Fantasy · 10 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
SERCE Cz.2 ostatnia
Niebawem, kilkanaście wiader wody wylanych pod głazy tarasujące przejście, utworzyło błotniste bajoro na klepisku z pokruszonych skał i pyłu.
Wszystko było na miejscu. Selekta chlusnęła z ostatniego kubła, otarła czoło i zwróciła się do czarodziejki:
– Mów, co ci się zrodziło w tej ślicznej główce? – Trybadę zżerała ciekawość, po co musiała tachać tyle wiader po niekończących się, stromych schodach.
– Zaraz zobaczysz – Arkanistka zanurzyła dłonie w kałuży. Woda była zimna i mazista, ale mus to mus, pomyślała.
– Astro ładu, boskie spoiwo; bądź dla mnie źródłem… – wyszeptała mantrę, a liczne, gęste strugi wychodzące z sadzawki, zaczęły wpełzać w szczeliny między kamieniami.
– Endalis Seheral – słowa stwórców poniosły rozkaz. Po cieczy przebiegły błękitne wyładowania. Woda ścięła się w lód, wypełniając przerwy pomiędzy głazami, niczym zaprawa murarska.
– No to rusztowanie gotowe, ale drugi etap wymaga większej finezji. Mistrzu…? – Lejla skierowała pytanie do Markusa.
Część 22 / 4
– Jestem dla ciebie pełen podziwu dziecko – pogratulował jej.
– Zaraz, zaraz… że niby zamarznięte błoto ma utrzymać sklepienie? – powątpiewała Safonka: słusznie zresztą.
– To nie jest normalny lód – sprostowała Lejla i uformowała cienki filar z resztki bajora. – Zobacz sama; spróbuj kopnąć. – Trybada spojrzała na nią podejrzliwie, ale nie mogła oprzeć się pokusie. Pręt tylko zadźwięczał metalicznie, a Selekta syknęła odbijając się od magicznego tworu.
– Widzisz! – uśmiechnęła się Arkanistka.
– Niech będzie; co teraz?
– Teraz moja kolej – obwieścił Markus i zawinął rękawy od płaszcza, który bardziej przypominał szlafrok. Tęczówki maga podeszły szarością zmiany. Astra zadrżała, ale tylko Lejla odczuła ten wstrząs gromadzącej się mocy.
Pierwszy głaz zaczął się kruszyć i zmieniać w pył. Za nim poszły kolejne, jeden po drugim, tak aby Lejla miała czas zareagować w razie potrzeby i wzmocnić filary.
Powtórzył to kilkanaście razy, aż w końcu przebili się na drugą stronę. Ku ich zdziwieniu, dalsza część korytarza była oświetlona przez pochodnie umocowane na ścianach.
Część 33 / 4
– Co u licha! – przeklął Markus, zszokowany widokiem ledwie nadpalonych żagwic.
Na końcu przejścia pulsowało seledynowe światło.
– Coś mi tu śmierdzi – oświadczyła Selekta i dobyła miecza. – Idźcie za mną! – nakazała, wychodząc przed szereg.
Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie mogli przewidzieć tego, czym zaskoczy ich rzeczywistość: olbrzymi kryształ zbudowany z kilku odnóg i rdzenia połączonych przy fasadzie; pulsował regularnie, jak wielkie, bijące serce. Jego wystające, wysokie krystality niemal wbijały się w sklepienie.
– O w mordę… – skomentowała Safonka, podjęła pochodnię i zrobiła kilka kroków w przód, oświetlając pieczarę przed sobą. Podłogę wysadzono różnymi minerałami, które, tworząc swoiste pierścienie wokół centralnego giganta, na przemian nabierały mocy i przygasały, w takt wyzwalanych przez kryształ uderzeń energii.
– Na miłość Imaltis… – Markus wezwał boginię i nakreślił znak światła na piersi: w stresie zapomniał, że jest ateistą.
– Co to jest Mistrzu? – spytała Lejla.
– To chyba jest Jadeitowe Serce, dziecko: artefakt dawno skradziony Lemachom z Mor-Galen.
Część 44 / 4
– Ten, który wykradł Valenar?! Przecież to niemożliwe! Jego wieżę przecież przeszukano i sądowanano kilkukrotnie? – Lejla nie dowierzała temu, co słyszy. Kradzież tego serca stała się przyczyną długoletniej krwawej wojny, a sam obłąkany Valenar, zginał w trakcie ucieczki.
Czarodziejka spojrzała w górę na jarzące się kształty. Znajome runy, wyryte gęsto w kamiennej kopule, spływały zielonkawą mgłą, tłocząc ją do odnóg jadeitu.
– Znam te znaki… – szepnęła i nagle zamarła – Te same, co na polu Ozirów. Musimy uciekać! – krzyknęła, łapiąc zdezorientowaną Selektę za rękaw.
– Braawo! Braa-wo! – z przeciwnej strony pieczary dobiegły odgłosy klaskania – Jesteście nad wyraz bystrzy.
– Kim jesteś!? Pokaż się! – krzyknęła Safonka, szykując Oddech Arkturosa. Nie wiedziała, czy zostało w nim dość mocy na pełne rozproszenie, ale nie wahała się spróbować.
– Droga Mistrzyni Weil. I po co te nerwy – rozbrzmiał kobiecy, zmanierowany głos. Z cienia wyłoniła się postać w czarnym dopasowanym stroju i kruczej masce z wydatnym dziobem. Wyglądała jak kobiece wcielenie nocy: ponętna, tajemnicza i niebezpieczna. Tuż za nią, na granicy pulsującego światła, stanęło kilku zbrojnych.
– Kimże jesteś Pani? – spytał spokojnie Markus.
– To nie jest istotne Mistrzu; ważne, że jestem, a was… was zaraz nie będzie – wykrzywiła usta w upiorny uśmiech. Cienie wokół jej aksamitnej sukni wydłużyły się i poskręcały, przypominając czyhające w mroku abominacje