Fantasy · 11 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 24
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Na widok przybyszy Mavis zmieniła się nie do poznania. Jej twarz rozpromieniała, policzki nabrały rumieńców, a upozorowany entuzjazm przypominał grę aktorską na teatralnej scenie.
– Oh! Arcykapłan Sared! – pozdrowiła duchownego z emfazą i podeszła do młodego – jak na arcykapłana – mężczyzny, w złoto-białym habicie.
– Cóż za przyjemność gościć waszą świątobliwość w naszych skromnych progach.
– Wskazała gestem na ogromną komnatę wypełnioną zabytkowymi meblami i wyszywanymi pozłacaną nicią arrasami.
– Witam Lady Galat – Sared spąsowiał i spojrzał nieśmiało w jej dekolt, niemal natychmiast besztając się za to w myślach. – Pani Ambasador jest czarująca jak zwykle – skomplementował i pocałował podsuniętą dłoń namiestniczki.
Mavis może i nie była klasyczną pięknością, do której wzdychają tłumy, jednak miała w sobie coś, co onieśmielało mężczyzn: przytłaczającą pewność siebie, którą emanowała każdym ruchem, słowem i spojrzeniem.
– Pani Namiestnik – warknął Mezmir.
– Ach te tytuły; co my byśmy bez nich zrobili – oświadczyła Mavis i zaśmiała się sztucznie – A ten przystojny mężczyzna za waszą świątobliwością, to zapewne sir Hektor. Przekierowała wzrok na stojącego nieco w cieniu, kolosalnego szefa gwardii.
Część 22 / 4
– Lady Galat – Hektor oddał pokłon.
– Nigdy nie mieliśmy okazji bliżej się poznać na cesarskim dworze sir Hektorze – Lady Galat rzuciła mu skrupulatnie dobrane spojrzenie: takie, które ma trafić w słaby punk przeciwnika i go rozbroić.
– Pani, podziwiać twą urodę z bliska to prawdziwa przyjemność – skomplementował kapitan, jak na gentelmana i rycerza przystało.
– Arcykapłanie, Hektorze. Co was tu sprowadza? – Wtrącił się Mezmir. On w przeciwieństwie do Siostry nie zmienił swojego zachowania: nadal był posępny, oschły i rzucał słowami ja żyletkami, co idealnie pasowało do jego ogólnej aparycji. Blada cera, mocne kości policzkowe i długie – jak na mężczyznę – brunatne włosy. Wszystkie te atrybuty połączone z tym niepokojąco pustym spojrzeniem, nie zachęcały do rozmowy. Sared jednak był zdeterminowany.
– Namiestniku Mezmirze – pozdrowił go pokłonem, nabrał powietrza i zaczął przemowę z zawziętością i werwą niczym na porannym kazaniu:
– Przybyliśmy do Watenfel przed dwoma dniami, co dało mi czas rozeznać się w sytuacji.
– I jakież są wnioski z twoich obserwacji? – przerwała mu zaciekawiona Mavis.
– Z rozkazu cesarza miałem wspomóc kapłanów Imaltis w walce ze skutkami zarazy, która szerzy się w Walonie i potęguje niepokoje społeczeństwa związane z panującą klęską nieurodzaju.
Część 33 / 4
– Do rzeczy Saredzie – burknął namiestnik.
– Oczywiście panie. Otóż jest gorzej niż zakładałem: pobliskie pola święcą pustkami, a izby świątynne przepełniają chorzy, szukający pomocy i opieki. Owszem niektórzy z nich są wychudzeni, ale to, co im doskwiera… ta słabość, chroniczne zmęczenie i… i oczy… Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Puste i szare, jak u trupa.
– Mamy świadomość tej trudnej sytuacji arcykapłanie. Twoje spostrzeżenia nie wnoszą nic, czego sami byśmy nie wiedzieli. – Mezmira zaczynała irytować ta rozmowa, a kapłana speszył pogardliwy ton namiestnika; zdołał jednak opanować drganie głosu i kontynuował.
– Panie, nie wątpię w waszą wiedzę.
– Zatem pytam jeszcze raz. Co was do mnie sprowadza? – naciskał Mezmir, a Mavis tylko się temu przyglądała, skrywając uśmiech za przystawionym do ust kieliszkiem.
Po chwili zwątpienia, Sared, wiedziony chęcią zakończenia nieszczęść, których był świadkiem, szybko zebrał się w sobie. Nie dam się stłamsić przez ten posąg, pomyślał.
– Panie, zeznania ludzi spoza murów są chaotyczne, ale mają wspólny element. Tuż przed pierwszymi oznakami zarazy, w każdym gospodarstwie zjawia się tajemnicza postać z insygniami świątyni. Błogosławi uprawy, w zamian prosząc jedynie o nocleg. Śmiem twierdzić – uniósł palec lewej ręki, dając sygnał, iż zbliża się coś ważnego i wymaga niepodzielnej uwagi od słuchaczy.
Część 44 / 4
– Śmiem twierdzić, iż przyczyny tego zjawiska mają podłoże magiczne – zaakcentował i poczuł ulgę, jak po zrzuceniu worka z balastem, który zalegał mu na duszy. Sama treść stwierdzenia, w jego przypadku, nie było niczym zaskakującym ani odkrywczym. Kapłani Imaltis wszystkie nieszczęścia zrzucali na magię: zdechł mi kot – magia! Pada – magia! Nie pada – magia! I inne tego typu sprawy. Na tle tego, zaraza była książkowym przykładem użycia demonicznej astry.
– I tyle? – spytał lekceważąco Mezmir.
– Panie, moim zdaniem w Watenfel, ktoś podszywa się pod kapłankę Imaltis i zatruwa uprawy – konfabulował Sared. – Miejscowi duchowni podzielają te obawy – dodał, umacniając swoje stanowisko.
– W jakim celu i nader wszystko, kto miałby to czynić Saredzie? – Na czole Namiestnika pojawiły się zmarszczki: ta „burza” ekspresji w wydaniu Galata, oznaczała głębokie poruszenie.
– Na to… – kapłan westchnął ciężko – Niestety nie mam jeszcze odpowiedzi, dlatego przychodzę prosić o pomoc, panie – Mavis podeszła do stołu, aby nalać sobie wina, ale spostrzegła, że obok karafki stoi pełny kielich zaś biały fartuszek znika w drzwiach dla służby.
Namiestniczka wzruszyła ramionami, wymieniła naczynia i wróciła do toczącej się rozmowy:
– Arcykapłanie, jesteśmy bardzo wdzięczni za ofiarowaną pomoc i fakt, że los naszych obywateli nie jest ci obojętny. Oczywiście…