fantastyka · 10 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 32
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
**** Z magicznej encyklopedii ****
Arkanistą nazywano czarodzieja, który doprowadził kontrolę swojej aury niemal do perfekcji. Potrafili oni rozbijać symetrię magicznego pola w bardzo precyzyjny sposób, co czyniło z nich dobrych zaklinaczy, jak również niebezpiecznych przeciwników.
Arkanista nie potrzebował angażować dużej siły woli i skupienia do zaplatania prostszych zaklęć, przez co mógł nimi ciskać na zawołanie.
****
Po kolacji Eliot odprowadził Lejlę do jej pokoju. Kobieta ściągnęła kożuch i przysiadła na skromnym łóżku. Przywykła raczej do większej wygody, ale nie wybrzydzała. Była oczarowana doświadczeniem „prawdziwej” rodziny, co skłoniło ją do przemyśleń o własnym życiu i dokąd ono zmierza. Nigdy nie poznała swoich rodziców. Ktoś zostawił ją pod drzwiami Archiwów w Taledark, gdy była noworodkiem. Miejscowi mistrzowie i adepci sztuk magicznych byli jedyną rodziną, jaką znała, a teraz dołączył do niej jeszcze Wilfred, no i w pewnym sensie Selekta.
– Selekta! – krzyknęła jak wybudzona z koszmaru. W pośpiechu wyciągnęła swój fragment jadeitu, oplotła kamień aurą i zamknęła oczy. W myślach, na przemian pojawiały się i znikały obrazy przyjaciółki. Żłopała piwo, szczerząc się tym jej charakterystycznym, końskim uśmiechem. Czarodziejka poczuła spokój i radość płynącą z sympatii do Safonki.
Połączenie zadziałało.
Część 22 / 4
– Mała wiem, że mnie słyszysz… – rozbrzmiał spokojny głos Safonki, który nie pasował do napięcia niesionego w pobudzonej astrze.
– Znalazłam Weismana, wszystko gra – kontynuowała Trybada – Jutro dołączę do ciebie, nie martw się o mnie. Kurwa… – Zerwało kontakt, a obraz się rozproszył.
– No tak, cała Selekta. Pewnie go upuściła – skomentowała Arkanistka i odłożyła swój fragment kamienia na stoliku.
Dochodził wieczór, a słońce osiadło na płaskim, polnym horyzoncie. Do czarodziejki dopiero teraz dotarło, że jest potwornie wyczerpana, więc zasnęła niemal natychmiast, gdy tylko jej głowa dotknęła miękkiej poduszki. Śniła o Oruun, o Gildii, o tym wszystkim, za czym tęskniła. Oczywiście nie mogło zabraknąć ukochanego.
Spleciona w podświadomości senna iluzja, przybrała kształt małej sypialni, tuż obok sali obrad, w której po raz ostatni spędzili razem noc. Wilfred stał kompletnie nagi, odwrócony twarzą w stronę otwartego okna. Z zewnątrz do komnaty wpadały języki światła, roztaczając czerwoną-żółtą poświatę na kamiennej posadzce i ścianach.
Stał nieruchomo. Nawet jeden z licznych, wyrzeźbionych mięśni na plecach i barkach, nie drgnął, gdy podeszła bliżej.
Złapała go za przedramię. Obrócił się gwałtownie, nienaturalnie rozmywając w czasie i przestrzeni. Czarodziejka zamarła. Chciała krzyczeć, ale krzyk był niemy.
Część 33 / 4
Jego delikatną i silną zarazem twarz, którą pamiętała, teraz szpeciły głębokie blizny po oparzeniach. Odskoczyła, ale mara złapała ją za rękę.
– Wstawaj… – nakazał szeptem, nie drgnąwszy żadną ze spalonych warg. Ściany zafalowały i rozmyły w fazie.
– Wstawaj! – Wrzasnął paląc dotykiem jej skórę. Czarodziejka obudziła się z krzykiem. Nie wiedziała, co się stało ani gdzie jest. Serce waliło jej w piersi, jakby chciało pogruchotać żebra.
Świadomość wracała powoli, chaotycznie. Na ścianie, żółto-czerwone światła tańczyły w rytm niesłyszalnej muzyki. Wyjrzała na zewnątrz. Całe pole pszenicy stało w ogniu. Pospiesznie narzuciła kożuch i wybiegła z pokoju. Na środku izby, przerażona Otmar kurczowo trzymała wystraszonego Eliota.
– Gdzie Emir? – spytała Lejla.
– Pobiegł ratować zwierzęta – oznajmiła rozdygotana. – Nie idź. Cała stodoła płonie!
– Wyjdźcie na zewnątrz i oddalcie od ognia. Ja znajdę twojego męża Otmar. Masz moje słowo – zapewniła kobietę, zasłoniła usta i nos chustą i wybiegła z chaty.
Część 44 / 4
– Niech pani uratuję tatę! – krzyczał zapłakany Eliot, trzymając się halki matki.
– Bez obaw mały – pomyślała na głos i ruszyła do zagrody stojącej na skraju sadu owocowego. Ogień z płonących karłowatych drzewek wspiął się na strzechę i zajął już cały dach budynku. Płomienie buchały jak oszalałe, a drewniane bele pękały od żaru. Emir wyprowadzał zwierzęta jedno po drugim. Całą twarz miał w poparzeniach, a ciało i ubranie osmolone.
Osunął się na ziemię, zanosząc od kaszlu.
Czarodziejka podbiegła do niego tak szybko, jak tylko mogła.
– Wszy… wszystko stracone! – Chwycił jej dłonie. – Ca... Ekhe… Cały mój dorobek! Ekhe… Ekhe… Co my teraz zrobimy? – zawodził, kaszląc dotkliwie, a jego łzy parowały niemal tuż pod powiekami.
– Nie martw się. Nie pozwolę na to – Lejla odciągnęła go z dala od ognia i stanęła naprzeciwko trawionego budynku. Emir mógł się tylko przyglądać. Nie miał siły stanąć na własnych nogach. Uwięzione zwierzęta ryczały, rżały i muczały gotowane żywcem.
– Pora zbudzić swoją domenę – oznajmiła i zamknęła oczy.…