fantastyka · 16 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 25
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Obaj Samunderowie dumnie wkroczyli do komnaty obrad, a strażnik w skrzydlatym hełmie zamknął za nimi drzwi. Wszystkie spojrzenia skierowały się ku Borysowi; maskowana niechęć wyła spod dyplomatycznych masek ozdobionych wątłymi uśmiechami i lekkimi skinieniami głów. Arystokratyczne dusze większości dygnitarzy reagowały instynktownym oburzeniem na sam widok Niedźwiedzia, który wyglądał jak zwykły prostak-zabijaka przypadkiem wpuszczony pomiędzy cywilizowanych ludzi.
– Skoro NARESZCIE – rzucił z emfazą Klaus Fermon – jesteśmy w komplecie, to zacznijmy – zarządził, ciskając w Samunderów serią karcących spojrzeń. Zaczepka, o dziwo, pozostała bez reakcji. Jokivarczycy zajęli swoje miejsca, emanując przy tym podejrzanym spokojem. Strateg od rozbudowy odczekał chwilę i kontynuował: – O świcie posłaniec Hiltzal przyniósł wieści dotyczące sytuacji na granicy telmiańsko-walońskiej. – Fermon odpieczętował zalakowany cesarski glejt, chrząknął, oczyszczając gardło i rozwinął rulon specjalnego drogiego papieru. Przemknął oczami po pierwszych wersach, ale nie czytał na głos; zupełnie jakby chciał przepuścić informacje przez osobistą cenzurę. – Będę skracał, bo list jest długi – oświadczył bez ogródek. Nikt go nie upominał: strateg miał swoje lata i swoje dziwactwa. – Oddział Kruków pod sztandarem wolnego Walonu zablokował przeprawę nad Baskirem i… – zakotwiczył wzrok na tekście, bezdźwięcznie poruszając wargami – wspierany przez dzikich Brukich z gór Tanagaru… – przerwał. Sojusz barbarzyńców i Walończyków wzbudził nie lada poruszenie. – Panowie! Zachowajcie spokój! Ekhm… Północni weszli w starcie z ekspedycją telmiańskich zbrojnych wiedzionych przez… – zatrzymał się i zbliżył list do oczu, jakby nie wierzył nieco szwankującemu wzrokowi – Matkę przełożoną zakonu Miłosierdzia Milenę Karevis… – Wokół masywnej dębowej ławy ponownie zrobiło się głośno. Matka Karevis słynęła ze swojej neutralności w sprawach politycznych, dlatego obraz Mileny wiodącej oddział do bitwy przypominał karykaturalny żart. Samunderowie przysłuchiwali się wszystkiemu bez większego zaangażowania.
– Jak to jest możliwe, Klaus? Czy ten list na pewno nie został podrobiony? – spytał z niedowierzaniem strateg Rychter Grewon. Znał Milenę jeszcze z czasów młodzieńczych i właśnie do niego dotarło, że kobieta musi mieć zdrowo ponad osiemdziesiąt wiosen na karku. Myśl, iż ma nawet więcej, przepędził jak natrętnego owada.
– Pergamin nosi odcisk cesarskiego pierścienia i znamię pisma Wilfreda. Dam jeszcze skrybie, żeby potwierdził, ale jeśli to podróbka, to wręcz nierealnie dobra – odpowiedział Klaus. – Może ja jednak będę czytał wszystko, żeby nie było wątpliwości – chrząknął oburzony, zwilżył gardło i zaczął czytać.
Przyczyna starcia nad Baskirem jest cały czas badana, a Matka Karevis wkrótce złoży zeznania przed lokalnym sądem. Żywię głęboką nadzieję, że słowa oskarżonej o zdradę stanu rzucą nieco światła na przyczyny tego występku. Niemniej jednak status Północy wobec korony pozostaje nadal nieznany. Poselstwo zostało wysłane, ale brak mostu wydłuży podróż. W międzyczasie muszę waszmościów z przykrością poinformować, iż Lady Lejla Winter poległa w trakcie starcia…
Jeśli wcześniej emocje okazjonalnie mąciły ciszę, to teraz komnata eksplodowała oburzeniem, a Klaus zrobił pauzę, żeby jeszcze raz w myślach odtworzyć ostatnie zdanie. Tym razem nie musiał nikogo rugać i przywracać do porządku; ucichli sami, gdy tylko wznowił odczytywanie.
W związku z niestabilną sytuacją i brakiem wieści ze strony Namiestnika Mezmira Galata musimy szykować się na najgorsze i postawić wszystkie siły w stan gotowości. Zarządzam zatem, co następuje: Rychter Grewon niezwłocznie zacznie gromadzić niezbędne zapasy i dokona przeglądu armii, a wszyscy wysłannicy zakonów w stolicy roześlą wieść o natychmiastowej mobilizacji wojennej. Tymczasem Cesarskie oddziały piechoty mają pozostać w stolicy, a do Telmonton niezwłocznie wyruszy regiment Młociarzy oraz dwie kompanie Wulfirów.”
Część 22 / 4
Sygnowano
Cesarz Wilfred Tarres IV
– W obliczu tych nowych faktów, drodzy panowie – Klaus przetarł umęczone oczy – obecna narada będzie tylko formalnością. Prawda, baronie Samunder? – Strateg zwrócił się bezpośrednio do Borysa, którego upiorny spokój niepokoił go obecnie bardziej niż widmo wojny.
– Tak, magnacie Fermon, zgadzam się z tym, ale pozostaje nam jeszcze jedna sprawa do załatwienia – odparł Niedzwiedź, a raczej udomowiony potulny kozioł.
Fermon wyłożył list przed sobą tak, żeby każdy z rady mógł go obejrzeć. Nikt jednak nie ośmielił się podważyć prawdomówności zasłużonego stratega i nie chwycił za pergamin.
– Mianowicie? – dopytał Klaus zdziwiony bardzo zgodnym oświadczeniem Niedźwiedzia.
– Ślub mojego syna i księżniczki Holi, oczywiście.
Część 33 / 4
– Baronie, nie sądzę, żeby zaślubiny planowane za dwa lata były tematem niecierpiącym zwłoki. Mamy w tej chwili większe zmartwienia na głowach.
– Nie za dwa lata, a natychmiast.
– A cóż to za absurd!! – wtrącił się Rychter. Nie omieszkał też uderzyć zdobioną, herbową buławą w stół: tak dla podtrzymania tradycji obrad samych w sobie.
– Waż słowa – zganił go Felix.
– Przepraszam, książę, ale takie żądania w obliczu kryzysu to… To jakieś bezeceństwo! – kontynuował Grewon.
Zarówno on, jak i cały ród Grewon chełpili się niesplamioną reputacją zagorzałego patrioty. Mawiano nawet, że gdyby cesarstwo porównać do pomnika, to Grewonowie byliby solidnym cokołem, na którym go wzniesiono.
– Drodzy panowie, możnowładcy i mędrcy tego imperium. – Felix przejął inicjatywę i momentalnie uzyskał posłuch u zgromadzonych: jako nieformalny głos rozsądku Jokivaru posiadał spory kredyt zaufania. – Od mojego pierwszego przybycia na oruński dwór, obiecanym mi było poślubić księżniczkę z rodu Taresów. – Zaczął zwinnie kroczyć pośród uczestników niczym lis wokół kurnika z opasłymi kwokami. – Kiedyś była to księżniczka Tija, lecz ze względu na jej stan zdrowia, niech bogowie nad nią czuwają, przeznaczono mi młodszą z sióstr… I nie żywię za to urazy, ale mój ojciec… – wskazał olbrzyma za stołem – on od ponad dekady, jest mamiony obietnicami bez pokrycia. Dlaczego zatem dziwi dostojnych panów, że ojciec Jokivaru chce zawalczyć o to, co zostało mu obiecane? Dlaczego dziwi was, że w końcu chce konkretów? Przecież to, czego żąda, to tylko polityczny gest, gdyż ja i księżniczka jesteśmy oficjalnie zaręczeni.
Część 44 / 4
– Książe, nikt nie zaprzecza, iż ożenek jest słuszny i należy się wam jak obiecana zapłata zasłużonemu wojakowi, ale to nie jest moment na organizowanie wesela; nie teraz kiedy wróg cesarstwa ostrzy swoje miecze! – odparł Fermon w desperackiej próbie przemówienia młodzieńcowi do rozsądku.
– Drogi Klausie… Huczne wesele nie jest mi w głowie. Jakże bym mógł balować, gdy umęczona pomorem północ buntuje się wobec korony. Kameralne zaślubiny, tak, żeby matki i mężowie Jokivaru mogli poczuć się bezpiecznie. – Miny i potakiwania możnowładców zdradzały, iż ta retoryka zaczyna do nich trafiać. Tylko Rychter spąsowiał od gromadzącego się wzburzenia. Czekał. Czekał, aż książę skończy. Tyle szacunku był zdolny wykrzesać.
– Książę Felixie, proszę skończyć z tym nonsensem! – nie wytrzymał. – Ślub siostry cesarza bez jego wiedzy, odmowa wykonania rozkazu… To wszystko działa na szkodę Świętego Cesarstwa Sungardu. To najzwyklejsza zdra…
– Wręcz przeciwnie! Pomyśl tylko, Rychterze. Co by się stało, gdyby cesarz teraz zginał? – Felix odczekał chwilę na tyle długą, by dać strategowi czas na wymowne zawahanie się, ale zbyt krótką, żeby dyplomata mógł przemyśleć swoje słowa.
– Mam…
– Pozwól, Rychterze, że udzielę odpowiedzi. – Książę przemawiał ze spokojem i elokwencją, a milczenie…