Fantasy · 16 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 46
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
*****Historia i Mitologia ludów Młodszych*****
Kraina Walonu była niegdyś kolebką pierwszej Asurjańskiej (młodszej) cywilizacji zwanej Bak-Ha, co we wspólnej mowie Starszych, oznaczało „Owłosieni”. Ich społeczeństwo w głównej mierze tworzyli Bruki o charakterystycznym, ciemno-granatowym umaszczeniu, którzy samych siebie nazywali Bakharami od imienia ich głównej bogini, Bakharaki.
Według legend ówczesną stolicą tych ziem było mityczne Munpares opisywane w zwojach, jako monumentalna rzeźba, wykuta bezpośrednio w stromych, oblodzonych zboczach Chamankadaru. Architektura miasta ponoć wykorzystywała naturalne wodospady, jako źródło krystalicznej wody, a wyciosane w granitowych ścianach, skalne półki, stanowiły podpory pod egzotyczne, wiszące ogrody. Nic, więc dziwnego, że na przełomie setek lat nie brakowało śmiałków, którzy w poszukiwaniu tej zagubionej metropolii, przedzierali się przez dzikie ostępy pierwotnego lasu Amuen.
Niestety, jak do tej pory, pomimo wielu wypraw nie odnaleziono żadnego śladu po Munpares, jedynie pomniejsze miasta-świątynie takie jak Ehlat; aczkolwiek ogromny most na rzece Baskir ciągle przypominał o wielkości jego twórców.
Nikt, łączne ze spokrewnionymi z Bak-ha, Bruków z gór Tanagaru, nie posiadał wiedzy o tym, co stało się z tym pierwotnym ludem, a przez wieki wyobraźnia zrodziła mnóstwo legend i mitów, które szczelnie uzupełniły luki w faktach.
Jedna z tych legend głosiła, iż Nocni Bakharaci zbuntowali się przeciwko opresyjnym rządcom z Munpares i doprowadzili do wyniszczającej wojny domowej. Kiedy przegrana rządców stała się kwestią czasu, magowie Skalnego Miasta, zwarli szyki w ostatnim zaklęciu, które zawaliło stolicę, zabijając większość buntowników, lecz nim Munpares runęło, a miejska elita teleportowała się na Koralowe Wyspy, jednocząc ze Starszymi z plemienia Eufmerów.
Jak każda legenda również i ta miała w sobie ziarno prawdy, a pewnikiem było, iż zatrważająca większość Bakharów zniknęła bez śladu wraz z ich stolicą.
**********
Część 22 / 5
Na farmie Ozirów – a raczej tym, co z niej zostało po pożodze – wszyscy szykowali się do podróży: Eliota i Atmę czekał lot do Sefalos, Safonka i Arkanistka próbowały wpakować Blezera na kulbakę z zamiarem późniejszego przesłuchania w wieży Markusa, a Emir ładował powóz resztką zachowanego dobytku. Ozirowie stwierdzili, że nie są tu bezpieczni, więc postanowili wyruszyć do Dannanhal, odwiedzić brata Otmar, Rufusa, który prowadził tam gospodę.
Otmar w dalszym ciągu ciężko przeżywała nadchodzącą rozłąkę z synem. Ku przerażeniu Atmy, tobołek chłopca ustawicznie zwiększał swoją objętość, pomimo zapewnień Starszej, iż na miejscu nie zabraknie mu świeżej odzieży.
– Weźmiesz jeszcze ciepłe skarpetki… W górach może być zimno. O! I jeszcze rękawiczki, i może jakąś czapkę i…
– Mamo…? – odezwał się Eliot, obserwując nerwowe zachowanie Matki. – Czy na pewno wszystko z tobą w porządku? – dodał z niepokojem.
– Tak! – warknęła nawet, nie spojrzawszy w jego stronę – Jeszcze drugi sweterek; jeden to za mało. Poczekajcie, zaraz przyniosę – Otmar ruszyła na strych, ale nim weszła na pierwszy szczebel drabiny, poczuła dużą, lecz delikatną dłoń na ramieniu.
Atma nie musiała nic mówić. Otmar zatrzymała się w miejscu i zaczęła dygotać.
– Wiem! – wycedziła przez zęby, po czym odwróciła się i z wymuszonym uśmiechem na ustach, przykucnęła naprzeciw Eliota.
– Bądź grzeczny! – pogroziła mu palcem. – Żebym nie musiała się za ciebie wstydzić! Zrozumiano! – Uszczypnęła go w policzek.
Część 33 / 5
– Oj mamo! – zawstydził się i zarumienił, ale po chwili rzucił się matce na szyję. – Uważajcie na siebie z tatą. Bardzo was kocham. – Dał jej całusa w policzek i podszedł do Orędowniczki.
– Jestem gotowy Pani Atmo – oznajmił bez cienia strachu.
– Zatem w drogę – odpowiedziała Starsza i wyszli na podwórze. –Do zobaczenia wkrótce – zapewniła przerażoną Otmar i rozłożyła strzeliste skrzydła. Słońce prześwitywało pomiędzy jej ogromnymi, białymi lotkami, rzucając na ziemię mozaikę z pasiastych cieni. Światło zdawało się tańczyć na krawędziach piór załamywane przez ozdobne klejnoty i koraliki osadzone na stosinach.
Atma wzięła Eliota w ramiona wraz z jego tobołkiem i chwilę później wznieśli się ponad chatę. Załamana Matka patrzyła w niebo na malejący kształt i z mocno zaciśniętą szczęką, wymuszała krzywy uśmiech.
– Nie rycz, nie rycz, nie rycz… – powtarzała sobie pod nosem niczym mantrę, ale gdy zniknęli w obłokach, emocje eksplodowały. Upadła na kolana, a łzy lunęły potokiem. Pozostała w tej pozycji przez chwilę, po czym wstała i z grobową miną weszła do chaty.
Po drugiej stronie domu Emir dołączył do zmagań z niedoszłym zabójcą, który szarpał się i miotał przy każdej próbie wpakowania go na konia.
– Nie utrudniaj gnido! – Safonka brutalnie szarpnęła Blezerem. – Skoro nie chcesz po dobroci… – rąbnęła go w brzuch, ale zabójca tylko spojrzał na nią z politowaniem, co jeszcze bardziej ją rozgniewało. Emir cały czas przytrzymywał zamachowca, zapierając się nogami o pobliski kamień. Selekta wzięła mocny zamach, szykując do kolejnego ciosu. Na szczęście Lejla złapała jej ramię i powstrzymała w ostatniej chwili.
Część 44 / 5
– Nie mów, że ci go nagle szkoda!? – spytała zdziwiona Selekta.
– Nie… ale są inne sposoby, żeby kogoś nakłonić do współpracy, niż zatłuc na śmierć – oznajmiła z przekąsem Arkanistka i wyciągnęła z torby znajomo wyglądającą fiokę. – Poznajesz? – uśmiechnęła się do Trybady.
– Tia… To samo roztrzaskałam na gębie strażnika w więzieniu. W sumie to dobry pomysł, bo już mnie bolą ręce od tłuczenia tego śmiecia.
– Przytrzymaj mu głowę, Emirze – poprosiła czarodziejka, przełożyła dłoń fragmentem peleryny i wysypała na nią rdzawy proszek.
– Dobrze – potwierdził farmer i pewnie pochwycił czerep, szamoczącego się zabójcy.
– Odwróć się i wstrzymaj oddech – Ozir posłuchał, a Czarodziejka dmuchnęła proszkiem w twarz Blejzera. Postawny mężczyzna wpierw zwiotczał, by po chwili całkowicie ulec truciźnie. Spoczął bezwładnie w rękach Emira i wraz z Selektą wsadzili go na konia, obwiązując liną, aby nie spadł podczas jazdy.
W progu chaty stanęła Otmar. Miała bladą twarz, a oczy sine od płaczu. W rękach niosła dwie pokaźne torby. Emir domyślił się, że syn już odleciał razem ze starszą. Chciał przytulic żonę, ale ona tylko przeszła obok niego obojętnie, wrzuciła klamoty na powóz i wgramoliła się do środka.
Część 55 / 5
– Muszę się przespać – burknęła, zasłaniając wejście i ułożyła na skromnym posłaniu pośród niewielkiego dobytku, który przygotowali na drogę. Lejla patrzyła na to z bólem serca. Chciała dodać kobiecie otuchy, ale zbrakło jej słów.
– Proszę się nie martwić panienko. To twarda sztuka nic jej nie będzie – oznajmił Emir, widząc jak Arkanistka idzie w jego stronę.
– Ehh... – Westchnęła Lejla i przysiadła tuż przy miejscu dla woźnicy – A co będzie z farmą i zwierzętami, które ocalały? – spytała Emira, który właśnie zajął miejsce obok niej.
– Sąsiedzi będą doglądać. Sporo stracili w czasie plagi, więc dodatkowe jaja i mleko bardzo im się przydadzą.
– To dobrze. Jedźmy już. Im dalej stąd, tym bezpieczniej – oznajmiła Lejla. Czym prędzej chciała dotrzeć do wieży Markusa i przekazać wieści: o buncie, o zamachu, o wszystkim, czego tu doświadczyli, jednak najsilniejszym pragnieniem była chęć ostrzeżenia Wilfreda: fakt, że zostanie pojmany, a może nawet zabity mroził jej krew w żyłach.
Emir pognał konie i powóz ruszył.
Do Dannanhal było kilka dni drogi: postój był nieunikniony. Po nieprzespanej nocy wszyscy słaniali się na nogach, a Lejla szturchała Emira,