Fantasy · 20 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 17
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Mistrz Proditis Inahan, człowiek z piętnem na twarzy – ale czy na pewno słusznym było nazywać go człowiekiem? Postać z przeszłością równie rozmytą i tajemniczą, co pochodzenie mrocznych kopii rodzeństwa Galatów, a jednak… Ci dumni arystokraci z trudem uginający karki nawet przed samym cesarzem, czuli do niego niebywały respekt – a może motywował ich strach? Niezależnie od tego nie ulegało wątpliwości, iż był on kimś ważnym dla namiestnika i jego siostry, zarówno przed jak i po wyzwoleniu od ludzkich nosicieli.
Starzec zwracał się do obojga tak czule, jak do własnych pociech, lecz gesty i spojrzenia temu towarzyszące, nie niosły ze sobą prawdziwego, rodzicielskiego ciepła.
Zupełnie inaczej było w przypadku jadeitowego serca. Moderator głaskał powierzchnię kolosa niczym główkę ukochanego pierworodnego z uśmiechem godnym szczęśliwego ojca. Potrafił godzinami patrzeć w świetlistą pulsację: spokojną, rytmiczną, czasami hipnotyczną do tego stopnia, że czas tracił wszelki pęd i kierunek. Tak, Proditis Inahan bardzo upodobał sobie chwile sam na sam z tym magicznym artefaktem, którego przeznaczenie miało wkrótce zapoczątkować wydarzenia, zmieniające bieg historii.
– Mistrzu… – przerwał mu Mezmir, który wkroczył do komnaty w konstrukcie z cienia. Wyglądał poważnie, a jego hebanowa skóra niemal pożerała światło kandelabrów, nęciła błyski, wabiła, by potem zdusić idealnym mrokiem. – Przybyli… – zaczął anonsować, ale Proditis, nie spuszczając wzroku z artefaktu, wtrącił mu się w słowo:
– Wiem, czuję ich unitrę, czuję każdy nawet najmniejszy okruch życia w promieniu kilku mil. To jest… – przerwał, szukając słów mających oddać pełen zachwyt. – Wszechmoc – wysyczał z pasją fanatyka.
– Czekamy w laboratorium zatem, Mistrzu. Dołącz, kiedy uznasz za stosowne. – Mezmir, w postaci Hakra, oddał pokłon i oddalił się w stronę wyjścia.
Pomieszczenie, o którym wspominał, było zaadoptowaną pracownią Markusa, gdzie Crow wraz z kilkoma nowo uformowanymi akolitami Hakra pracowała nad produkcją stabilizerów. Stanowiły one klucz do istnienia tego gatunku: wynalazek Markusa dawał im siłę utrzymania wybranego kształtu bez konieczności opętania nosiciela. Jadeity z zamkniętą nadwyżką życia tworzyły rusztowanie z woli, na którym forma z płynnego mroku mogła utrzymać wątłą wizję własnego istnienia.
Światła turkusowych oczu jarzyły się ciemnościach, gdy na rzeź szły kolejne zwierzęta. Marmurowy stół ofiarny pokrywały gotowe stabilizery różnej wielkości i kształtu. Wszystkie annamy opasane mniejszymi minerałami, po jednym z każdej domeny; wszystkie pochodziły od serca; wszystkie stworzone przez niezliczone żywota wyssane z ziem Walonu.
Część 22 / 6
Siostra Mezmira jako jedyna tkwiła w ludzkiej formie, a przynależność do nowego gatunku zdradzały jedynie oczy; doły bez uczuć, bez przyszłości, bez nadziei, bez chęci… W środku tej pustki jarzyły się źrenice tonące w idealnej czerni.
– Czy to są kryształy dla naszych w Oruun? – spytał Mezmir, podnosząc dwa kamienie. Jeden był wyraźnie większy od drugiego.
– Tak – odpowiedziała, nie siląc się na wylewny opis.
Namiestnik Galat, jeśli nadal można było go tak tytułować, wyczuł niechęć w jej głosie. Odłożył klejnoty, podszedł bliżej, stanął tuż za jej plecami i pochwycił za ramiona.
Wzdrygnęła się jak kochanica obleśnego barona przez lata zmuszana do nierządu.
– Ona już tu jest – wyszeptał. Ręka Crow zadrżała, a oczy rozbłysły. – Wiesz, że jak ten potwór w greplińskiej skórze dowie się o twojej zabawce, to zabije ją z wyjątkowym okrucieństwem, tylko dlatego, że jest dla ciebie ważna – dodał, obejmując siostrę mocniej. Crow wsparła ramiona na kamiennym blacie.
– Ty też nie byłeś łaskawy… Czym zatem się różnicie, że to ją nazywasz potworem?
– Ja zrobiłem to, co musiałem – odstąpił od niej, jakby nagle zaczęła parzyć. – Wymierzyłem mu szybką, łaskawą śmierć… Ona…
Część 33 / 6
– No proszę. Czyż to nie moja ulubiona parka pasożytów? – rozbrzmiał mocny, damski, nieco skrzekliwy głos.
W wejściu tuż przy dogorywającej pochodni stanęła niewysoka ale masywna postać. Oświetlona przez wątłe płomienie tlących się żagwi, rzucała na posadzkę ledwie widoczną rozetę z cieni.
– Ciemno tu jak w grobowcu – skomentowała i potarła palcami skórę dłoni. Bliznowaty tatuaż w kształcie runy zapłonął. Rozpalona kula światła wzbiła się pod sklepienie i zalała pracownię rażącymi promieniami. Hakra przesłonili oczy zaskoczeni uderzeniem blasku, tylko Crow na czas zmieniła oczy na ludzkie.
– Bądź łaskawa przygasić to… coś – poprosiła grzecznie czarownica, lecz kula na złość zwiększyła swoją objętość, paląc jeszcze mocniej. – Powiedziałam: zgaś to! – Namiestniczka gwałtownym ruchem ręki cisnęła cieniem, który pożarł świetliste zaklęcie.
– I po co te nerwy? – wybrzmiał szorstki głos.
Niewielki szczątkowy płomyk zawisł tuż nad głową kobiety, rzucając niegroźne światło, które jakby spływało leniwie po ciele. Ziemistozielona bezwłosa skóra, chwytne stopy nieobleczone obuwiem i sterczące na boki, szpiczaste uszy; całość nie pozostawiała wątpliwości co do rasy. Greplinka odziana w kusą spódnicę opinającą masywne uda, skórzany kabat ciasno spinający piersi i nietypową opaskę zakrywającą pół twarzy, sprawiała wrażenie agresywnej, zaczepnej… Nawet ruchy miała na swój sposób wyzywające.
– No proszę… rodzeństwo czarnych wybroczyn nie w humorze? – Podeszła bliżej, sunąc paznokciami po rozłożonych na kamiennym pulpicie stabilizerach. – Czyli to trzyma w kupie wasze glutowate jestestwa. Ha!... Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam – zanosiła się od udawanego śmiechu.
Mezmir stał tuż obok siostry i obserwował każdy krok Greplinki. O wzbierającym w nim gniewie świadczyło jedynie mimowolne dygotanie górnej wargi – co w jego przypadku oznaczało tłumioną eksplozję gniewu.
Część 44 / 6
– Zjawiłaś się w samą porę, Wernello – oświadczyła Crow i pogłaskała brata po ramieniu, żeby go nieco uspokoić. – Akurat skończyły nam się psy do kryształów, ale z obmierzłym gadem też zadziała.
– Ha! – parsknęła Greplinka. – Cięty żart jak na coś, co jeszcze nie dawno było smolistym rozwolnieniem Mavis Galat.
– Ostrzegam cię, suko… – warknął Mezmir. – Jeszcze jedno takie słowo…
– I co mi zrobisz! No, czekam! – prowokowała go jeszcze bardziej, a blizny ułożone w tatuaże, zdobiące jej odsłonięte ramiona i dekolt, zaczęły wić się pod skórą jak robactwo fetujące w rozkładającym się truchle.
Mezmir milczał.
– Pff… Strach cię obleciał. To może sprawdzimy, czy chociaż siostra ma trochę ikry. – Greplinka ruszyła w stronę Crow.
Osnuta ciemnością dłoń Mezmira, przybrała kształt ostrza, które niczym wystrzelony pocisk rozdarło powietrze i zatrzymało się przy mostku kobiety.
Wernella przystanęła i rzuciła badawcze spojrzenie na ten dziwaczny twór z zestalonego mroku.
Część 55 / 6
– No, no, no… – Przejechała palcem po broni, nacinając opuszek. – Nowa zabawka. Jestem pod wrażeniem. – Rozsznurowała rzemień przy dekolcie, odsłaniając napęczniałe energią skórzaste runy. – Szkoda, że w parze nie dali ci więcej rozsądku. – Naparła ciałem na szpic. Z drobnej rany wypłynęła strużka bardzo ciemnej krwi. Nacięty tatuaż uwolnił cząstkę mocy. Nawet ona wybuchła w astrze jak narakamska mieszanka potraktowana ogniem.
– No, dalej, Galat, tnij!
– Bracie, wycofaj się – przestrzegła Crow.
– Widzisz! Twoja siostra wie, że nie należy ciąć greplińskiego tatuażysty. – Sykliwy głos Werneli przypominał ostrzeżenie grzechotnika, a blizny pulsowały, wędrując ku ranie jak węże sunące pod pierzyną.
– Dość! – Potężny męski głos uderzył od strony wejścia i rozlał się echem po laboratorium. Akolici Hakra padli na kolana, a Mezmir rozproszył cienistą broń.
– Zanim pozabijacie się nawzajem, wpierw pozbądźcie się naszych wrogów! – Proditis uderzył kosturem o ziemię. Astra zmieniła się w kipiel, która przez chwilę szarpała aurami zgromadzonych.
– Witam, Moderatorze Inahan – pozdrowiła go Wernella, dodając niski pokłon. Cała wcześniejsza buta zniknęła w obecności tego mężczyzny. Starzec podszedł bliżej, szurając brunatnym płaszczem po kamiennej podłodze i chwycił za podbródek bez zbędnej łagodności.
Końcem kostura odchylił opaskę Greplinki.
Część 66 / 6
– Widzę, że operacją się udała. Pokaż mi całość! – zachęcił serdecznie. Wernella zdjęła przesłonę z lewej części twarzy, ukazując płat wężowej skóry ze zdrowymi lśniącymi łuskami. Pokrywał cały lewy policzek, kawałek nosa, poprzez skroń, aż po wysokie czoło. Wewnątrz oczodołu jarzyła się złota tęczówka z niemal prostokątną źrenicą i tylko szpiczaste ucho wyściełała gładka tkanka na wzór reszty ciała. – Teraz Aaa… – nakazał Inahan, przemówiwszy jak do dziecka i zajrzał jej do ust. Wernella posłusznie rozdziawiła szeroko szczękę i wysunęła rozdwojony gadzi język u nasady zespolony jakby z resztą innego tego typu organu. – Dobrze, bardzo dobrze. Farog się spisał – pochwalił mistrz.
– To prawda. Z bólu zemdlałam tylko dwa razy – odparła uszczypliwie. Natura tym razem wygrała z szacunkiem, i strachem.
– Zachowaj ten sarkazm dla innych: mnie on tylko irytuje – zganił ją Proditis i podszedł do stołu przypominającego murowany ołtarz ofiarny. Szereg stabalizerów wywołał uśmiech na jego twarzy.
– Tobie też należy się pochwała, Crow. Nie próżnowałaś. – Z ledwością uniósł największą kompozycję z zespolonych kamieni.
– Staram się, mistrzu. – Pokłoniła się z gracją godną księżniczki.
– Litości… – syknęła Wernella, nie szczędząc namiestniczce zazdrosnych, nienawistnych spojrzeń.
– Dzieci, dzieci, dzieci. Kiedy wy dorośniecie. – Proditis pokręcił głową, wzdychając ciężko. – Wernello, jeśli już o Farogu mowa, to dlaczego go tu nie ma?
– Przywiązuje swoją kopytną kochanicę do konowiązu. Mówię ci mistrzu, że on kiedyś przyszyje się do tej śmierdzącej szkapy – skomentowała Greplinka, a Inahan…