fantastyka · 21 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 18
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Jak zwykle o tej porze roku północ Walonu nie rozpieszczała mieszkańców tej krainy piękną pogodą: deszcze roszące ciągłą mżawką, niebo szczelnie zakryte szarawym kobiercem z zawisłej wilgoci, cięższe chmury muskające dachówki dzwonnic oraz chłodne górskie wiatry spływające doliną do błękitu Mroźnego Morza. Całość nie napawała optymizmem i chęcią do życia, jednak nawet przy tak posępnej aurze rynek w Dananhal pozostawał gwarną i głośną ostoją handlu, co stanowiło niepodważalny dowód na to, iż pogoń za pieniądzem nie znała ni złej pogody, ni chandry, a jedynie nieopanowaną żądzę gromadzenia.
Owalny plac z uklepanych kamieni i naniesionego żwiru nie miał szans na przetrwanie w starciu z ilością wody, która spadła w ostatnim czasie – a padało codziennie od niemal miesiąca. Przestrzenie pomiędzy straganami zaczęły przypominać muliste grzęzawiska rzecznej delty, a drogi dojazdowe do miasta powoli zmieniały się w brunatne bajora.
Błoto, plucha, wykrzywione od zimna twarze… Nawet owoce w warzywniakach wyglądały jakoś szaro i nieapetycznie. Nic więc dziwnego, że postać w rozłożystej miedziano-złotej sukni rozpostartej na fiszbinowym stelażu i wymachująca jaskrawym czerwonym parasolem działała jak wabik na umęczone nijakością oczy.
Mama Ruth, właścicielka osławionego – niekoniecznie pozytywnie – Domu Niespodzianek, stanowiła swego rodzaju miejscowy folklor i pomimo niecodziennego wyglądu, nie wzbudzała już takiego zdziwienia wśród miejscowych jak jeszcze dekadę temu. Wysoka pachnąca perfumami kobieta, zawsze mocno umalowana i odziana w kreację wartą tyle, co niewielkie gospodarstwo. Samą obecnością roztaczała aurę egzotyki, wzbudzając fascynację i pożądanie wśród mężczyzn, w szczególności przyjezdnych, którzy mieli szczęście nasycić wzrok jej wyglądem i nie wydać przy tej okazji fortuny.
Niestety powszechna adoracja ze strony płci małopięknej w dodatku często średnio pachnącej i raczej rzadko trzeźwej sprawiała, iż Ruth wzbudzała zazdrość u miejscowych kobiet. Niektóre lokalne „damy” darzyły ją szczególną antypatią, a historie stojące za tą niechęcią bywały różne: wizytówka Domu Niespodzianek znaleziona w portkach wybranka podczas prania; maska zwierza wyciągnięta przypadkiem spod łóżka; mąż znaleziony zupełnie nie-przypadkiem na lupanarowym łóżku oraz wiele, wiele innych… Niemniej jednak Mama Ruth nigdy nie była prześladowana czy piętnowana, a w szczególności nie na rynku. Można by zachodzić w głowę: dlaczego?
Odpowiedź na to pytanie była całkiem prosta: żaden pieniądz nie śmierdzi, a cudaczna postać przypominająca całą trupę teatralną sklejaną w jedną osobę zawsze płaciła z górką i zawsze brała dużo – bez targowania.
Także i tego pochmurnego dnia Ruth, przechadzając się zwolna po targowisku, wciskała wysokie obcasy głęboko w grzęzawisko niczym pale pod budowę mostu nad mulistym kanałem. Kolorowy parasol skutecznie chronił przed zmoknięciem, przeto nie straszna jej była słota i nie musiała się śpieszyć. Rozłożysta suknia zatrzymała się przy niewielkim warzywniaku, gdzie napis wyryty w drewnianym szyldzie głosił: „Ekologiczne płody na własnej gnojówce”. Nie wiadomo, dlaczego bogatsi mieszczanie lubili takie swojskie wyroby, ale Mama Ruth pragnęła, dogadzać bogatym mieszczanom, jak tylko mogła; jej wygląd przykuwał wzrok, a to sprzyjało plotkom, zatem kupno niskiej jakości produktów nie wchodziło w grę.
Przysłoniwszy oblicze wielkim zdobionym wachlarzem, z wolna oglądała pomidory, brzoskwinie, parnaty oraz jabłka i pigwę, wrzucając co ładniejsze sztuki do wiklinowego kosza. Handlarka patrzyła na nią z ukosa, dyskretnie zaciskając pięści i marszcząc twarz w dziwny grymas będący mieszaniną pogardy i uznania. Zapewne należała do tych, które wykonały niefortunne pranie portek z wizytówką w kieszonce.
Część 22 / 6
– To wszystko, moja droga. – Zza pierzastego wachlarza rozbrzmiał piskliwy, lecz donośny głos. – Ile? – spytała Ruth, wystawiając koszyk przed garbaty nos sprzedawczyni.
– Dwadzieścia! – chrapnęła baba, mimowolnie poprawiając włosy i unosząc zazdrośnie biust.
Barwna kuplerka wyciągnęła sakiewkę, odliczyła dwadzieścia pięć remów i uśmiechnęła się pełnymi ustami, trzepocząc przy tym wachlarzorzęsami; i wszystko zakończyłoby się pomyślnie, gdyby nie znajomy głos przywiany od strony stoiska z umownie świeżymi rybami:
– Przepraszam, czy zna pan może Rufusa Mahela?
Mama Ruth z trudem i wyjątkowo ostrożnie obróciła głowę, nie chcąc naruszyć bufiastej fryzury, która przypominała wazon nałożony na optycznie małą głowę.
– Oż, kurwa! – przeklęła ciężkim basem, a pobliscy przechodnie zawiesili czynności, niedowierzając słuchowi. – Ekhm… Przepraszam, chrypka – sprostowała piskliwie i skryła twarz za wachlarzem.
Kilka stoisk dalej, gruby jegomość wskazał palcem w jej kierunku, a kobieta, która zadała to niepokojące pytanie, gwałtownie obejrzała się w stronę Ruth – kuplerki nie dało się nie zauważyć. Pani Ozir, w biegu dziękując grubemu wędkarzowi, ruszyła w stronę miedzianego dzwonu na szczudłach i wazą z włosów skrytą pod rozłożystym parasolem.
– Ja pierdolę! – zaklęła ponownie kuplerka, nerwowo wachlując twarz, po czym, małymi krokami, zaczęła uciekać przed zbliżającą się kobietą. Na jej nieszczęście kozaki na wysokim obcasie chroniły dół sukni przed kontaktem z namokniętym gruntem, ale niestety działały równocześnie jak kotwice, grzęznąc głęboko między kamieniami. Czyniło to z jej desperackiej ucieczki zgoła komiczną scenę.
Część 33 / 6
– Mamo… Mamo Ruth! Proszę poczekać! – Nieznajoma była już na tyle blisko, iż konfrontacja stała się nieunikniona. – Dzięki bogom udało mi się panią dogonić.
Skromne wełniane palto prześladowczyni od kolan w dół pokrywały bryzgi błota, a wysokie, obite podniszczoną skórą śniegowce niknęły pod niemal szczelną pokrywą na wpół zaschniętej brei.
– Taaak, dzięki jej… – przytaknęła Ruth, trzepocząc barwnymi, srebrno-granatowymi rzęsami. Ich falowanie potwierdzało teorię lemachiańskich uczonych głoszącą, iż ruch skrzydeł motyla może doprowadzić do huraganu. – Czemóż to zawdzięczam tę uroczą rozmowę, słoneczko?
– Nazywam się Otmar Ozir i poszukuję swojego brata, Rufusa Mahela. Ponoć pani zna wszystkich w tym mieście i miałam nadzieję…
– Oh, ależ ci kupcy to plotkarze. – Ruth przerwała jej w pół zdania, chichocząc przeciągniętym mezzosopranem. – Wszystkich to ja nie znam… – zrobiła dźwięczną pauzę, bijąc się z myślami – ale twojego brata, tak.
– Naprawdę! Może mi pani powiedzieć, gdzie on jest? – Otmar w ekscytacji chwyciła za bufiaste ramiona kuplerki.
– Wynajmuje pokój na tyłach mojej… tawerny, ale wyjechał poza miasto, zostawiając zadatek na czynsz na kolejne dwa, nie, nie… Trzy tygodnie. Przykro mi. Coś mu przekazać, jak wróci? Otmar posmutniała i powoli zsunęła wiotczejące nadgarstki po aksamitnych rękawach mieniącego się odzienia. – Coś się stało, stokrotko? – spytała Ruth.
Część 44 / 6
– Nie, nic… Przepraszam za kłopot. – Pani Ozir otarła policzek i zawróciła, ale Ruth złapała ją za mankiet palta.
Kobieta stanęła, przelewając gniew w zaciśnięte pięści.
– Jestem głupia! – wyrzuciła z siebie. – Głupia, głupia, głupia… Na co ja liczyłam! Teraz nie mam ani syna, ani miejsca, w którym mogłabym go wyczekiwać.
– Syna? – dopytała Ruth i ostrożnie obeszła dygocącą kobietę.
– Nieważne. Jeszcze raz panią przepraszam za najście. – Otmar spróbowała się oddalić, ale wyjątkowo silny uścisk Ruth skutecznie temu zapobiegł.
– Gołąbeczko, nie tak szybko. Można o mnie powiedzieć wszystko, ale nie to, że jestem bez serca. – Ruth uniosła jej podbródek drapieżnymi paznokciami barwionymi na jaskrawy seledyn. – Jak wspominałam, twój brat opłacił pokój na miesiąc. Możecie się tam zatrzymać.
Oczy Otmar zapłonęły nadzieją, a usta poróżowiały. Nawet przez chwilę nie poddała pod wątpliwość szczerych chęci Ruth – co zasadniczo było naiwne i w mieście nie dawało zbyt wielkich szans na przeżycie, ale dobrzy ludzie niestety przyjmują dobroć innych za coś naturalnego.
Część 55 / 6
– Ale… – Otmar zająknęła się, próbując przełknąć ślinę.
– No już, bez takich, bo ja się poryczę, a uwierz mi, gołąbeczko: nie chcesz mnie zobaczyć bez tej tony makijażu.
– Naprawdę nie wiem, jak mam pani dziękować. – Otmar rzuciła się w materiał, chcąc uściskać Mamę i niemal zniknęła pożarta przez falbaniastą suknię. Całe szczęście, odbiła się od fortyfikacji z fiszbin.
Ruth na chwilę opuściła wachlarz, ukazując twarz z przesadnie wykonturowanymi kośćmi policzkowymi.
– Rufus nie będzie zły? – spytała Otmar.
– Zły! Dzieeecko! Zły to on by był, jakbym mu rodzinę głodną na bruku zostawiła – zachichotała tak, że pobliskie gołębie zerwały się z gontów i zaczęły zderzać w powietrzu otumanione. – Znam Rufusa nie od dziś. No już, przyjdźcie z mężem wieczorem pod ten adres. – Ruth wyciągnęła z filigranowej torebki niewielki prostokątny świstek papieru z adresem. – Powołaj się na Mamę Ruth; dziewczyna z obsługi zawsze stoi za kontuarem w przedsionku. Pośle po mnie.
– Dziękuję! Na pewno będziemy. Emir się ucieszy… W końcu zaśniemy w normalnym łóżku, nie w wozie. – Kobiety wymieniły przyjazne spojrzenia i ruszyły w przeciwne strony, lecz Otmar stanęła po kilku krokach.
Część 66 / 6
– Mamo Ruth… Skąd pani wiedziała, że nie jestem tu sama?
– Kurwa… – kuplerka sarknęła basem do piór wachlarza i odwróciła się w stronę kobiety. – Taki kwiatuszek jak ty nie mógłby być wolny. – Puściła oko do Otmar.
Pani Ozir uśmiechnęła się wdzięcznie i pobiegła przekazać mężowi dobre wieści, a Ruth pokracznie pobiegła w stronę portu, klnąc jak szewc przez całą drogę. Gdy w końcu z ulgą wpadła do swojego przybytku, zamaskowana recepcjonistka poderwała się z krzesła, w pośpiechu chowając czytane romansidło.
– Wołaj każdego, kto obecnie nie ma klienta! – rozkazała w przelocie Ruth. – Zebranie w mojej izbie! – dodała i zniknęła za grubą szkarłatną kotarą.
– Nieźle musiała się napalić na tych zakupach – skomentowała zdziwiona recepcjonistka i weszła na antresolę, gdzie młodzi „Sprzedawcy Miłości”, jak ich zwał napis na wizytówkach, czekali na klientów, zmysłowo prężąc naoliwione ciała.
Rozpiętość wieku i typów urody była godna podziwu, a dla tych żądnych prawdziwych wrażeń zarezerwowano Greplinkę oraz hojnie obdarzonego Bruka; zresztą nawet taki skromnie wyposażony – według standardów brukijskich – stanowił wyzwanie dla doświadczonych klientek i klientów. Brukowi było wszytko jedno: człowiek to człowiek, byle by miał jakiś otwór.
Tymczasem Mama Ruth wpadła