Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 21 min czytania

Pięc Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PROLOG: CELESTA

Jak każdego jesiennego popołudnia wody na zachód od skalistego wybrzeża Jokivaru stawały się kapryśne, a fale uderzały zaczepnie o burty nielicznych statków, kołysząc nimi w rytm jakiejś morskiej zabawy w berka.

Zanosiło się na kolejny zwykły dzień na morzu, taki, jakich wiele już widziała leciwa Nemres, łajba kapitana Lucjana Zarekina. Jej wysłużony kadłub trzeszczał niepokojąco, lecz dzielnie stawiał opór napierającym nań słonym wydmom, które zamiast uspokajać się wraz z nadchodzącym wieczorem, przybierały na sile.

To był znak; zakodowana wiadomość od Morskiej Panny, iż gdzieś w oddali formuje się sztorm i najwyższa pora podebrać ostatnią z sieci i wracać do portu nim pogoda drastycznie się pogorszy, a załodze przyjdzie walczyć z żywiołem z dala od lądu.

Dla każdego kto wychował się na statku trzeszczenie naprężonych desek i pękających włókien drewna niosło ze sobą coś więcej niż tylko odciśnięte piętno upływającego czasu. Rytmiczny trzask stanowił swego rodzaju język, którym okręt komunikował się ze swoim Kapitanem, a Zarekin, jak i większość jemu podobnych wodniaków, wierzył, iż łodzie mają duszę i tylko po latach słuchania można wprawnie odszyfrować, co mają do powiedzenia.

Nemres nie była w tym wypadku wyjątkiem: od momentu wodowania czterdzieści lat temu, należała do jednego człowieka, o którym mawiano, iż nigdy nie wychodzi na stały ląd na dłużej, niż potrzeba, aby skorzystać z wychodka.

Oczywiście to tylko jedna z wielu morskich legend zainspirowana wyobraźnią i pokaźną ilością grogu; niemniej jednak Lucjan spędził większość życia, żeglując po otwartym morzu i sądził, iż niewiele może go już zaskoczyć.

Mylił się.

Nie mógł przewidzieć, że z pozoru zwykły rejs przerodzi się w przygodę rodem z pirackich legend.

Owego wyjątkowego dnia kapitan jak zawsze, tuż przed nawróceniem do portu, przysiadł przy mapach z nakreślonymi miejscami łowisk i studiował zapiski, szukając odpowiedniej trasy na następną wyprawę. Ciszę pogrążonej w półmroku kajuty mącił jedynie dźwięk wciąganych sieci i towarzyszące mu stłumione nawoływania – to był znak, iż dotarli do ostatniego łowiska.

Zarekin przetarł monokl i pochylił się niżej nad skórzaną ryciną południowego wybrzeża.

Kilka krzyków nadleciało z pokładu, poprzedziwszy głuche uderzenie czegoś ciężkiego o natłuszczone deski – tak głośne, że skupiony Lucjan aż wzdrygnął się i zaklął pod nosem. Po tym łupnięciu ponownie zapanowała względna cisza. Kapitan odetchnął i opił udaną wyprawę szklanką ulubionego koniaku. Głęboka woda bywała zdradziecka, a każde kolejne wypłynięcie mogło być tym ostatnim, dlatego starym żeglarskim zwyczajem wychylił kolejkę za zdrowie morskich duchów i patronki żeglarzy, Morskiej Pani, Celesty.

Na szczęście ten połów był spokojny i obfity.

Nawet jeśli w ostatnim łowisku sieci byłyby puste, to i tak złapaliśmy więcej ryb i skorupiaków, niż zakładaliśmy, pomyślał i polał sobie więcej wykwintnego trunku. Ciecz o bogatym bukiecie smakowym powoli rozpłynęła się po przełyku, wywołując uczucie spełnienia.

– Kapitanie...! – Do kajuty pod pokładem wbiegł jeden z marynarzy.

– Na Solną Panienkę, czy tu, kurwa, chwili spokoju nie można mieć! – sarknął Zarekin, uderzając szklanicą z resztką koniaku o blat biurka.

– Kapitanie... – Mężczyzna odziany w lniane znoszone szaty wziął głęboki wdech. – Musi pan to zobaczyć! – Był blady jak ściana, a jego wybałuszone rybie oczy przesycał strach wymieszany ze zdziwieniem.

– Co zobaczyć?

– Coś zaplątało się w sieci. Myślelim, że są pełne, bo wszyscyśmy musieli wyciągać. Ale to nie ryby...! – wyksztusił z siebie zziajany.

– Dobra chodźmy. – Zarekin z niechęcią wstał z fotela, nałożył kapitański kapelusz i podążył za majtkiem.

Statkiem bujało coraz mocniej, a powietrze wysycała słona wilgoć. Prawie wszyscy z załogi porzucili pracę, by przyjrzeć się dziwnemu znalezisku wyłowionemu z błękitnej toni.

– Jak myślicie, co to jest? – spytał nawigator reszty załogantów, otaczających podłużny obiekt kształtem zbliżony do trumny z kryształu lub lodu.

– Jak dla mnie to jakaś kobita – odpowiedział drugi z wachty i podrapał się po łysinie.

– Kobita z sierścią? Oszalałeś, Marcel!

– No co?! U mnie we wsi, to była taka jedna, co sporo futerka miała. – Marcel uśmiechnął się lubieżnie.

– Chyba twoja stara!!! – krzyknął, któryś z pozostałych mężczyzn stojący na tyle zbiegowiska. Gromki śmiech przetoczył się po pokładzie.

– Mówię ci Marcel, ja to nie chcę w twoje strony zawitać, skoro tam takie baby biegają – oznajmił kolejny z kamratów biednego pomywacza Marcela Dwingo i poklepał go po plecach.

– Znaleźli się, kurwa, znawcy! – żachnął się Dwingo i splunął obficie. – Cyce ma, kuśki nie ma: kobita jak nic – wybąkał.

– Odsunąć się! Co tu się dzieje u licha? – Kapitan przedarł się przez stłoczonych załogantów i stanął przed obiektem, który wywołał to niebywałe poruszenie.

– A niech mnie munstrong dybie... – Zarekin zdjął czapkę i przetarł oczy, niedowierzając w to, co widzi. Przed nim leżała ogromna krystaliczna bryła a w niej, zamknięta, spoczywała dziwna istota. Jej ciało pokrywało śnieżnobiałe futro, zaś figurą i wzrostem przypominała zwykłą kobietę.

Kapitan zbliżył się ostrożnie. Twarz z kształtu miała ludzką – pomijając wyściółkę z bieluśkiej szczeciny – tylko uszy szpiczaste i również porośnięte sierścią. Spod bioder wystawała kita jak u tundrowego lisa, tylko większa. Stworzenie wyglądało jakby spało spokojnym smacznym snem. Zarekin nachylił głowę bliżej lodowej powierzchni; z ust poszła mu para. Statkiem znowu szarpnęło. Oparł ręce na zimnym bloku, który nie topniał pod ciepłym ciałem.

Spojrzał istocie prosto w twarz.

Nagle otworzyła oczy.

Z głębi niebieskich tęczówek trysnęło światło.

– O żeż ty...! – Lucjan odskoczył, unikając rażącego rozbłysku, który wybił z wnętrza kryształowej klatki.

– Miejcie broń w pogotowiu! – rozkazał załodze. – Nie wiadomo, co to za diabelstwo!

Brzęk dobytej stali zapowiedział gotowość do obrony. Lodowa skorupa topiła się intensywnie i niknęła w obłokach gęstej pary, w których tańczyły turkusowe rozbłyski. Mglista przesłona spowiła rufę. Powietrze pachniało jak po burzy.

Ostatni błysk przeciął mleczną kurtynę, a powiew wiatru rozrzedził opar. Delikatna istota uwolniona z sarkofagu leżała w bezruchu otoczona kałużą czystej wody. Zarekin wystawił szablę i zrobił kilka kroków ku kobiecie z białym lisim ogonem.

Stworzenie gwałtownie poderwało tors, złapało pierwszy desperacki oddech, a następnie wyksztusiła resztki wody.

Załoga wymierzyła w nią szable i kordy.

– Gadaj, kim lub czym jesteś!? – krzyknął Lucjan. Rozbitek złapał kilka spokojniejszych wdechów i rozejrzał się mętnym spojrzeniem. – Mów, bo zaraz znowu do morza trafisz! – zagroził kapitan, licząc na rychłe wyjaśnienia.

Istota – ledwo żywa – skierowała wzrok w jego stronę. W oczach nie miała gniewu, lecz nieme błaganie o pomoc. Zarekin nieświadomie opuścił sztych, a ona przemówiła językiem Cesarstwa:

– Pomóż, proszę... – wyszeptała, wyciągając rękę w stronę starego wilka morskiego. W spojrzeniu tej kobiety nieznanej rasy było coś magnetycznego, coś co krzyczało: ona jest wyjątkowa!

Na szczęście dobre serce wygrało z zahartowanym umysłem i podyktowało właściwą drogę.

– Opuścić broń! – nakazał.

Marynarze popatrzyli po sobie.

– Opuścić, powiedziałem! – Na dźwięk tych słów lisica straciła przytomność, zupełnie jakby poczucie bezpieczeństwa odcięło wymuszoną świadomość. – Elon...! Grizbal! – wywołał dwóch z załogi. – Zanieście ją do mojej kajuty.

– Ale kapitanie, a co jak się obudzi? Może jest groźna? – protestował pierwszy Elon zdziwiony nagłą zmianą zachowania Lucjana.

– Nie gadać, tylko wykonać! A reszta wraca do pracy; przed nami długa droga do portu! – rozkazał, używając kapitańskiego przywileju do pominięcia tłumaczeń.

Marynarze zabrali się do pracy. Większość z nich stanowiła stała załoga Nemres, a ci wiedzieli, że stary Zarekin wyczuwa zagrożenie lepiej niż surykatka ze stepów Rana-Medanamarh, przyczajona na warcie przed norą: jeśli mówi, że jest bezpiecznie, to jest bezpiecznie. Tylko pierwszy Elon i wachtowy Grizbal powątpiewali w słuszność polecenia, jakie otrzymali. Ale rozkaz to rozkaz.

Obaj delikatnie unieśli dziwnego rozbitka, a Grizbal zastygł w miejscu, gapiąc się na smukłą sylwetkę pokrytą włosiem w różnych odcieniach bieli.

– Powiem ci, Elon, że gdyby nie sierść i ogon, to niezła by z niej laska była.

– Kurwa, Grizbal! Strzep sobie wiosło, bo niedługo to za nami będziesz biegał!

– Jak się nie pośpieszycie, to obaj będziecie mi szable szorować!!! – ponaglił ich kapitan, przerywając bezsensowną dyskusję.

Mężczyźni ostrożnie znieśli rozbitka pod pokład i ułożyli na pryczy w kapitańskiej kajucie. Lucjan wyciągnął dwa nieużywane koce, pierwszym delikatnie wytarł sierść z wilgoci, a drugim otulił wyziębioną kobietę. Lisica – nadal we śnie – wygięła usta w wyraźny uśmiech, w ten sposób dziękując mu za pomoc. Ustały też dreszcze, które targały jej ciałem.

– Nie stójcie jak beczki bimbru! – Zarekin krzykną na marynarzy, którzy przyglądali się twarzy nietypowego gościa, częściowo przesłoniętej przez grzywkę w kolorze białego srebra. – Elon, idź do mesy po trochę ciepłej zupy. A ty, Grizbal, wracaj na pokład!

– Aj, kapitanie! – krzyknęli równocześnie.

Wychodząc, niemal zderzyli się w drzwiach: żaden nie chciał oderwać wzroku od dziewczyny. Lucjan pogonił ich ostrym spojrzeniem i przysiadł naprzeciwko śpiącej. Nic nie zapowiadało jej rychłej pobudki, więc przypalił fajkę nabitą aromatyzowanym wiśniową korą tytoniem i dokończył resztkę brandy.

Spokojny sen kobiety nagle przeszedł w majaki, którym towarzyszyły szybkie ruchy gałek ocznych widoczne pod cienką skórą powiek. Lisica zaczęła wzdrygać rękoma i składać mamrotanie w słowa. Jedno było pewne: nie śniła o niczym przyjemnym. Wiercąc się, zrzuciła koc, a gdy Lucjan wstał, żeby ją przykryć, poderwała się gwałtownie. Duże niebieskie oczy omiotły otoczenie. Z palców wysunęły się szpony.

Kapitan odsunął się na tyle spokojnie, na ile zaskoczenie mu na to pozwoliło. Wiedziona instynktem zdezorientowana Lisica mogła zaatakować. Wycofał się jeszcze dalej, za biurko, żeby dać jej przestrzeń: co jak co, ale pokaźne pazury wzbudzały respekt i rozsądek nakazywał ostrożność.

– Gdzie ja jestem? – spytała, zdając sobie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięc Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.1 — czytnik · opowiadania