mistrzyni zakonu Sióstr Miłosierdzia lady Selekta Weil oraz sir Lenart reprezentujący girzelskich Pieśniarzy. Jako ostatni przybył arcykapłan świątyni w Oruun, Sared Malton, który zatrzasnął za sobą ciężkie skrzydło okutych wrót.

Astra zalśniła na kamiennej framudze, wspięła się po ścianach, rozświetliła glify i przygasła. Zaklęcie czuwało nad magiczną hermetycznością komnaty, w której to pożarty przez rozpacz i obłęd ojciec Wilfreda, planował kolejne kroki w niekończącej się wojnie. Większość ostatnich jego rozkazów nie została wykonana; pod koniec żywota rządził tylko tą komnatą.

– Światło z tobą, kapłanie i niechaj nam wszystkim, panowie i panie, Imaltis błogosławi. – Cesarz powitał przybyłych standardową formułką: bardzo formalną i zakorzenioną w tradycji. – Czy nie przybędzie już nikt ze świątyni? – spytał hierarchy Sareda, który, zauważony, jakby się skurczył i przygarbił.

– Światło w tobie, Cesarzu. Dziś ja mówię głosem Matki.

Przekazał dokument przed oblicze Wilfreda i zajął miejsce pośród zgromadzonych. Cesarz przemknął wzrokiem po zwoju, a następnie po twarzach uczestników. Ich miny wyraźnie wykazywały brak zachwytu z powodu nagłego wezwania: Padan czerwienił się od spożytych trunków, których nie odmawiał sobie nigdy; Selekta stała poirytowana, że nie zdążyła zrobić tego, co Padan; Galard ziewnął ukradkiem; Lenart łapczywie rozbierał wzrokiem Lejlę, a kapłan nerwowo zgrzytał zębami i miętoląc paciorki, wyczekiwał upragnionej prowokacji ze strony magiczki. Tymczasem czarodziejka nie szczędziła kapłanowi sympatycznych uśmiechów i pewna swojej pozycji stanęła po prawicy Cesarza: gest celowy i w pełni satysfakcjonujący – ją.

Wilfred nie zaprosił oruńskich strategów, zręcznie wykładając dyplomatyczne karty; ego zakonów zostało pogłaskane na tyle, że obecność czarodziejki obeszła się bez protestów. Z doradcami planował bardziej oficjalne i formalne spotkanie.

– Dobrze, rozpocznijmy zatem – oznajmił Cesarz z ledwie wyczuwalną niechęcią w głosie.

Oparł ramiona o stół i ponownie spojrzał na mapę. Na północnym wschodzie zaznaczono obszar młodego Walonu z wyszczególnionymi miejscami strategicznymi takimi jak port w Dannanhal czy stolica regionu Watenfel. Po drugiej stronie rzeki Baskir drewniany pionek w kształcie uzbrojonej mniszki markował niemal lustrzane odbicie Watenflel, miasto Telmonton; skrzydlaty hełm w centrum prowincji Dalon oznaczał stolicę; mosiężna brama wyznaczała północno-wschodnią granicę w Girzel; a wschodnie wybrzeże zdobiły Młot, Kotwica oraz Kowadło kolejno: Hejmryt, Mederet i Bermet.

Za plecami Wilfreda dumnie prezentował się szef gwardii pałacowej Hektor Eldenfist, Wulkir, weteran i bohater wojny z Podziemnymi. Jego sylwetka rzucała potężny cień wyeksponowany światłem z paleniska. Jeździec pasiastych niedźwiedzi bacznie obserwował ambasadorów, studząc tym samym ewentualne zapędy do wszczynania jakichkolwiek awantur czy choćby gwałtowniejszych ruchów.

Po krótkim zamyśleniu Cesarz przemówił:

– Jak zapewne wiecie, sytuacja w Walonie pogarsza się z każdym tygodniem. – Złapał za pionek w kształcie kruka i zakreślił żyzny obszar w środku krainy. – W obliczu zbliżającej się zimy ten spichlerz Cesarstwa strawiony przez zarazę oznacza głód w całym kraju. Na domiar złego, gleba w tym roku nigdzie nie była łaskawa, więc dostawy z północy przybrały strategiczny charakter. Bez zaopatrzenia z północy Sungard pogrąży się w chaosie. Już nie jest łatwo utrzymać bezpieczeństwo na szlakach handlowych, a co dopiero po głodnej zimie. Musimy zażegnać kryzys, nim wywoła krwawą falę. Wojna domowa nikomu się nie przysłuży prócz tych, którzy chcą rabować, plądrować i rozgrabić Cesarstwo z resztek jego siły.

– Jeśli pozwolisz, panie… – Jako pierwszy głos zabrał Padan Sargus. Przemówił przygaszonym, spokojnym głosem; powoli, bo wino szumiało mu głowie. Pochrząkał, poprawił monokl i zaczął chrypieć papierowo: – Szanowni zgromadzeni… Ludzie, którzy przybywają z Walonu niosą bardzo złe wieści. – Spuścił głowę i pokręcił nią w udawanej trosce. – Karawany opowiadają o ziemi, która rodzi trujące owoce i warzywa. – Wybałuszył oczy, żeby dodać słowom więcej dramatyzmu. – Wpierw sczezły letnie płody rolne, a teraz słabną zwierzęta i ludzie. Nigdy wcześniej Walon nie widział czegoś takiego. – Przetarł monokl. – Trzoda, pomimo napojenia i dostatku paszy, przewraca się i zdycha. – Ciche oznaki dławionego oburzenia zawisły w szybko gęstniejącej atmosferze. Nikt nie chciał otwarcie zademonstrować zaniepokojenia, ale on przedzierał się przez zaciśnięte gardła w formie głośnych chrząknięć i pomruków. Padan kontynuował zadowolony z atmosfery lęku, którą wprowadził: – Myśliwi twierdzą, że z lasów zniknęła zwierzyna łowna. Boją się wchodzić głębiej między drzewa, żeby nie przepaść, i jeszcze ta wszechobecna woń rozkładu, i…

– Nie sądzisz, Padanie, że to brzmi trochę jak opowieści przerażonych chłopów? – przerwała mu Lejla. Wyczuła w gestach i słowach sir Sargusa, coś na kształt upiornej teatralności. – Nieświadomość rodzi niepokój, a on jest idealną pożywką dla wybujałej wyobraźni.

– Lady Winter, z całym szacunkiem – oburzył się Padan. – Nawet jeśli część tych opowieści, to tylko wymysły, pewne jest, że ci ludzie są przerażeni. Mieszkańcy Walonu poskromili srogi klimat doliny północy. Nie boją się byle wilka czy wściekłego kozła!

Sir Sargus zwykle ważył słowa, ale lekceważący ton Lejli naruszył jego solidny fundament samokontroli. Wiele lat uprawiania ciężkiej dyplomacji u boku poprzedniego Cesarza, nadwyrężyło nawet jego pokaźne pokłady cierpliwości. Całe szczęście Hektor stojący za plecami władcy niczym mityczna zbroja Starszych Arian zmuszał do powściągliwości w gniewie – choć ciężko sobie wyobrazić jak rycerz weteran okłada staruszka. Niemniej jednak sir Sargus z pewnością zobrazował sobie to w myślach, bo nie kontynuował.

– Magia! – Krzyknął nagle Sared, upatrując w powstałym napięciu idealny moment na pokaźną dawkę uprzedzeń. – Nie mam co do tego wątpliwości! Jakiś obłąkany czarodziej zrobił sobie z Walonu osobisty plac zabaw i miejsce do plugawych eksperymentów.

– Arcykapłanie Malton, chciałam tylko przypomnieć, że magii nauczyli nas Starsi Ariendi, wybrańcy Matki Imaltis – rzuciła uszczypliwie czarodziejka.

– Lady Winter, nie od dzisiaj wiadomo, że ingerencja w astrę bez protekcji z głębokiej wiary potrafi mocno namieszać w głowie i wypaczyć nawet najpoczciwszą duszę – ripostował kapłan, ale już w bardziej wyważony sposób.

– Jeśli oboje macie zamiar obrzucać się błotem, to Hektor eskortuje was na zewnątrz. Nie zebraliśmy się tu, żeby rozdrapywać stare rany, a żeby w porę oczyścić nową, zanim zakażenie rozejdzie się po całym kraju – upomniał ich Wilfred. – Opieramy się na faktach, a nie uprzedzeniach – ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował, a Lejla puściła oko do kapłana. – To tyczy się również pani, lady Winter – dodał Cesarz. Sared odesłał jej wredny uśmiech. Całość przypominała kłótnię rodzeństwa przy posiłku albo dzieci w piaskownicy. – Wasza postawa znacząco utrudnia identyfikację źródła problemu, tym samym oddalając nas od rozwiązania – kontynuował Wilfred. – Lady Winter. Według mojej wiedzy mistrz Markus szuka źródła zarazy. Czy jest pani w stanie powiedzieć coś więcej?

– Oczywiście, wasza wysokość – odpowiedziała szorstko, oficjalnie. Nie spojrzała mu w oczy. Chowanie lazurowych tęczówek było swego rodzaju karą; karą bardzo osobistą, taką, która zaboli tylko jego. – Wasza cesarska mość, panowie. Na przestrzeni lat Walon traktowano jak zieloną oazą na pożółkłej sawannie, a duży popyt na żywność i możliwość zarobku zachęciły wielu rolników do zaniechania przerwy na regenerację gleby. Każda ziemia eksploatowana tak intensywnie w końcu wyjałowieje. Północ jest zmęczona jak kobieta po kilku porodach z rzędu i podatna na ataki natury; trzeba dać jej odpocząć.

– Do sedna, lady Winter – upomniał ją Wilfred. Wiedział, że spotka go za to kara, ale musiał temperować jej zapędy do rzucania oskarżeń.

– Oczywiście, panie. Zmierzam do tego, iż nie potrzeba magii, żeby wyeksploatować pastwiska i pola; wystarczy zwykła ludzka zachłanność.

– Lady Winter, a czy ludzie i zwierzęta również padają, bo zmęczyły się życiem po zbyt wielu wiosnach? – wtrącił się przedstawiciel Kuźniarzy, Galard Wijert.

Chciał wyprowadzić czarodziejkę z równowagi, ale jedyna oznaka zdenerwowania Lejli rozeszła się po magicznym polu i rozbiła o mury komnaty niczym delikatna fala o wysoką skarpę. Nikt ze zgromadzonych nie mógł tego wyczuć: nie byli Wrażliwymi. Wiedziała o tym, wyczułaby, gdyby było inaczej.

– Sir Wijercie… – nabrała powietrza, ale wypuściła je powoli i tylko uśmiechnęła się lekko. – Słuszne spostrzeżenie. Jako, iż pański zakon sam pała się magicznym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 2 — czytnik · opowiadania