fantastyka · 21 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 23
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Z cyklu: „Wierzenia Ilteris – czyli kto patronem czego”.
Na terenie Jokivaru, prócz wiary w Matkę Światła Imaltis, całkiem dobrze miał się kult jej syna Murkira, który według legend wypoczywał pośród nabrzeżnych lasów, lecząc rany odniesione w krwawej walce z Ojcem. Okaleczony oddał się wówczas pod opiekę siostrze, wcieleniu wieczności, Pierwszej zieleni Syliren, opiekunce wszystkich borów i puszcz na terenie całego kontynentu.
W trakcie wiekowej rekonwalescencji, herold gniewnej czerwieni wysycał ziemię swoją obecnością. Płonąca żądzą zemsty i pierwotnej wściekłości moc wsiąkała w grunt i topiła skały głęboko pod ziemią, tworząc jeziora szkarłatnej magmy. Wieki później potencjał tego boskiego żaru odkryli i wykorzystali osadnicy: kowale i rzemieślnicy – późniejszy zakon Żelaznej Kuźni, a boski płomień po dziś dzień napędza piece magicznych pracowni płatnerskich.
Dzięki tej legendzie Murkir został patronem jokivarskich Kowali i ogólnie całego tego fachu – ale nie tylko. Bermeńska arystokracja nazywana Mencerami od słynnego Mencera Wysokiego, również lubowała się w gwałtownym i gniewnym bogu ognia, któremu nader często nadawano pieczę nad mniejszym lub większym mordobiciem. Ponoć to właśnie ten pierwotny gniew Pierwszego uczynił z nadbrzeżnych dziarski i buńczuczny naród.
***
Narada
Podczas gdy Milena Karevis czekała na osąd w Telmonton, w sercu Sungardu ważyły się losy Cesarstwa, a siła władzy Wilfreda miała zostać poddana próbie, czego on zupełnie nie był świadom. Cała najwyższa rada wraz z gubernatorem Bermet – który z całego serca nienawidził tego urzędowego tytułu – zebrała się w stolicy, gotowa formalnie zarządzić mobilizację wojskową i debatować nad ryzykiem oraz potencjalnymi skutkami wojny ze zbuntowaną północą.
Część 22 / 5
Pomimo wszelkich starań Felixa, Borys wychylił o kilka kufli za dużo, a brak żony w pobliżu jeszcze bardziej pobudzał jego jokivarskie, hulaszcze instynkty. Książe obawiał się, że stratedzy i mistrzowie zakonni nie zechcą obradować z czołowym gościem w stanie butnego upojenia.
Samunder senior, przezywany słusznie Niedźwiedziem, był ważniejszą osobą w hierarchii władzy, niż wskazywałby jego oficjalny tytuł barona i urząd gubernatora Bermet. Jako zarządca stolicy Jokivaru władał on największym regionem w całym Sungardzie i w praktyce miał sporą autonomię. Jednak to nie tytuł, a historia jego rodu wraz ze wszystkimi konotacjami z cesarską dynastią Taresów, plasowała go na drugim miejscu po imperatorze. Na dodatek umowa z Fredrykiem, który w zamian za potężne wsparcie w bitwie pod Hajmar obiecał Borysowi swoją starszą córkę za żonę, jeszcze bardziej wzmocniła pozycję ambitnego wielkoluda.
Wyrazów poparcia w walce o władzę nie szczędził Samunderowi również zakon Żelaznej Kuźni, który od początku nie należał do frakcji przychylnych liberalnej polityce młodego cesarza. Wyżsi rangą Kowale – na czele z Wielkim Mistrzem – z chęcią widzieliby porywczego Borysa na tronie. Sam zakon zbił majątek na wytwarzaniu zarówno zwyklej, jak i magicznej broni, a kiedyż to interes zbrojeniowy nie kwitnie lepiej, jak nie podczas wojny. Na nieszczęście dla przyzwyczajonych do bogactwa i prestiżu zakonnych młociarzy zapowiedzi Wilfreda mówiące o pokoju i stabilizacji nie okazały się słowami rzucanymi na wiatr, a pokój z Lemachami i konszachty z Belantres w znacznym stopniu uspokoiły granice na południu i wschodzie. Osłabienie zakonnych finansów nie wieszczyło świetlanej przyszłości, a w przypadku otwartego poparcia Borysa dla rządów Wilfreda dostojnicy Żelaznej Kuźni musieliby się pogodzić z tym faktem na dobre.
Oczywiście bogaci nigdy nie żegnają się z zyskami polubownie i ochoczo najmują ludzi, którzy mają ludzi, którzy znają ludzi… W skrócie głęboka sakiewka i siatka wywiadowcza działająca poza jurysdykcją cesarza skutecznie dbała o interesy jokivarskich Kowali, a oficjalny przedstawiciel Wielkiego Mistrza stanowił jedynie zwieńczenie cienkiej łodyżki z pięknym kwiatkiem na wierzchu i masywnym, rozbudowanym systemem korzeniowym drążącym w podziemiu. Rolę tej zdobnej róży zakonu od lat piastował ambasador Galard Wijert, który karierę rozpoczął jeszcze u boku Cesarza Fredryka i kontynuował ją pod rządami jego syna. Spokojne usposobienie i znajomość oruńskiej śmietanki towarzyskiej czyniła z niego idealny łącznik pomiędzy próżnym, żądnym bogactw Troderestem von Karmanem a młodym, pełnym zapału Cesarzem napędzanym wizjami stabilnego rozwoju gospodarczego i przeobrażenia Sungardu z wygłodniałego drapieżnika w potężnego ekonomicznie giganta.
Pomimo iż Galard pochodził z Jokivaru, a w jego żyłach płynęła gorąca krew nadbrzeżnych, to lata służby dyplomatycznej bez miecza w ręku przytępiły jego zmysły wojenne, zaś przepiękna żona, Oruunka Wilja i córeczka Hatamon, na stałe związały go ze stolicą. Łatwo można się domyślić, iż jakiekolwiek konflikty pomiędzy Stolicą a Bermet nie były mu na rękę – raz już zmuszono go do ucieczki z Oruun, gdy Borysowi odmówiono prawa do ręki księżniczki Tijanor, a ten wściekły zerwał koalicję. Wijert nie chciał tego powtarzać, tym bardziej z córeczką.
Tegoż wieczoru, kiedy miało się odbyć formalne ogłoszenie mobilizacji wojsk, Wijert, spośród wszystkich ambasadorów, denerwował się najbardziej. Miał świadomość narastającej niechęci swojego zakonu do Wilfreda, a postawienie magów na równi ze świątynią, nawet on, uznawał za bluźnierstwo. Jego niepokój podsycało spóźnienie Borysa; całe szczęście po chwili wyczekiwania zza uchylonych wrót dobiegł donośny ryk władcy Bermet przeplatany nieskutecznymi próbami uciszenia jego rozjuszonej osoby.
Gdy obaj Samunderowie przekroczyli próg, Niedźwiedź, dzierżąc pokal w masywnym łapsku niczym trofeum z jakiegoś podłego zwierza, z ledwością zdołał zlokalizować miejsce zgromadzenia pośród niestabilnych ścian i figlarnej, ruchomej podłogi.
Część 33 / 5
Wystarczyło jedno spojrzenie na władcę nadbrzeżnych, by przydomek "Niedźwiedzia" przestał wydawać się przesadzony: odziany w pancerz z anakondziej skóry, zarośnięty, rudy olbrzym wzbudzał respekt, natomiast delikatnej postury Felix szedł po prawicy ojca nieco spłoszony i zalękniony, jak stąpające niepewnie młode u boku masywnego wulfira.
– Co się tak gapicie, jakbyście mnie pierwszy raz na ślepia widzieli? – warknął Borys w stronę zgromadzonych, wybałuszając przekrwione oczy.
Salę wypełniła octowa woń trawionego alkoholu.
W tym momencie wszyscy zawezwani na naradę porzucili wszelką nadzieje na to, iż odbędzie się ona w spokoju. Sir Galard znał starego Samundera najlepiej ze wszystkich zgromadzonych i poczuł się zobowiązany, żeby wyjść mu naprzeciw:
– Borys, stary dziku! Witaj! – wykrzyczał, rozpościerając szeroko ramiona; nie miał szans na objęcie Jokivarczyka.
– A niech mnie łosie rżną, Galard! – Borys ujął zakonnika w stalowy uścisk z siłą godną potężnego kowalskiego imadła. – Spasłeś się! – skomentował Niedźwiedź, spoglądając na opiętą kamizelkę przyjaciela. – Żonka chyba nieźle ci gotuje, co? Ha! – parsknął i uderzył Galarda w ramię tak mocno, że mencer aż zachwiał się na nogach.
– Tak, to prawda – przytaknął Galard nieco zmieszany, podczas gdy Borys opróżnił zawartość kufla, obwieszczając przyjęcie się trunku głośnym beknięciem.
Część 44 / 5
– Chodź, napijmy się! – zaprosił ambasadora Kowali do stołu, nie bacząc na fakt, że są na obradach, a nie na jakiejś uczcie.
– Ojcze, chyba już starczy – upomniał go po raz kolejny Felix.
– Nie psiocz jak stara baba! Sam gorzałą śmierdzisz od rana! – obsobaczył syna, nawiązując do zapachu spirytusu, który wyczuł od niego podczas powitania.
Tłumaczenia księcia o asyście przy operacji zdawały się nie docierać do ojca – a może dotarły i utonęły w piwie?
– Gubernatorze Samunder! – W sali rozbrzmiał poważny, basowy głos, cecha rozpoznawcza stratega Klausa Fermona, czołowego doradcy w kwestii inżynierii i rozbudowy aglomeracji miejskich zarówno w stolicy, jak i na terenie całego cesarstwa. – Dosyć tego fermentu. Sprawa, w której się tu zebraliśmy, jest nader poważna! – Strateg zbeształ Niedźwiedzia, wywołując falę uznania w oczach reszty oficjeli, ale on mógł sobie na to pozwolić, nie ryzykując utraty trzonowców.
Fermon był współtwórcą planów i głównym architektem murów obronnych w Bermet, które to obwarowania sprawdziły się podczas ataku dzikich plemion z mokradeł Ilgaszet. W gruncie rzeczy to uratowały oddziały Borysa i samego Niedźwiedzia przed wycięciem w pień, gdy okrążeni Jokivarczycy oczekiwali na odsiecz z głębi kraju. Takie zasługi wymuszały szacunek nawet u Samundera.
Część 55 / 5
– Gubernatorze, powiadasz… Phy! – parsknął Borys i zajął miejsce przy stole narad, a przywołany serwi podał schłodzony piwnicznym klimatem trunek. Niedźwiedź uważał ten oficjalny tytuł urzędowy za uwłaczający, ale w cesarstwie nie było miejsca na króla obok Cesarza. – Dobra, gadajcie, zanim zacznie mnie suszyć – warknął z grymasem, a Felix posłał Klausowi spojrzenie z wyrysowanym „dziękuję”.
– Dostojni panowie! – rozpoczął Ryhter Grewon, strateg odpowiedzialny za zaopatrzenie armii i logistykę zasobów. – Jak wszyscy zapewne wiecie, Cesarz opuścił stolicę z niewielką armią u swego boku, aby stawić czoła potencjalnym buntownikom z północy, o których poczynaniach zameldował zacny sir Hektor Eldenfist. Posłaniec niosący wieści od miłościwie nam panującego jeszcze nie przybył, zatem musimy działać poniekąd trochę po omacku. Niemniej jednak Imperator Wilfred IV wydał wyraźny rozkaz pełnej mobilizacji na wypadek wojny. Co za tym idzie….
– Ja wam powiem, co za tym idzie! – przerwał mu Borys, waląc pięścią w wiekowy blat wyłożony mapą i obstawiony drewnianymi figurkami oraz makietami. Większość ruchomych pionków padła od wstrząsu i potoczyła się chaotycznie po garbowanej skórze.
– Jeszcze nie skończyłem, baronie – upominał go Ryhter, poirytowany zaczepną postawą Jokiwarczyka, jednak nie odważył się sięgnąć po tytuł gubernatora; wybrał mniej drażniący tytuł szlachecki.
– Powiem, co o tym myślę, zanim mnie łeb rozboli od tego waszego bełkotu… – wysapał stary Samunder. Niedźwiedź wyraźnie nie odpuszczał i, aby uniknąć burdy, dostojnicy pozwolili mu kontynuować, przy czym słowo „pozwolili” było dyplomatycznym odpowiednikiem stwierdzenia „byli zmuszeni”. To drugie bardziej oddawało faktyczny stan rzeczy.
– Nasz umiłowany, dobry, tolerancyjny