Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 15 min czytania

Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 19

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mezmir w postaci Hakra zbliżył się do ratuszowej okiennicy i rozsunąwszy nieco ciężkie story, wyjrzał na zewnątrz. Tłum wyczekiwał nowego władcy; już nie namiestnika z ramienia wyższego od siebie, ale pełnoprawnego dzierżyciela korony.

Galat odpłynął w zadumę.

Minęło kilka dni, nim zdołali zabezpieczyć Jadeitowe serce i przewieźć je do Watenfell. Bez odkryć Markusa nie byłoby to możliwe: stabilizacja takiej mocy w ruchu graniczyła z cudem, ale jednak… cuda się zdarzają. Razem z Crow dokonali czegoś, co jeszcze całkiem niedawno pozostawało w sferze marzeń.

Namiestnik „eksplodował” radością, wykrzywiając kant złożonych warg w ćwierć-uśmiech, ale opanował się natychmiast i jeszcze raz omiótł wzrokiem ogromny plac pod dawną belantrejską wieżą zaadaptowaną na ratusz – choć w tym wypadku pałac był bardziej trafnym określeniem. Zgromadziła się na nim przyszła armia Wolnego Walonu; kilka tysięcy wojów dumnej północy wspieranych przez Bruków z gór Tanagaru. Wszyscy domagali się przemowy, łaknęli inspiracji, chcieli świadkować chwili, gdy obwieszczone zostanie oderwanie doliny za Baskirem od reszty Cesarstwa Sungardu. Nawet dzicy drapieżcy poddawali się atmosferze zwycięstwa, choć to oni ponieśli największe straty na zniszczonym moście.

Unia z odrodzonymi plemionami Urugwuru miała przynieść obustronną korzyść: ludzie wzmocnili swój potencjał militarny, a Brukowie zyskali góry i nieco terenu w dolinie na własność. Co prawda nowe ziemie przyznane potomkom pierwszej północnej cywilizacji miały pozostać częścią nowo utworzonego księstwa Walońskiego, ale za to z szeroką autonomią. To najwyraźniej wystarczyło barbarzyńcom – przynajmniej dopóki nie będą gotowi na przejęcie ziem na własność.

Głupcy, pomyślał Mezmir i przeniósł wzrok na kamienny, wyłożony pawimentem podest, na którym rozstawiono mównicę z polerowanym marmurowym pulpitem. Za podwyższoną amboną spoczywał przesłonięty rozległą płachtą wysoki obiekt; jakby obelisk, czy monolit? Plotkowano, iż to pomnik wyciosany z magicznego kamienia, żeby upamiętnić tę wzniosłą chwilę; ponowne narodziny... Nie! Raczej wyzwolenie od okrutnego rodzica, co to niegdyś wyrwał noworodka z rąk prawdziwej matki… Odrodzenie bez więzów na wzór zmartwychwstałego boskiego ogiera Zamanahajry.

Mezmir uradował się w duchu.

Tak, to będzie dla was pamiętna chwila, pomyślał i wykrzywił obsydianowe usta w paskudny uśmiech – tym razem całkiem szeroki.

Drzwi wejściowe delikatnie skrzypnęły.

Nie zareagował. Jego jaskrawe szmaragdowe oczy utknęły na ruinach portalu miejskiego, którego dwa niepowalone filary nadal tętniły gromadzącą się mocą.

– Jesteś gotów? – spytała Crow, pozostawszy w ludzkiej postaci. Nie czekając na odpowiedź, podeszła bliżej i otaksowała wzrokiem hebanową skórę na plecach Mezmira. Ciemność oblepiała go jak smoła i zlewała się z sylwetką, rozmywając kontury wyciętych mięśni.

Namiestnik milczał.

– Nie powinieneś chodzić po pałacu w tej formie. Prócz naszych jest tu służba.

– Nie po to robimy to wszystko, żeby kryć się jak szczury w norach – oznajmił tonem typowym dla niego: tak mroźnie obojętnym, że ścinał powietrze w szron.

Nie odwrócił się w jej stronę.

Czarownica wystawiła dłoń, żeby dotknąć czarnej łopatki brata.

– Nie! – głos rozdarł myśli. Po oczach Crow przebiegł poblask toksycznej zieleni.

Cofnęła dłoń, stanęła obok namiestnika i wyjrzała przez okno.

– Czy uważasz, że jest to możliwe…? Czy oni kiedykolwiek dadzą nam żyć, jako nowej rasie?

– Nie sądzę – warknął Mezmir i agresywnie zasłonił storę. – Dlatego potrzebujemy Ojca i jego Moderatorów. Z tak silną protekcją nie będziemy musieli zabiegać o akceptację. Wymusimy ją.

Crow otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale boczne drzwi prowadzące na korytarz zawyły z zawiasów, brzmiąc niczym zawodzenie torturowanego skazańca.

– No proszę! Dwie woskowe figurki znowu razem – zagabnęła zaczepnie Wernella.

Greplinka przekroczyła próg bez zaproszenia i zrobiła kilka kroków w stronę rodzeństwa. Mezmir obrócił się łagodnie. Siła majestatu jego nowej postaci wystarczyła, żeby tatuażystka straciła na pewności siebie i starła podły uśmieszek z twarzy.

Stanęła w bezpiecznej odległości – w jej ocenie.

– Mów: czego chcesz? – rzucił Mezmir. Słowa niemal syczały w powietrzu jak ciśnięte ostrza skierowane prosto w głowę Wernelli. Tęczówki namiestnika jaśniały zatopione w nieprzeniknionej czerni oczu na wzór oazy z kojącego światła pośród pustyni pełnej mroku.

– Mistrz Inahan wzywa was do siebie; natychmiast! I ubierz coś na to zwęglone truchło, nie każdy chce oglądać twoje smoliste wdzięki – obwieściła Greplinka, nie szczędząc obelg. Nie czekała na odpowiedź, tylko zawróciła w stronę wyjścia.

– Przysięgam ci, siostro, że obetnę jej ten gadzi jęzor i każę połknąć.

Crow uśmiechnęła się kobieco i wzięła koszulę z pobliskiej garderoby. Skóra Mezmira pojaśniała i przybrała blady cielisty odcień.

– Tylko obiecaj, że to nie będzie szybka śmierć – szepnęła czarownica i podała mu ubranie.

Warga namiestnika drgnęła lekko w ekstazie. Uradowany podsunął Crow w pełni ludzkie ramię. Cieszył go fakt, że ostatnio wróciła do normy; egzekucja byłego „naczynia” okazała się przełomem w jej ewolucji do niezależnego bytu.

Tym razem wewnętrzny głos czarownicy nie krzyczał, więc wzięła brata pod rękę i razem ruszyli na spotkanie z mistrzem.

***

Proditis Inahan czekał na wezwanych przy stole w swojej prywatnej komnacie. Oddalenie od jadeitowego serca wywoływało w nim podenerwowanie, a sytuację pogarszał fakt, iż ostatnio zalała go fala wyjątkowo niepokojących wieści. Plan składany przez wieki zaczynał pękać i kruszeć w fundamentach, a jego kluczowe elementy zapragnęły nieco namieszać i rozbiegły się po planszy rzeczywistości tylko po to, by utrudnić mu życie – a przynajmniej tak to teraz postrzegał.

– No cóż – westchnął. – Trzeba się zaadaptować. – Zerwał się na nogi, ale ciało natychmiast ukróciło zapędy umysłu do szybkich i gwałtownych ruchów; miało ograniczenia, a to, w którym został zapieczętowany, miało ich bardzo dużo.

Farog, Senidczyk parający się zakazaną sztuką chimeryzmu, przyglądał się starcowi z cienia. Oparty o mur przy wąskim podłużnym oknie zwieńczonym wymyślnym maswerkiem, stukał brukowymi szponami o kamienną ścianę.

– Coś cię trapi, Moderatorze? – spytał potężnym basem.

– Masz na myśli coś poza klatką z sypiącego się truchła? Tak, będzie mała zmiana planów.

– Chodzi o ten pusty grób przy wieży?

– To też, choć to najmniejsze zmartwienie. Od początku wiedziałem, że Crow zbytnio zżyła się ze swoim nosicielem. Trzeba to załatwić, zanim odzyska pełnię sił. Ale tym zajmie się Wernella.

– A jej Brat?

– On jest inny i w nim… w nim pokładam jeszcze jakieś nadzieje. Poza tym musimy być ostrożni: jest jeszcze istotny dla planu.

– Oczywiście, mistrzu. W razie potrzeby…

Rozmowę przerwało kilka uderzeń kołatką.

– Wejść!

Greplinka rozwarła skrzydła okutych mosiądzem wrót i pewnym krokiem przekroczyła próg, torując drogę istotom przypominającym rodzeństwo namiestników Walonu.

– W samą porę.

– Mistrzu Inahanie. – Mezmir skinął głową, okazując szacunek. – W jakim celu nas tu przyzwałeś? Czyżby przejęcie miało się opóźnić? – spytał szczerze zaniepokojony, choć postronnym nie było dane tego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 19 — czytnik · opowiadania