Fantasy · 16 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 30
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Fale leniwie uderzały o brzeg, a mewy wyśpiewywały skrzekliwą pieśń, ucztując na rozkładającym się cielsku jakiegoś pokracznego morskiego stwora. Nieco dalej mały krab zwinnie przebierał odnóżami i dziurawiąc plażę, ostrożnie zbliżał się do plątaniny wodorostów, z których wystawały ciekawe kępki białej sierści. Skorupiak przystał przy jednym puchatym kłębku, powoli wyciągną szczypce i chwyciwszy za jasny splot, szarpnął za włosy.
– Ałła! – Z gnijącego zielska dobiegł krzyk. Kłębowisko poruszyło się gwałtownie. – Fuj! Co to za obrzydlistwo! – Anax zaczęła desperacko zrywać z siebie oślizgłe plechy. Kilka oddechów później trud napędzany odrazą przyniósł efekt i stała już niemal czysta, wyplątując resztki śmierdzących, zbutwiałych alg z przemoczonego ogona. – Ech… – westchnęła, błądząc wzrokiem po nieznanej okolicy. – Gdzie tym razem trafiłam? – Za niewielkimi wydmami, wzdłuż linii z żółtawego piasku rozciągał się gęsty, wysoki bór. Lisica spojrzała za siebie. Tylko morze, aż po horyzont. – Ciekawe czy Zarekin i reszta są cali? – pomyślała na głos i poczuła przypływ radości: zdała sobie sprawę, że jej mentalna karta nie jest tym razem całkowicie pusta. Euforia ustąpiła, gdy przypominała sobie, co zaszło na pokładzie, nim cisza morskiej toni wprowadziła ją w letarg. Niektóre wspomnienia mieszały się ze sobą niczym niesforne dzieci, które nie chcą stanąć w szeregu. Pamiętała piratów, Lucjana przebitego mieczem… jakieś krzyki… okalający ją zewsząd błękit, potem blask i woda zalewająca twarz.
– Ech… No cóż. Nie pozostaje nic innego jak podróż w głąb tej gęstwiny z konarów i korzeni. – Przez chwilę poczuła, jakby już kiedyś to robiła. Gdzieś w odmętach wspomnień zrodził się obraz podobny do tego obecnie, ale zniknął stłamszony przez chaos. – Skrzywiła twarz w grymasie bólu i zerknęła na piasek pod nogami. Był drobny, delikatny i bladożółty tak jak na większości plaż, prócz tych wulkanicznych, jednak dla niej nawet taki był czymś całkiem nowym. Nigdy nie widziała tak rozległej plaży – a przynajmniej nie pamiętała, że widziała.
Poprzebierała trochę palcami w żwirku z rozdrobnionych skał i muszli, nim spostrzegła częściowo zasypane ślady wiodące w stronę omszałych sosnowych pni. Myśl, że nie jest jedyną ocalałą buchnęła nadzieją jak żar kuzienniczego pieca, i niczym kowalski młot wiedziony pasją rzemieślnika, lisica ruszyła przed siebie napędzana nadzieją na spotkanie znajomej twarzy.
Piasek ustępował runu tuż przed ścianą z grubej kory i porostów oblekających pnie, a miękki dywan z zielonego mchu przyjemnie głaskał stopy. Anax przystanęła na skraju boru; nawet na pobrzeżu pomiędzy morzem zieleni i oceanem błękitu drzewa sprawiały wrażenie bardzo starych. Opasłe żywe maszty dźwigały szerokie, gęste korony stłoczone do tego stopnia, iż tworzyły sklepienie z długich, płaskich igieł.
Zacisnęła pięści i przekroczyła granicę upiornego półmroku.
Wiatr szeleścił gałązkami, a głuche buczenia w zaroślach co rusz mąciło ciszę tego majestatycznego miejsca. Lisica każdym stąpnięciem wywoływała poruszenie w pobliskich krzakach, gdzie leśne stworzonka nienawykłe do widoku białej, dwunożnej istoty rozpierzchały się po niziutkich krzewach.
Część 22 / 4
– Grrr… – Głośne burczenie spłoszyło ptaki wysoko ponad głową lisicy. – O matko… – Ścisnęła się za warczący gniewnie brzuch. Głód dał o sobie znać bardzo dotkliwie. – Wypadałoby się rozejrzeć za czymś do jedzenia. – Nadal skrzywiona skurczami spojrzała na smakowicie wyglądające jagody porozrzucane po ciemnych krzewach w centrum niewielkiej polany. Jarzyły się soczystą czerwienią tak, że nie sposób było im się oprzeć – tym bardziej na pusty żołądek.
Podeszła bliżej i zerwała kilka sztuk. Powąchała. Woń przypominała zapach świeżego, surowego mięsa – a przynajmniej to przyszło jej do głowy z wyjątkowo ograniczonej palety doznań, które pamiętała. Skosztowała i natychmiast wypluła zawartość ust.
– Fuj! Już wiem, dlaczego sobie tak bujnie rośniecie niezrywane. – Wyrzuciła resztę jagód i splunęła kilkukrotnie, próbując pozbyć się posmaku padliny.
W krzakach za jej plecami coś się poruszyło. Przykucnęła, przeczołgała się kilka jardów i rozchyliła gałęzie pokaźnej paproci. Na środku leśnego przerzedzenia kucał dorodny królik. Beztrosko nadgryzał łykowate liście pnącza zwisającego z gałęzi karłowatego drzewa. Lisica nie mogła od niego oderwać wzroku. Miał taki pulchny zadek. Oblizała usta, a jej szpony wysunęły się mimowolnie. Przyczaiła się i ostrożnie ruszyła w stronę zwierzęcia. Instynkt nakazywał uważnie stawiać każdy krok; skradała się na czworaka, tuż przy ziemi. Nie była sobą, a napędzanym głodem drapieżnikiem, który przejął kontrolę i walczył o przetrwanie. Oczy skupiły się na celu.
Szelest pękających gałęzi zaalarmował zajęczaka, który stanął na dwóch łapach i nasłuchiwał otoczenia spiczastymi uszami, żwawo pociągając przy tym nosem.
Teraz! Pomyślała wyskoczyła się na zaskoczoną ofiarę.
Zwierzak rzucił się do ucieczki. Był szybki, lecz Anax nie ustępowała mu chyżością. Odepchnęła się od pnia, zyskując przewagę, lecz królik umknął w ostatniej chwili. Pościg trwał. Ofiara wbiegała miedzy korzenie, żeby zniechęcić napastnika, ale drapieżnik się nie poddawał. Ostatecznie zajęczak wpełzł do głębokiej nory w uschniętym drzewie. Nie mogła go dosięgnąć, ale nie mogła też odpuścić: po takim sprincie niezaspokojony głód byłby nie do zniesienia.
Część 33 / 4
Zaczaiła się i wyczekiwała, aż zwierzę poczuje się bezpieczne. Nie trwało to długo. Z nory najpierw wysunął się pyszczek, potem uszy, a na końcu cały królik.
– Mam cię! – wrzasnęła, wyskakując zza pnia. Zajęczak nie miał szans. Chwyciła go mocno i przeturlała się kilkukrotnie, niesiona siłą wybicia.
Według odwiecznego, brutalnego prawa natury, jeden musiał umrzeć, by drugi mógł żyć, nie mogło być inaczej…
– Awww… – Anax westchnęła, unosząc ofiarę przed sobą. – Kto jest pięknym pysiem królisiem? No kto? – mówiła łagodnym, słodkim tonem. Puchaty pyszczek i spiczaste uszka przywróciły klarowność umysłu. – Nie bój się; pańcia Anax w życiu by nie skrzywdziła takiego słodziaka. – Przytuliła go do siebie jak miekką lalkę, głaszczą delikatne futerko. – Czmychaj. – Odstawiła zwierzątko na ziemię, a niedoszła ofiara w lekkim szoku poczłapała w borowinę. – Znajdę coś brzydszego do jedzenia. – Atak głodu ponownie skręcił trzewia. Skuliła się, żeby odczekać skurcz. Gdy ból zelżał, uniosła głowę. Niespełna kilka jardów przed nią stała młoda kobieta przyodziana w zwiewną lnianą szatę. Trzymała kosz ze splecionych kłączy i patrzyła w stronę lisicy. Anax przetarła oczy, myśląc, że to jakaś wywołana głodem ułuda.
– A! – wrzasnęła piskliwie, gdy rozwarła powieki.
Dziewczyna znalazła się o krok od niej. Musiała poruszać się bezszelestnie i nadludzko szybko. Lisica cofnęła się nieznacznie, a szpony wychynęły z opuszek. – Kim jesteś!? – Nieznajoma z gibkością leśnej pantery doskoczyła do lisicy i objęła ramionami.
– Jesteś taka miękka i pięknie pachniesz – oznajmiła, z uśmiechem tuląc się do białego futra jak do puchatej pościeli.
Część 44 / 4
– No dobra… To jest dziwne. – Anax odsunęła ją od siebie. – Kim ty jesteś? – powtórzyła pytanie, spoglądając na zarumienioną ludzką twarz po części skrytą przez miodowe pukle. I te oczy… Wyglądały, jakby błądziły gdzieś w głębinach innego świata.
– Wybacz… nie sądziłam, że umiesz mówić. Jestem Aida. – Wystawiła filigranową rękę w powitalnym geście, a Anax odruchowo ją uścisnęła. – Czyli się zgadzasz! – wykrzyczała uradowana kobieta.
– Zgadzam na co? – zdziwiła się lisica.
– Wiem, że się zgodzisz, musisz, proszę… – Aida spojrzała lisicy w oczy z miną pieska proszącego o resztki z biesiady. Obłąkanego pieska.
– Zaraz, zaraz, zaraz. – Anax zabrała rękę. – Na nic się nie zgadzam, dopóki nie wyjaśnisz mi, o co tu chodzi. – Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna, ale głośne warknięcie jelit białowłosej rozładowało napięcie. – Przepraszam, dawno nie jadłam. – Spuściła wzrok z zażenowania.
– Nie przejmuj się – rzuciła dziewczyna. – Zdążyłam nazbierać owoców.…