fantastyka · 17 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany cz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Po opatrzeniu ran Brukijka jeszcze przez kilka dni dochodziła do siebie pod troskliwym okiem Matki Karevis, której nadopiekuńczości zaczynała mieć serdecznie dosyć. Na całe szczęście dla niej Milena odpuściła nieco, gdy gorączka opadła, a Sebil zaczął wracać apetyt.
Bruki wyróżniali się wyjątkową odpornością i szybką regeneracją – nic w tym dziwnego. Stepy Rana-Medanamarh, skąd się wywodzili, były miejscem z o wiele mniej gościnnym klimatem niż ten, który panował na rozległych nizinach cesarstwa. Surowe okołopustynne rubieże nie dawały słabym istotom szans na przetrwanie.
Z takim instynktem zakodowanym w każdym kawałku ciała, mistyczka szybko stanęła na nogi i wróciła do swojego sanktuarium. Czekała ją ciężka praca wywiadowcza, która wymagała sporych nakładów magii i sił, by ją kontrolować.
Z dnia, w którym została ranna, Sebil pamiętała jedynie nagły wybuch bólu w potylicy i krótki moment po, zanim straciła przytomność. Cios w głowę rozmazał widzenie, lecz tuż przed całkowitym wygaśnięciem świadomości, bruka spojrzała w oczy swojemu oprawcy. Mojra, gosposia czarodzieja Markusa, z którym kobieta przybyła do Telmonton przy pomocy teleportacji, patrzyła na nią jaskrawymi tęczówkami osadzonymi w obsydianowych oczach i unosiła ciężką metalową paterę, gotowa dokończyć dzieła. Potem już tylko jakiś niski męski głos i… ciemność.
Sebil pamiętała, kto ją tak urządził, ale nie wiedziała, dlaczego to zrobił i czemu nie dokończył. Za ustalenie tych dwu niewiadomych zabrała się zaraz, gdy tylko stała się na tyle silna, żeby rozkazywać srebrzystym piaskom w ołtarzu.
Oczywiście Milena nie pozostawiła jej bez dyskretnego nadzoru. Matka w obawie, iż zawziętość i upór mistyczki zepchną zdrowie na drugi plan, co dzień, pod byle pretekstem, schodziła do świątyni i taksowała ją wzrokiem w poszukiwaniu oznak osłabienia czy gorączki.
– Przyniosłam herbatę i kawałek ciasta panret – oświadczyła i podeszła bliżej Sebil. Postawiwszy tacę na zdobionej balustradzie wokół makutry, ukradkiem przyjrzała się ranie na głowie; łysa szrama otoczona szarawą skórą goiła się bardzo ładnie, a pokaźny strup wydawał się całkiem suchy. Mistyczka zaabsorbowana szeptaniem inkantacji nawet nie zwróciła uwagi na świdrujące spojrzenie i nie oderwała wzroku od wzburzonych wydm.
– Nie jestem głodna – odburknęła nieprzyjemnie, jednak intensywny zapach nie pozwolił się długo ignorować. – A zresztą daj kawałek. – Pochwyciła sowitą porcję, jeszcze ciepłego mięsno-serowego placka i łapczywie wepchnęła do ust. – I tłak musiałam złobić sobie przełwę – dodała i przełknęła.
– Wiedziałam, że się skusisz. – Karevis uśmiechnęła się i sama wzieła kawałek wypieku.
Część 22 / 6
Sebil zamruczała wdzięcznie, po czym zwróciła się do Mileny:
– Udało ci się go odnaleźć?
– Niestety nie. Markus z pewnością opuścił katedrę, a w mieście nikt go nie widział.
– Szlag! – Mistyczka grzmotnęła pięścią w makutrę. Przez piaski przetoczyła się astralna fala wywołana tąpnięciem gniewnej aury.
– Nie ma sensu się denerwować: złość to bardzo zły doradca – upomniała ją Matka.
– Ten czarodziej to jedyny świadek tego, co tu zaszło. Jak mam się nie wściekać! Na dodatek nie pozostawił po sobie nic, co pomogłoby go wytropić.
– Przecież leżał na piaskach w kałuży krwi? – zdziwiła się Milena. Sebil nieco się zmieszała na myśl o pokaźnej perle uformowanej z pyłu, który pochłonął zarówno krew, jak i aurę czarodzieja, pozbawiając go magii. Bardzo, ale to bardzo nie chciała się rozstawać z magicznym artefaktem.
– To nie to samo: był nieprzytomny, nie zostawił żadnego śladu świadomości – warknęła zbywająco mistyczka.
Część 33 / 6
– Siostra Krystel widziała zakapturzonego mężczyznę, opuszczającego klasztor w pośpiechu; mniej więcej wtedy, kiedy to się stało – oznajmiła Karevis.
– Skąd pewność, że to był on?
– Po katedrze nie kręci się zbyt wielu dorosłych mężczyzn w płaszczach. Jestem pewna, że to nasz zbieg, ale prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego zbiegał?
– No cóż – westchnęła Sebil. – Bez mocnego medium nie namierzymy delikwenta, więc zostaje mi praca nad naszą dziwną rzeźbą.
Mistyczka odeszła od ołtarza i zbliżyła się do miejsca położonego z dala od sinego światła magicznych kandelabrów. W zacienionym rogu sanktuarium z mroku wycinał się pokaźny kształt jakiegoś posągu o nieregularnych konturach.
Sebil podjęła jeden ze zniczy ustawionych przy relikwiarzu i ostrożnie oświetliła ciemny zaułek. Pod ścianą stało coś, co wyglądało jak blok brudnego lodu z zawieszonymi wewnątrz bryłkami czarnej substancji; przypominało to wodę z błotnistego gejzeru, która zamarzła, wzlatując w powietrze. Matka Karevis zdjęła z haka jedną z astralnych latarni, podeszła do mistyczki i już chciała oświetlić kryształowy konstrukt magicznym światłem, ale Sebil ją powstrzymała.
– Przygaś to! – nakazała stanowczo.
– Dlaczego?
Część 44 / 6
– Zauważyłam, że ta ciemna maź wewnątrz bloku reaguje na światło i bynajmniej się do niego nie garnie.
Matka zwarła nieco przesłony w lampie.
– Jakiś pomysł, co to jest? – spytała, przyglądając się dziwnemu obiektowi z zaciekawieniem.
– Nie wiem, ale zabezpieczyłam ten pokraczny posąg magią. Tak na wszelki wypadek, gdyby miał się rozpuścić... albo zaatakować. Spróbuję odłupać kawałek i zbadać w piaskach.
– Bądź ostrożna, Sebil. Cokolwiek to jest, nie możemy wykluczyć, że to pozostałość po magii, która ją tak urządziła – przestrzegła Milena, wspominając o jakiejś „niej”.
– Przypominam ci, że nieomal pozbawiła mnie życia, a ty jeszcze mówisz o tym dwulicowym babsztylu ze współczuciem! – oburzyła się Brukijka i uniosła znicz nieco wyżej.
Światło padało teraz na sam szczyt lodowego menhiru. Blok – a raczej posąg – wyglądał jakby wytworzony przez mroczną magię. Podstawę rzeźby stanowiły powyginane kończyny, które zlały się w bezkształtny piedestał, zaś szczyt wieńczyła twarz zastygła w krzyku przerażenia.
Twarz Mojry.
Część 55 / 6
Całość przypominała makabryczne dzieło sztuki wykute przez obłąkanego artystę. Milenie przeszły ciarki po plecach od samego patrzenia.
– Co tak nagle zamilkłaś? – zainteresowała się Bruka.
Matka spuściła wzrok. Rozpoznała ten rodzaj magii, ale zachowała to dla siebie: Sebil i tak nie darzyła jej przyjaciela zbytnią sympatią.
– Chyba targają mną wyrzuty sumienia po tym, co zrobiłam… a raczej, na co pozwoliłam – skłamała, choć to też leżało jej na sercu. Oczywiście miała na myśli Lejlę, która poświęciła życie, aby powstrzymać nacierające wojska Walończyków. – Teraz chyba odczuwam przemożną chęć pokuty za wszystkich i wszystko wokół.
– Chodź, musimy porozmawiać! – warknęła Sebil, wzięła Matkę za rękę i zaciągnęła pod ołtarz, gdzie przysiadły na niewielkich klęcznikach. – Nie możesz się obwiniać za to, co się stało! To była jej decyzja, nie twoja! Wiedziała, co to oznacza.
– Ale może było jakieś inne wyjście? Może mogłam coś zrobić!? – krzyknęła, a po policzkach spłynęły jej łzy. – Matka Karevis, kobieta słynąca ze stoickiego spokoju, targana emocjami traciła nad sobą kontrolę.
– Już wiem, czemu tak jest – oznajmiła Sebil, spojrzawszy na Milenę z ukosa. – Przecież ty jej nie znałaś, dlaczego miałabyś się tak zamartwiać. Chodzi o Selektę, prawda?
– Ona mi tego nie wybaczy, Sebil… – wyznała Matka.
Część 66 / 6
Od momentu, gdy Safonka usłyszała, co zrobiła Lejla, pogrążyła się w głębokiej żałobie, lecz nie takiej, która wymywa ból strumieniami łez – nie. W tym wypadku żal zepchnął Safonkę na pogranicze obłędu, w którym upijanie się do nieprzytomności i wybuchy agresji, stały się codziennym rytuałem.
– Daj jej czas – poradziła Sebil. – Strata bliskiej osoby wymaga rozpaczy, a żałoba jest drogą do normalności. Zrozum, ona musi to wyrzucić z siebie, bo inaczej strawi ją od środka – tłumaczyła spokojnie mistyczka.
Milena potakiwała beznamiętnie. Nie mogła zdzierżyć faktu, iż jej przybrana córka szczerze jej nienawidzi i obwinia za tę tragedię. Natrętne myśli nawiedzały ją niczym mary dawno zmarłych krewnych i podszeptywały nieistniejące scenariusze z alternatywnych przeszłości:
Mogłaś postąpić inaczej…
Wbiec na most i zabrać ją z centrum magicznego huraganu…
Mogłaś ją ocalić…
– Nie bliskiej, Sebil… Oj nie… – wyszeptała Karevis, przerywając ciszę. – Rozpacz po ukochanej osobie to coś zupełnie innego – dodała głosem tak ciężkim, jak kotwica jokivarskiej fregaty.
Brukijka zaniemówiła, a jej źrenice poszerzyły się, gdy jaźń wepchnęła świadomość pomiędzy wspomnienia.…