Fantasy · 19 min czytania
Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Na początku Lejla trzymała powieki mocno zaciśnięte, ale z czasem odważyła się spojrzeć. Lavenir skakał z gałęzi na gałąź, a dęby i starobrzeszcze zdawały się układać w prześwit specjalnie dla niego. Niesamowity widok, jednak, co bardziej niezwykłe, zdała sobie sprawę, że o podarowaną przez Starszego opończę cały czas obijają się konary. Grube gałęzie wgniatały się i wyginały niczym galareta wygotowana z kości i szpiku, wyrzucając przy tym krótkie impulsy zielonej domeny. Prawdziwy magiczny pokaz dla kogoś z aurą.
Starszy Tairu nagle zakończył swój taniec wśród koron i zeskoczył gwałtownie na ziemię.
– Jesteśmy już na…? – Lejla zaniemówiła, nim zdążyła spytać.
Wpierw uderzyła moc: gęsta niczym melasa, ale łagodna. Kilka oddechów wystarczyło, żeby się przyzwyczaić i spokojnie spojrzeć w stronę źródła. Wielki głaz stojący na środku szerokiej soczyście zielonej polany upstrzonej wielobarwnymi kwiatami. Przyroda nie przypominała tu zwykłej ciemnej i płochliwej natury sungardzkich lasów; lasów oswojonych i zastraszonych przez obecność człowieka. W tym zaklętym miejscu roślinność pyszniła się różnorodnością i rzucała oczom wyzwanie jaskrawymi kolorami. Eliptyczny kamienny kształt na wzór spłaszczonej amfory zdumiewał gładkością obłej powierzchni. Na szczycie tej astralnej rzeźby biło małe źródełko, wypełniając niewielkie wgłębienie krystaliczną wodą.
Lejla spokojnie zsunęła się z pleców Starszego i nieśmiało rozproszyła aurę.
– Niebywałe… – westchnęła i uniosła ręce do góry, pozwalając zielonej wieczność opłynąć ciało leniwym strumieniem. – To poczucie nieskończoności. – Uśmiechnęła się delikatnie, jak ktoś śniący coś dobrego.
– Czy to jadeit? – spytał Lavenir, wskazując wisior na dekolcie czarodziejki.
Jego ciężki głos idealnie pasował do magii tego miejsca, zupełnie jakby to sama astra wieczności wkładała słowa w jego usta. Lejla przerwała upajanie się magią i spojrzała na kryształ, o którym zdążyła zapomnieć.
– Tak. A czemu pytasz?
Wyłożyła jadeit na dłoń. Cały czas mienił się słabym seledynowym światłem. Głęboki wzrok olbrzyma zdradzał iskrę zafascynowania. Lavenir podszedł bliżej.
Część 22 / 6
– Niewielu z Młodszych wie, do czego tak naprawdę służy ten minerał. Potrafi przechować fragmenty życia; mgliste wspomnienia, obrazy zawieszone w morzu spojonych egzystencji. – Delikatnie pogłaskał kryształ palcem. – Takie skojarzenia mogę wyrazić w waszym języku, bo w moim to po prostu annam’fatra, dar Ojca.
– Magowie z gildii używają ich do komunikacji na odległość. Dla nas to zwykły aktywny minerał o użytecznych właściwościach – odpowiedziała nieco zawstydzona lekceważącą niewiedzą.
Nagle wyczuła pragnienie poniesione przez astrę i spojrzała w kamienną twarz Starszego zawieszoną jakiś łokieć nad nią. Kolos wpatrywał się w kamień z widocznym pożądaniem.
Gwałtownie odwrócił wzrok i zabrał dłoń.
– Dla Tairu annam, lub jadeit jak go nazywacie, ma szczególne znaczenie duchowe i kulturowe – wytłumaczył tonem, który niwelował nadzieję na więcej szczegółów.
– To ciekawe, nie sądziłam, że za tym minerałem kryje się aż tyle nieodkrytej historii.
Lejla spojrzała na jadeitowe oko z nowo odkrytą fascynacją. Kryształ, który był codziennością, kosztowną, ale użyteczną zabawką, zyskał godne zbadania właściwości.
– Odpocznij chwilę, tanas, tam, przy kamieniu. Zaczerpnij z jego mocy, a ja nabiorę wody. – Głęboki bas Starszego emanował spokojem i siłą, której człowiek chciał się poddać. – Twój kompan czeka, a długo czekać nie może.
Podeszli do osobliwego eliptycznego menhiru. Lavenir chwycił za jedno z grubych pnączy oplatających głaz, żeby wspiąć się do źródełka, ale Arkanistka pociągnęła go za kosmyk futra tuż nad kolanem.
– Powiedz mi, proszę… – zawahała się. – Co robisz w tym lesie tak daleko od swoich?
Część 33 / 6
– To miejsce mocy uformowało się niedawno. – Położył dłoń na obłym kamieniu – Jestem essen’rej po waszemu Szukający Źródeł. Wysłano mnie, żebym zbadał i zabezpieczył ten mat’semil: – Pogłaskał kamień – Uśmiech Matki. – Skierował pochmurne spojrzenie na szczyt menhiru. Gdzieniegdzie jego powierzchnię przecinały pulsujące żyłki soczystej zieleni. – Coś budzi uśpione sploty w tym lesie, szarpie symetrią, wytrąca moc. Syliren zostawia ślady, daje znaki; coś dzieje się w wieczności, astra niesie lęk, drży.
– My wędrujemy na północ, żeby zbadać zarazę nękającą Walon. Może to, o czym mówisz, ma jakiś związek z tym pomorem?
– Jeżeli nawet, to w tym momencie nie znajdziemy odpowiedzi. Nie zwlekajmy. Podejdź do monolitu i otwórz na niego aurę, a ja nabiorę wody w bukłak.
Gdy Lavenir wspiął się po pnączach mącących idealną krągłość menhiru, Lejla oparła plecy o astralną rzeźbę. Poczuła ciepło płynące z wnętrza głazu, a to ciepło niosło spokój. Sięgnęła wolą w głąb kamienia. Czas gęstniał, spowalniał doznania, uwidaczniał myśli, które normalnie przemknęłyby przez świadomość, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Otworzyła się na to uczucie i oparłszy głowę o kępkę miękkiego mchu, zamknęła oczy. Zasnęła prawie natychmiast. Jadeit zawieszony na szyi zalśnił mocniej. Lejla dryfowała w ciemnościach, rześka delikatna bryza owiewała jej twarz, niosąc dziwny zapach. Ruszyła nogami. Nic. Po prostu lewitowała zawieszona pośrodku pustki. Nie rozglądała się, a jednak widziała; widziała wszędzie, wszystko i nic.
Słabe światło zmąciło idealny całun z nicości.
Otworzyła oczy, choć nie miała pewności czy były zamknięte. Ujrzała snop ciepłego pastelowego blasku, bijący ku niebu. Dzielnie stawiał opór napierającej zewsząd ciemności.
– Walon... – szepnęła na widok cienistych kształtów, skąpanych w płowych promieniach. Nigdy nie widziała stolicy północy, ale jej nazwa jakby sama narodziła się w myślach. Wypowiedziane słowo poszybowało w pustkę i zostało pożarte przez nicość, lecz nim zgasło, wzbudziło czyjeś zainteresowanie.
Ciszę zmąciły podmuchy wiatru, które ktoś złapał na granicy mroku i zaplótł w sykliwe, rozciągnięte słowa:
– Jesteś... Przyszedłeś... Czemu się chowasz, bracie?
Lejla poczuła fizyczną manifestację przeszywającego spojrzenia, jakby sama ciemność badała ją z bliska. Kilka upiornych mlaśnięć poprzedziło kolejny zagadkowy wywód:
Część 44 / 6
– Ty jesteś nią, bracie... Tak, ona jest tobą, a ty nią... Lew i człowiek. Też kiedyś będę kimś, a ktoś mną. O tak, kiedyś się spotkamy. Wszyscy...
– Kim jesteś?! – Lejla odważyła się przerwać monolog. Wiatr rozpadł się w chaotyczne gniewne wycie. – Przepraszam... Nie chciałam krzyczeć. – Sama nie wiedziała czemu przeprasza za uniesiony głos.
– Ciszej... U mnie jest cicho. Ty też musisz być cicho. Brat jeszcze śpi, nie było inicjacji, taaak... Niech śpi.
Coś pogłaskało ją po włosach. Aż wzdrygnęła się cały ciałem.
– Nie bój się, ty jesteś siostra, siostra błękit. Ty musisz ratować młodszego braciszka. Braciszek światła, ziarno Matki, on jest kluczem. Musisz go znaleźć, musisz chronić nim się nie obudzi. Taaak...
Wiatr niósł nie tylko słowa, ale też lęk; obawę przed nieznanym, która rodziła panikę, ale i nadzieję.
– Nic z tego nie rozumiem – szepnęła Lejla, ale szepty tonęły w kakofonii zduszonych pogłosów.
Nastała cisza: głęboka i przerażająca. Czarodziejka poruszała ustami, chciała mówić, czuła, że mówi, ale bezdziwięk otoczenia wpełzał jej do ust i dusił słowa w kołysce.
Potworny wrzask uderzył zewsząd:
– Znajdź światło północy!
Część 55 / 6
Poczuła lodowatą dłoń na ramieniu. Jedną, dwie, dziesięć... Łapały za ręce, nogi; oblepiały twarz.
– IDŹ!!
Zbudziła się z krzykiem.
– Spokojnie tanas, to tylko ja.
Czarodziejka z cerą jak bielony papirus spojrzała na postać, która nabierała konturu w sennej mgle.
– To ty… Lavenirze… – Dyszała ciężko. – Musiałam głęboko zasnąć. – Oderwała plecy od skały i odetchnęła z ulgą, gdy jej świadomość mocno zacumowała na jawie.
– Wyglądasz na przerażoną; coś się stało? – Zmierzył ją przytłaczającym wzrokiem.
Mogłaby przysiąc, że oczy Starszego fizycznie na nią naciskają.
– Chyba miałam koszmar. – Uciekła od gęstego spojrzenia.
– Być może Syliren zesłała na ciebie wizję – oświadczył głosem tak łagodnym i silnym zarazem, że Lejla chciała się nim przykryć jak grubym ochronnym pledem w zimną noc.
Część 66 / 6
Oprzytomniała. Nie mogła znowu zasnąć.
– Nie sądzę, żeby stała za tym jakakolwiek bogini, Lavenirze Bogowie istnieją wszędzie tam, gdzie kończy się wiedza, a zaczyna wyobraźnia. Tylko tam jest dla nich miejsce – wyrecytowała maksymę swojej akademii i uniosła rękę. Powietrze wokół dłoni zaczęło lekko drgać i błyskać niebieską poświatą. – Masz wodę dla Politera? – Wystawiła ramię w kierunku Starszego.
– Tak. – Pokazał wypełniony bukłak i pomógł jej wstać.
Uśmiechnęła się do Szukającego Źródeł. Trochę wdzięcznie a trochę ironicznie. Nazwa pasowała teraz do niego zarówno dosłownie, jak i metaforycznie i sama nie wiedziała, czemu ją to rozbawiło.
– Wracajmy, zatem. – Wniosła ramiona jak dziecko, które domaga się niesienia. – Chcę opuścić ten las i to w pełnym składzie.
Starszy Tairu wziął czarodziejkę na plecy i oboje ruszyli w drogę powrotną.
Lejla błądziła myślami, gdy konary zaczęły głaskać zaklętą opończę. Próbowała sobie wmówić, że to był tylko sen, że nie ma to nic wspólnego z monolitem, a jeśli nawet, to magia poskręcała i wypaczyła jej własne wspomnienia; wyciągnęła coś z mroku zapomnienia.
Jednak z drugiej strony…
Słowa i wizje były tak wyraźne, tak nowe. Wszystkie doznania cały czas pohukiwały echem obrazów i uczuć, zupełnie jakby wniknęły w jej inrę i wyryły w niej znamię.
Nawet nie…