Fantastyka · 12 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 45
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
****Z cyklu cesarskie zakony i czym się chełpią****
Główna siedziba rycerzy zakonu Zwycięskiej Pieśni, potocznie zwanych Pieśniarzami, mieściła się w mieście Girzel, powstałym u stóp ogromnej Bramy strzegącej wejścia do doliny Artem, zamieszkanej przez Starszych Ariendi.
W skład zakonnych jednostek wchodziły dwa elitarne oddziały: kawaleria Hiltzal i snajperzy okrzyknięci Trębaczami Śmierci.
Pierwsi stanowili jednostkę zwiadowczą i dosiadali leśnego gatunku bezwłosych koniowatych o wyjątkowo grubej skórze, zwanych kelcami. Te koniki wielkości średniego kuca, pochodziły z lasów centralnej puszczy, Prehatanal i zostały zaadaptowane przez zakon około dwóch wieków temu.
Dlaczego akurat te konie nadawały się do zwiadu? Ano głównie ze względu na ich zdolność modyfikacji koloru skóry, aby dopasować się do otoczenia. Może nie potrafiły tego w takim zakresie jak kameleon, ale i tak dawało to ogromną przewagę w działaniach wywiadowczych.
Wadą tych zwierząt był brak chęci do rozrodu w warunkach hodowlanych, więc na młode polowano i odbierano matkom, na wolności.
Snajperów natomiast, ochrzczono Trębaczami Śmierci, gdyż ich strzały wyposażano w specjalne lotki, które niosły pociski z wielką prędkością, a cel, chwilę przed śmiercią, słyszał charakterystyczny dźwięk syczącego powietrza.
Doskonały wzrok wybranego Pieśniarza w połączeniu z mocnym łukiem uzupełniały całości, tworząc śmiercionośną broń.
Część 22 / 4
*******
HEKTOR cz. 2
Cicha ucieczka nie wchodziła w grę: zewnętrzny mur był szczelny i, co prawda niższy niż jego starszy brat, ale nadal wysoki a ponadto, obecnie, gęsto patrolowany. Obstawiono też ujścia pobliskich cieków wodnych.
Ustalony plan przedarcia na drugą stronę był brawurowy, niebezpieczny i wymagał osłony z całunu nocnej ciemności. Po zachodzie słońca jeden z Pieśniarzy przebrany w kruczy mundur, musiał odwrócić uwagę strażników przy bramie, w tym czasie, łucznicy obezwładnią strzelców na wieży, a pod ich osłoną dwóch rycerzy zabezpieczy dźwignię od stalowej bramy. Całe szczęście wśród rycerzy zakonu Zwycięskiej Pieśni wchodzących w skład eskorty było dwóch dobrze wyszkolonych snajperów, to znacząco zwiększało ich szansę.
Gdyby udało się to wszystko osiągnąć – co już było nie lada wyzwaniem – Hektor wraz z ostatnim rycerzem, ruszą do walki na zaskoczonych kruków, stojących w przejściu.
Jednak łatwiej powiedzieć niż wykonać. Straż przeważała ich liczebnie. Niestety nie było innego wyjścia. Północna brama miejska, paradoksalnie, stanowiła najlepszym punkt na błyskawiczny atak: po pierwsze, dlatego że musieli przemycić konie, więc wchodzenie na mur nie było opcją; po drugie Walończycy nie spodziewali się szturmu w tym miejscu, a raczej na południu, skąd najbliżej do mostu nad Baskirem.
Pod osłoną nocy, rycerze zajęli swoje pozycje, skrywając się pomiędzy budynkami i różnymi obiektami rozstawionymi w terenie.
Pierwszym zadaniem było zdobycie przynajmniej jednego kruczego rynsztunku. Sześciu Walończyków stało przed wierzeją, zaś trzech innych patrolowało okolice. Gdy przechodzili nieopodal ukrytego w gęstych zaroślach Hektora, miał on okazję podsłuchać, o czym rozmawiają.
Część 33 / 4
– Słyszałeś, że znaleziono dwóch naszych martwych na posterunku? Podobno to ten babochłop uciekł z więzienia i się mści.
– Słyszałem, że poderżnęła im gardła i wydłubała oczy? Wściekła sucz! Dobrze, że posiłki nam przysłali – odpowiedział drugi mężczyzna. Obaj brzmieli, jakby mieli zaraz narobić w spodnie, a schowani za beczkami Pieśniarze spojrzeli po sobie, z uśmiechem wnioskując, że mistrzyni ma się dobrze.
Kapitan Eldenfist, gestem, wydał rozkaz. Jego ludzie zaszli strażników od tyłu i obezwładnili, nim ci zdążali choćby jęknąć. Nie było mowy o podrzynaniu gardeł, a przynajmniej nie dopóki mieli na sobie skórzane zbroje: zakrwawione nie nadawałby się do niczego.
Zaciągnęli nieprzytomnych za pobliskie skrzynie. Hektor w geście szacunku zamknął im oczy i niedbale nakreślił runy słońca na czołach, po czym zwrócił się do snajperów.
– Weźcie ich zbroje i ubrania: w przebraniu będzie łatwiej dostać się na szczyt wieży obserwacyjnej. – Potem dobić ich. Nie możemy ryzykować ani bawić się w niańczenie.
– Tak jest. – Bezzwłocznie wykonali rozkaz. A Wulkir spróbował przywdziać trzeci, kruczy mundur, lecz, pomimo starań, nie dał rady się w niego wcisnąć.
– Niech to cholera! – burknął poirytowany – Czy oni ich tu nie karmią? Takie chuchra w armii służą, phy… – odwrócił się do miecznika stojącego tuż obok – Ty to załóż i zajmij tych pod bramą – wydał rozkaz i choć rycerzowi średnio odpowiadała rola wabia, wykonał polecenie bez słowa sprzeciwu.
Część 44 / 4
– Na murach robi się tłoczno – dodał Kapitan i rozejrzał się po oświetlonych pochodniami blankach. – Ja pójdę zabezpieczyć korbę i otworzę wrota, a reszta czeka na mój znak. Zanim zorientują się w sytuacji, będą już martwi. Za Cesarza… – dodał cicho.
– Za Cesarza – wtórowali mu szeptem i zajęli wyznaczone pozycje.
Hektor zakradł się pod schody wiodące ku dwóm strażnikom odpowiedzialnym za mechanizmu stalowej bramy. Jeden z nich miał kuszę, więc nagły szturm po stromych stopniach w górę, nie wchodził w grę.
Kapitan przebiegł wzrokiem po fortyfikacji. Błyskające pochodnie poruszały się wzdłuż kamiennej ścieżki pomiędzy blankami. Patrole były wystarczająco daleko, ale zmierzały w ich kierunku. Spojrzał w stronę skrzyń stojących nieopodal. Na jednej z nich stała napoczęta butelka wina.
W głowie zrodził mu się zuchwały plan.
Odstawił miecz, pochwycił napitek, rozlał nieco na koszulę i upił z butelki, pozostawiając jedynie resztkę na dnie; na koniec poklepał się po policzkach na pobudzenie krążenia i mocno potarł nos.
– Matko mniej mnie w swojej opiece – szepnął, żegnając się znakiem słońca i…