Fantastyka · 15 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Gdy Wilfred został sam w wyodrębnionej komnacie, zaczął zachowywać się w nieco osobliwy sposób, zupełnie jakby presja utrzymania kraju w jednym kawałku zeszła mu z barków i udała się na zasłużoną przerwę.
Podszedł do lustra, obejrzał odbicie całej sylwetki, uśmiechnął się dwa razy – po razie na każdy profil – poprawił dublet z herbowymi skrzydłami wyszytymi na plecach i wyczekująco spojrzał w stronę wejścia. Drzwi pozostawały irytująco zamknięte, więc skupił uwagę na hipnotyczny ruch płomieni tańczących w palenisku.
Ogień nagle przygasł skarcony smagnięciem mroźnego powietrza. Zapachniało zimą, choć ta spała jeszcze na dalekiej północy i śniła o swoim nadejściu. Schłodzony oddech Cesarza pozostawił mętną smugę. Wilfred spojrzał na zjeżoną skórę rąk i uśmiechnął się delikatnie.
– Jak zwykle o czasie i jak zwykle efektownie – rzucił jakby do podłogi.
– Taka moja natura: zimna na zewnątrz, gorąca… w sercu. – Zatrzasnęła za sobą drzwi i zbliżyła się do ogromnego owalnego blatu. Miejsce uprzątniętej mapy zajmowały pieczone mięsa, owoce i karafka delikatnego Nektaru z Planfert.
– Wzywałeś, mój panie.
– Nie przestawaj. – Obrócił się do niej z zadziorną miną wyrysowaną na pociągłej twarzy.
Część 22 / 6
Cienki kaftan czarodziejki częściowo zdradzał, co znajduje się pod nim i czego na pewno tam nie ma.
– Jestem gotowa, by ci służyć, panie. – Dygnęła łagodnie.
Namiętny uległy głos zagotował Wilfredowi krew. Dopadł do niej tak szybko, że postronny obserwator uznałby to za czary.
– Dobrze wiesz, że nic tak mnie nie podnieca, jak słowo „panie” padające z twoich ust. – Uniósł woal i musnął wargami po alabastrowym karku. – Mamy całą wyciszoną komnatę tylko dla siebie. – Odsunął usta od pachnącej skóry i spojrzał Lejli prosto w oczy. Po jej lśniących tęczówkach wędrowały poblaski magicznego błękitu.
– Och nie! Nikt nie przyjdzie mi z pomocą!... – zawodziła karykaturalnie, udając omdlenie. – Zamierzasz mnie torturować, panie? – odstąpiła od Wilfreda i posłała zalotny półuśmiech zza ramienia. – Czym zawiniłam? Ja biedna, bezbronna i całkowicie oddana czarodziejka… – łkała dramatycznie podczas wyjątkowo powolnej ucieczki za stół.
Cesarz przyglądał się jej niczym tygrys bawiący się zdobycznym jelonkiem.
– I wariatka do tego! – Rzucił się na nią, chwycił w ramiona i zaczął namiętnie całować. – Torturą jest patrzeć na ciebie i zachować powściągliwość. Jeszcze jedno słowo podczas obrad i nie ręczę za siebie.
Część 33 / 6
– Chciałabym zobaczyć minę ojczulka, kidy mnie bierzesz: przed nimi, na stole. – Zaśmiała się głośno. – Ech… Niestety mogę tylko pomarzyć – odwróciła wzrok od wpatrzonych w nią pożądliwych oczu.
Żar namiętności przygasł.
– Dobrze wiesz, że musi tak być. Jeszcze za wcześnie, jeszcze nie mam mocno ugruntowanej władzy. – Ściszył głos i czule odgarnął jej piękne, niemal białe włosy. – I tu nie chodzi o ciebie. Zakony to zatwardziałe łby w dodatku każdy ze swoimi ambicjami. Boją się utraty autorytetu i przywilejów. Boją się, że pokój zmniejszy ich rangę, a magia zastąpi stal.
– Bzdura – fuknęła Lejla i ujęła twarz władcy w urękawiczone dłonie. – Wiesz ilu magów potrzeba, żeby wygrać bitwę? – Uśmiechnął się tylko, bo znał odpowiedź. – Wystarczy, że wróg wystawi czterech i zwycięstwo masz w kieszeni. Popłoch gwarantowany.
Podniósł Lejlę i posadził na stole. Misy z ciepłym jedzeniem runęły na podłogę z metalicznym brzękiem. W oczach Cesarza prócz pożądania jarzyło się coś jeszcze; coś, co nie było tylko instynktem. Czarodziejka nadal udawała zasmuconą, choć zarzucony na powrót woal skrywał pragnienie.
– Niech myślą, że jesteś tylko nałożnicą, zabawką. Niech opuszczą gardy, a potem… – wyszeptał, sunąć ustami po obojczyku. Zwiewny kaftan uniósł się do góry. – Potem się zdziwią, ale już będzie za późno.
Uśmiechnęła się. Nawet jeśli to tylko ułuda, odległe marzenie, to chciała mu wierzyć.
Część 44 / 6
– Wiem i rozumiem, ale te podchody coraz bardziej mnie męczą – naciągnęła tkaninę na uda. – Od ciągłego udawania i skradania się nie wiem, czy mam jeszcze siłę na cokolwiek innego – wypowiedziała te słowa, pieszcząc stopą krocze Cesarza, co u wszystkich znanych gatunków, które posiadają krocze, sygnalizowało coś kompletnie przeciwnego.
– Jako twój władca nakazuję ci, żeby ci się chciało!
Zaplotła mu ramiona na karku i spojrzała w brązowe oczy.
– Wiesz, że najchętniej weszłabym tu już naga, ale przyzwoitość nakazuje opierać się zalotom przez co najmniej kilka oddechów i maślanych mrugnięć. – Zasłoniła twarz woalem i odpięła kilka guzików przy dublecie.
– Ha! – Roześmiał się w głos. – Czy to są nauki twojej gildii? Jeśli tak, to muszę cię wysłać do porządniejszej szkoły.
– Może do świątyni Matki? Wiesz, że musiałabym złożyć śluby czystości i w całości oddać się Imaltis. Piękna kapłanka Lejla Winter! Świetlista dziewica! – Wzniosła ręce, udając modły.
– Na to już chyba trochę za późno – skomentował uszczypliwie i zaczął sunąć dłońmi po ciepłych udach.
Część 55 / 6
– Wiesz… – Pogłaskała szorstki zarost. – Są pewne magiczne sposoby odnowy czystości kobiecego łona.
– Stop! Nie chcę tego słuchać! – Odskoczył, jakby nagle zaczęła parzyć. – Nie chcę zwątpić w to, co czułem. – Zasłonił uszy.
– Czy mam sprawić żebyś i tę rozmowę zapominał, panie? Wystarczy słowo. – Objęła go w pasie i wsunęła dłonie za sprzączkę.
– Chodź tu, czarownico! – Chwycił ją raptownie i przełożył przez ramię. Oboje z trudem powstrzymywali śmiech, ale nie chcieli wypaść z ról i zepsuć namiętnej gry wstępnej.
– Lejlo Winter! Za używanie mocy w sposób dalece nieprzyzwoity, skazuję cię na upojną noc z miłościwie nam panującym Wilfredem IV! – ogłosił wyrok.
– Nie, panie! Proszę o łaskę! Te wszystkie zioła i magiczne mikstury to na mój własny użytek – zawodziła zaskakująco wiarygodnie.
– Dość tych kłamstw, wiedźmo! Dla takich jak ty nie ma litości. Wyrok wykonamy niezwłocznie!
Część 66 / 6
Zaniósł Lejlę do małej alkowy zabudowanej grubymi kamiennymi ścianami i rzucił na łóżko – brutalnie, ale z rozsądkiem. Wzburzona aura czarodziejki buzowała od emocji, wprawiała symetrię magicznego pola w chaotyczny rezonans. Nie przestawał całować. Przygotowane pod łóżkiem runy chwytały rozrzucaną moc coraz łapczywiej. Nie był to pierwszy raz, kiedy postanowili wykorzystać tę niewielką komnatę bez „oczu” i „uszu”. Wszystkie bariery czekały w gotowości, choć nosiły ślady intensywnej eksploatacji.
Wilfred niemal zerwał z Lejli kaftan i wyrzucił za siebie. Iluzoryczna tkanina wyparowała gdzieś na podłodze. Czarodziejka leżała prawie całkiem naga i prężyła chętne ciało, ściskając pościel przez białe rękawiczki. On nie pozostał dłużny. Każdy mężczyzna wykazywał wrodzoną zdolność do pozbywania się spodni w mgnieniu oka.
Ekstaza luzowała wszelkie hamulce umysłu. Ściągnął z niej bieliznę. Ona rozdarła mu koszulę. Oddali się namiętności: dzikiej, dynamicznej. Wzburzona aura Lejli roziskrzyła runy pod posłaniem. Czarodziejka odrzuciła gromadzącą się magię z głośnym jękiem. Chłodna fala przecięła świetlik diamentowym szronem. Wilfred był już blisko; odczytała jego lekki grymas. Zaleta długoletniej monogamii.
– Poczekaj na mnie – wyszeptała, po czym przejęła inicjatywę.
Zmiana ról wcale mu nie wadziła, wręcz przeciwnie. Jej tatuaże wokół pępka i bioder mieniły się hipnotycznie, a krople potu spływające po skórze potęgowały efekt lśnienia. Oczy Lejli płonęły błękitem, a głośne jęki przypominały agresywną kłótnię w języku Ach…! Och…!
Kilka chwil później runy przygasły, a wszechobecną…